|
Blog > Komentarze do wpisu
Miami pod ścianąKilka godzin temu zakończyło się piąte spotkanie finałów NBA. Było to kolejne starcie które dostarczyło wielu emocji, zwrotów akcji czy nieoczekiwanych zdarzeń. Mogę nawet powiedzieć, że tego wszystkiego było tak dużo, że nawet teraz zaczynając tą notkę nie wiem jeszcze od czego zacznę. Spróbuję to zrobić od końca czyli dokładniej rzecz biorąc od czwartej kwarty. Jednym z głównych pytań jakie było zadawane przed meczem numer 5 w Dallas było to czy LeBron James da radę? Po zakończonym meczu już wiemy, że nie dał rady. To właśnie dziś miał wręcz idealna okazję aby udowodnić wszystkim, że nazywanie go najlepszym koszykarzem NBA nie jest to tylko czcze gadanie. W sytuacji kiedy Dwyane Wade w trakcie meczu doznaje kontuzji „Król James” powinien poczuć się do odpowiedzialności i wziąć na siebie ciężar gry w decydujących chwilach. Niestety nie wziął, a nawet nie próbował co dziwi i zaskakuje jednocześnie. Jedyne 2 punkty w tej części gry gracz Miami zdobył na kilkanaście sekund przed końcem kiedy losy jego zespołu były już przesądzone. Jeśli zespół z Florydy przegra ten finał to James będzie największym jego przegranym.
Po drugiej zaś stronie parkietu szaleli tego wieczora gracze Mavericks którzy idealnie ustawili sobie w tym meczu swoje celowniki. Oglądało się to wprost z niedowierzaniem z jaką łatwością gospodarze trafiają kolejne rzuty z dystansu. Bez różnicy czy była to przygotowana pozycja czy też i nie. Po prostu tego dnia rzut „siedział” niemal każdemu kto wszedł na parkiet. Efektem tego tylko jeden jedyny gracz jaki pojawił się tego wieczora w American Airlines Arena nie zdobył żadnego punktu. Cała pozostała 18 zapisała się w meczowym protokole w rubryce punktów. Niesamowite.
Tak samo jak niesamowite były pojedyncze zagrania podkoszowych Mavericks czyli Tysona Chandlera oraz cichego bohatera tego meczu Briana Cardinala. O ile po tym pierwszym można było się spodziewać takiej a nie innej postawy tak typowanie tego drugiego na X-Factora tego meczu było dość ryzykowne. A jednak. Zaledwie kilkoma akcjami przede wszystkim w obronie poderwał on zespół i udowodnił, że nie przez przypadek znajduje się na parkiecie. To między innymi też za jego sprawą Dwyane Wade w tym meczu nabawił się kontuzji swojego biodra. Po drugiej stronie boiska gracze podkoszowi zupełnie nie istnieli. Ani Chris Bosh, ani Udonis Haslem nie zagrali tak jakby można od nich tego oczekiwać. Chris w meczu numer 5 zupełnie nie przypominał tego walczącego i biorącego na siebie ciężar gry zawodnika jakim był w poprzednim spotkaniu. Tak naprawdę jedynym jasnym punktem tego wieczora ponownie był Dwyane Wade na którego jak się teraz okazuje można liczyć zawsze. Momentami w pierwszej połowie niezłym wsparciem dzięki trafianym kolejnym trójkom dobrym wsparciem był też Mario Chalmers. Jak się okazuje po tym meczu jest to jedyny zawodnik w historii NBA, który ma stuprocentową skuteczność rzutów z połowy z finałach NBA. Przed nami mecz numer 6 w Miami. Liczba znaków zapytania w tej serii z każdym kolejnym meczem zamiast się zmniejszać to rośnie wręcz w zastraszającym tempie. Wiadomo na pewno, że Miami Heat stoją teraz pod ścianą i są w identycznej sytuacji jak Los Angeles Lakers rok temu kiedy wracali do własnej hali przegrywając 2-3. Czy tym razem także przewaga własnego parkietu zadecyduje o końcowym rozstrzygnięciu? Czy może Dallas, które poczuło już realną krew nie wypuści swojej zdobyczy z ręki? Co na to wszystko King James? Czy już po niedzielnym wieczorze wszyscy będziemy mogli jechać na ryby? Czy może będziemy świadkami zawsze niezwykle emocjonującego Game 7? Oj wiele jest jeszcze tych pytań... piątek, 10 czerwca 2011, torontos
|