|
Blog > Komentarze do wpisu
Pierwszy krok WisłyPrzeważnie bywa tak, że „najtrudniejszy jest pierwszy krok”, jak mówią słowa słynnej polskiej piosenki. Wczorajszego wieczora jednak piłkarzom Wisły Kraków taki krok udało się wykonać, ku bramom raju, jak w Polsce jest postrzegana Liga Mistrzów. Pokonanie APOEL-u Nikozja sprawia jednak tylko to, że droga jest odrobinę krótsza, ale wciąż niezwykle wyboista. Przed spotkaniem wśród zawodników polskiego zespołu, którzy udzielali wywiadów dla kilku telewizj, panował umiarkowany optymizm. Każdy mówił o pełnym skupieniu i walce od początku do końca. Trener Maaskant poszedł nawet o krok dalej, kiedy przyznał, że nawet bezbramkowy remis będzie sukcesem Wisły. Czy jednak aby na pewno byłby to sukces? Dla mnie to zaczęło pachnieć lekkim asekuranctwem i ewentualnym przygotowywaniem „gruntu po porażkę”. Tylko w dwóch polskich stajach telewizyjnych, które transmitowały ten mecz, w studiach przedmeczowych co chwila wspominano, co zyska Wisła po awansie. Która z tych postaw jest lepsza? Każda ma swoje plusy i minusy, jednak na szczęście zawsze jest tak, że wszystkie te rozmowy, przewidywania, nadzieje czy ambicje weryfikują dwie rzeczy - boisko i rozgrywany na nim mecz.
Jeśli ktoś przed tym meczem nie interesował się zbytnio piłką cypryjską i liczył, że do Krakowa przyjedzie wystraszony zespół z Cypru, to musiał być mocno zaskoczony. Podopieczni Ivana Jovanovića od pierwszych minut rzucili się na gospodarzy. Słowa o tym, że APOEL przyjechał do Polski po zwycięstwo nagle stały się bardziej realne niż kiedykolwiek. Wysoki pressing ze strony już napastników cypryjskiej ekipy to nie było to, na co byli przygotowani Wiślacy. Nawet jeśli wiedzieli teoretycznie, że może to nastąpić, to w praktyce radzenie sobie z tym nie wychodziło im najlepiej. Dwaj poprzedni rywale w minionych rundach kwalifikacyjnych Champions League ani przez chwilę nie zmusili polskiego zespołu do takiej gry, jaką musieli oni prezentować wczorajszego wieczora. Każda strata piłki, czy to w obronie, czy też w środku pola, pachniała kontrą rywali. Niewątpliwie pomagało im w tym świetne wyszkolenie techniczne, jakie prezentowali. Nic w tym jednak dziwnego, jeśli w składzie ma się tylu Brazylijczyków czy też Portugalczyków. Z biegiem jednak kolejnych minut Wisła coraz bardziej przyzwyczajała się do panujących zasad na zielonej murawie i starała się im dostosowywać. Jednak ataki w pierwszej połowie były bardzo nieporadne i co najważniejsze niezbyt często kończone strzałami, które realnie mogłyby zmusić bramkarza rywali do jakiegoś wysiłku. Najgroźniejszą sytuację pierwszych 45 minut miał Patryk Małecki, kiedy to po dośrodkowaniu z prawej strony i złym wyjściu goalkeepera z bramki, piłka niemal trafiła w niego, a następnie przeleciała nad poprzeczką. To było jednak trochę mało jak na spore oczekiwania panujące przed meczem. Co się jednak nie odwlecze to… Gol Patryka Małeckiego był pierwszym straconym przez APOEL w tym sezonie. Bramka ta pozwoliła na pewno trochę odetchnąć Wiślakom, z których jakby spadł duży ciężar odpowiedzialności. W międzyczasie kibice sobie poużywali jeszcze na obecnym na tym spotkaniu Franciszku Smudzie, którego kilkukrotnie spytali swojsko „Smuda! Co?! Małecki!!!”. W sumie pytanie było jak najbardziej słuszne, ponieważ ten chłopak zasługuje na to, aby dostać szansę, a nie obrażać się na niego czy też po prostu go „nie lubić”. To nie ten poziom panie selekcjonerze. Wracając jeszcze do meczu, a właściwie pomeczowych reakcji, to trener gości uważał, że jego zespół przegrał zupełnie niezasłużenie. I patrząc na dużą część tego spotkania, nie trudno się z nim nie zgodzić. Jednak nie jest to łyżwiarstwo figurowe, żeby przyznawać punkty za wrażenie artystyczne. Z drugiej strony, trener Maaskant powiedział bardzo ważną, a zarazem budującą rzecz: - Najszczęśliwszy byłem jednak po meczu, gdy wszedłem do szatni. Widziałem, że zawodnicy nie są zbyt rozentuzjazmowani. Poczułem tylko, że moi gracze wiedzą, że zrobili dopiero pierwszy krok, by awansować do Ligi Mistrzów. Jestem zadowolony z wyniku, bo dzięki temu na Cyprze będziemy mogli grać tak, jak najbardziej lubimy, czyli z kontry. Cypryjczycy więc mają jeszcze do dyspozycji 90, a może i więcej minut, aby udowodnić swoją wyższość nad polskim zespołem. Tego, że w rewanżu będzie gorąco, w przenośni i dosłownie, można więc być pewnym. Oby tylko cypryjska aura, z którą podobno nawet Grecy mają kłopoty, nie sprawiła, że będziemy oglądać powtórkę z Aten i starcia z Panathinaikosem. Liga Mistrzów jest już zarazem tak blisko i tak daleko. czwartek, 18 sierpnia 2011, torontos
|