Blog > Komentarze do wpisu

Prawdziwi mistrzowie z Teksasu

Minionej nocy sezon NBA 2010/2011 dobiegł do szczęśliwego końca. Szczęśliwego dla jednych, a gorzkiego dla drugich. Tymi drugimi okazali się Miami Heat, którzy przegrali finałową rywalizację w stosunku 2-4. Pomimo że stawałem w tej rywalizacji na ten zespół to muszę teraz przyznać że porażka była całkowicie zasłużona.

Miami Heat z całą swoją „wielką trójką” jak pokazało życie są dopiero na początku drogi do ich upragnionego mistrzostwa. W tym roku wygrało przede wszystkim doświadczenie, determinacja i żelazna konsekwencja w dążeniu do postawionego sobie celu. Celu który został wyznaczony już 10 lat temu przez tego człowieka.

 

Kiedy Mark Cuban przychodził w 2000 roku do klubu z Dallas, ekipa z teksasu była „jedną z wielu” w szeregach NBA. Na przestrzeni lat dzięki mniej lub bardziej przemyślanym ruchom zarówno szalonego prezesa Dallas stali się liczącą siłą na zachodzie NBA. Mark Cuban wszedł jednak do ligi z takim przytupem, że od swego pierwszego dnia w NBA aż po dziś zapłacił prawie 2 miliony dolarów kar za komentowanie decyzji sędziowskich czy też innych tego typu. Oprócz tego w międzyczasie Mavericks stali się też synonimem porażek w rozgrywkach playoffs na ich różnym etapie. Zarówno tych cichych, których można było się teoretycznie spodziewać, jak i też tych o których mówiło się bardzo długo. Najlepszym przykładem była seria z Golden State Warriors z 2007 roku, kiedy to rozstawieni z pierwszym numerem Mavericks nie sprostali dopiero ósmym Wojownikom. W międzyczasie pojawił się też i epizod finałowy gdzie w 2006 roku starli się po raz pierwszy z Miami Heat. Wtedy jednak mając przeciwnika „na widelcu” czyli prowadząc już 2-0 w serii i mając na wyciągnięcie ręki zwycięstwo w meczu numer 3, przegrali 4 kolejne mecze i tytuł powędrował na Florydę. Jednak nie tym razem.

Zarówno mecz numer 6 jak i też cały finał NBA był przedstawiany jak starcie „młodość vs. doświadczenie”. Było to widać na każdym kroku ponieważ Dallas to typowy zespół weteranów, którzy wiele lat czekali na swoją szansę na zdobycie mistrzostwa NBA. Aż 7 z nich miało na swoim koncie ponad 10 sezonów spędzonych w NBA, a zdecydowanym rekordzistą jest Jason Kidd dla którego był to już 16 rok na parkietach najlepszej ligi świata. Te całe tony doświadczenia były wręcz idealnie widoczne w meczu z minionej nocy. To było momentami wręcz nieprawdopodobne z jakim spokojem i konsekwencją grali przedstawiciele zachodu w tym finale. Dirk uważany za jednego z najlepszych koszykarzy w historii NBA także udowodnił wszystkim dlaczego zasługuje na to miano.

Początek spotkania to popis LeBrona Jamesa, na którego po meczu numer 5 spadła lawina krytyki za uciekanie od odpowiedzialności w decydujących momentach spotkania. Szybkie zdobycie 9 punktów mogło dawać nadzieję fanom Heat, że King James zrobi wszystko aby udowodnić w tym meczu swoją wyższość nad rywalami. Nic jednak z tego ponieważ Dallas zastosowali prosty trik, który polegał na pozwoleniu się wyszumieć „młodości”, a następnie przejściu do ataku. Pierwsza polowa tego meczu była bardzo elektryczna. Czuć było w powietrzu atmosferę wielkiego wydarzenia i walki o „być albo nie być”.

Po drugiej stronie parkietu wszyscy przecierali oczy ze zdumienia patrząc na to co dzieje się w drużynie Mavericks. Z jednej strony ten na którego większość liczyła czyli Dirk Nowitzki pudłował rzut za rzutem. Nie ważne czy był to bliski półdystans, daleki dystans, rzut przez ręce czy też z czystej pozycji. Piłka po prostu tego wieczora nie słuchała się Niemca. Na szczęście dla przyjezdnych drużynę poderwał niezawodny Jason Terry, który już po pierwszej połowie miał 19 punktów. Jednak nie były to zwykłe punkty. Były to punkty zdobywane z zimna krwią z najróżniejszych pozycji zarówno bliżej jak i dalej kosza gospodarzy. Obrona Heat nie potrafiła sobie z tym poradzić w żaden konstruktywny sposób. Zresztą z grą w ataku też nie było lepiej. Zero zagrywek, zero myślenia, zero jakiekolwiek koncepcji z każda kolejna minuta dawał się coraz bardziej we znaki Heat. Przy takiej nerwowości nic dziwnego, że już w pierwszej połowie puszczały im nerwy.

Drugie 24 minuty to już przede wszystkim Dirk Redemption. Po pierwszej słabej połowie w jego wykonaniu wszyscy zastanawiali się dlaczego tak się dzieje, że Niemiec nie potrafi się w tym meczu wstrzelić. Być może było to chwilowe zarażenie się tym samym „wirusem niemocy w decydujących chwilach meczu” jakim zakażony jest w tej chwili LeBron James. Jeśli tak to Maviericks bardzo szybko znaleźli odtrutkę na paskudztwo i zaaplikowali ją swemu liderowi. Na efekty nie trzeba było czekać zbyt długo. Z każdą kolejną minutą niemiecki bombowiec bombardował kosz gospodarzy, a Ci wydawali się kompletnie bezbronni wobec tego „aktu przemocy”. Jedna z osób śledząca ten mecz i dzieląca się swoimi wrażeniami z meczu na bieżąco na Twitterze podsumowała to w sposób wręcz IDEALNY.

Niemiec jednak nie działał w tym meczu w pojedynkę. Oprócz wspomnianego wcześniej Jasona Terry’ego swoja cegiełkę, a właściwie słusznych rozmiarów pustak dołożył też Tyson Chandler. Nie widać tego w statystykach ale jego walka na tablicach momentami była wręcz niesamowita. Zbieranie lub też przede wszystkim zbijanie piłek znad kosza w ataku do swoich partnerów to było coś czego Dallas bardzo często potrzebowało jak powietrza. A Chandler im to powietrze zapewniał. Pisząc o osobach które przyczyniły się do wygranej zarówno w tym meczu jak i też całych finałach nie sposób nie wspomnieć tu o takich graczach jak Jason Kidd(DO-ŚWIAD-CZE-NIE), JJ Barea(szalone wejścia pod kosz), DeShawn Stevenson(seryjne trójki!) czy też Brian Cardinal(świetna obrona). Każdy z nich po tych finałach może czuć, że wywalczony tytuł należy się im w takim samym stopniu jak i reszcie partnerów.

A co w Miami? LeBron James nie będzie miał łatwego lata. Z jednej strony sam będzie czuł, że przegrał, zawalił, dał ciała czyli po prostu „zlebronił”. A wszyscy życzliwi jego osobie na pewno nie dadzą mu o tym szybko zapomnieć. Dwyane Wade ma już jeden pierścień na swojej dłoni jednak apetyt miał znacznie większy i na jego zaspokojenie będzie miał znowu cały rok. Chris Bosh tymi finałami udowodnił, że nie jest graczem pierwszoplanowym. Pytanie tylko czy dorośnie kiedykolwiek do tego aby nim kiedyś być. Patrząc już pod kątem następnego sezonu w poszukiwaniu zmian myślę, że pomimo wszystko trzeba coraz bardziej spoglądać w stronę ławki trenerskiej. Do ogarnięcia tego gwiazdozbioru na parkiecie wydaje się, że wręcz idealnie pasuje Pat Riley. Jednak to czy ten lub inny szkoleniowiec zdecyduje się przejąć pałeczkę po kolejnym przegranym tego sezonu czyli Erikowi Spoelstrze to już temat na kolejne miesiące.

Teraz oddajmy hołd i pozwólmy się cieszyć nowym mistrzom NBA anno domini 2011 czyli Dallas Mavericks!



Jeśli komuś jeszcze jest mało tego finału to zapraszam na łamy Czwartej-Kwarty, gdzie Swoimi spostrzeżeniami na temat tych finałów i nie tylko dzielą się także Adam Szczepański i Maciej Jamrozik.

poniedziałek, 13 czerwca 2011, torontos
Share |