Blog > Komentarze do wpisu

Poniewież miastem basketu

Jak niewiele czasem w życiu potrzeba, aby znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie, wie chyba każdy człowiek. W większości tego typu sytuacji decyduje o tym zwykły przypadek czy też inne zrządzenie losu. Tak też i było z moim poniedziałkowym wyjazdem do Poniewieża na EuroBasket.

Kiedy niedziela dobiegała końca, a ja powoli przygotowywałem się do pójścia spać przed dosyć ciężkim poniedziałkowym dniem, na mojej facebookowej ścianie pokazał się wpis. Wpis, który momentalnie przykuł moją uwagę i sprawił, że proces myślowy w mojej głowie zaczął się odbywać szybciej niż zwykle. Informacją zawartą w tym wpisie było „ogłoszenie” o tym, że następnego dnia mój znajomy wybiera się do Poniewieża na mecz Polski. Długo się nie zastanawiając, postanowiłem zareagować i zobaczyć, jakie są szanse na dołączenie do tej spontanicznej eskapady. Okazało się, że w ciągu paru chwil ustaliliśmy kwestię biletów i godziny wyjazdu. Jak się później okazało, wszystkie te ustalenia i tak były bardzo zmienne, ale o tym za chwilę. Ja natomiast wiedząc, że nie będzie mnie ponad dzień, musiałem w ciągu kilku godzin załatwić, na ile to możliwe, wszystko to, co sobie zaplanowałem na późniejszy poniedziałkowy czas. Ale jak wiadomo, dla chcącego nic trudnego.

Takim oto sposobem w poniedziałkowy poranek wyruszyliśmy z Białegostoku w stronę Poniewieża. Już na starcie mieliśmy jakąś godzinę opóźnienia w stosunku do tego, co zakładaliśmy, ale mając dobrego kierowcę (pozdrowienia dla Pawła), jakoś nie było obaw, że nie zdążymy. I tak też było. Duża w tym zasługa dróg na Litwie, które standardem jakoś specjalnie nie odbiegają od tych Polskich, ale są na pewno zdecydowanie mniej zatłoczone. Powoduje to znacznie większy komfort jazdy zarówno dla kierowcy jak i pasażerów. Jednym z tematów poruszanych podczas podróży było to, czy wracamy tego samego dnia po meczach, czy też zostajemy na noc w Poniewieżu. Dla mnie w sumie to było bez większej różnicy, jednak mając na uwadze docierające do mnie informacje o kłopotach z noclegiem w mieście gospodarza EuroBasketu, myślałem, że raczej wrócimy. Nie wziąłem jednak w swoich przypuszczeniach pod uwagę fantazji i kreatywności współtowarzyszy podróży. Nie wnikając za bardzo w szczegóły, napiszę tylko, że po użyciu pewnego „fortelu” i zadzwonieniu w kilka miejsc udało się zarezerwować miejsce noclegowe. Miejsce to było w hotelu, którego nazwa coś mi mówiła, ale nie potrafiłem sobie w danej chwili skojarzyć co konkretnie. Do czasu.

Zanim jednak trafiliśmy do naszego miejsca noclegowego, to zaraz po przyjeździe udaliśmy się od razu w stronę hali, bo czas, mówiąc najogólniej, nie był do końca naszym sprzymierzeńcem. Chcąc zakupić w kasie zarezerwowane wcześniej bilety, stanęliśmy w kolejce do kas. Co chwilę jednak podchodzili do nas ludzie, z czego większość to byli Litwini, i proponowali zakup biletów po atrakcyjniejszych cenach. Długo nie daliśmy się namawiać i po kilku chwilach wszyscy byliśmy posiadaczami biletów zakupionych z mniejszym bądź większym ale jednak zyskiem.

Ja na przykład zaoszczędziłem równe 100 litów do planowanej sumy, jaką miałem przygotowaną na bilety. Jak się później okazało, te zaoszczędzone pieniądze zamieniłem na coś, na co długo polowałem. Na halę weszliśmy w idealnym momencie, ponieważ w trakcie prezentacji składów obu zespołów. Niech żyje synchronizacja ;) Pomimo tego, że mieliśmy miejsca na inne sektory, to dołączyliśmy do grupy Polaków, która wspierała swoim dopingiem nasz zespół przez cały mecz. Żadna służba ochrony czy też na przykład pilnujący porządku wolontariusze nie robili problemów z tym, że mieliśmy wejściówki na zupełnie inne miejsca.

O samym meczu, mówiąc szczerze, trochę nie chce mi się pisać. Dlatego ponieważ po pierwsze, myślę, że większość rzeczy już została napisana i rozłożona niemal na czynniki pierwsze. Poza tym moje odczucia związane z tym spotkaniem zupełnie mają się nijak do moich odczuć z całego wyjazdu, a to właśnie o nim przede wszystkim jest ta notka. Napiszę tylko, że polskiemu zespołowi serdecznie gratuluję meczu z Turcją, ale za Wielka Brytanię to bym im urwał pewne dość istotne dla każdego mężczyzny części ciała. Kiedy jednak każdy przełknął już gorycz porażki, zasiadł, aby obejrzeć drugi ciekawie zapowiadający się mecz, który obejmował bilet ,czyli Hiszpania - Turcja. Spotkanie obfitowało w sporo emocji i dość niespodziewane zakończenie. Ja na przykład nawet obstawiałem w końcówce dogrywkę (słychać to w poniższym filmie), ale Hedo Turkoglu miał inne plany na ten mecz.

Po zakończonym drugim spotkaniu udaliśmy się do hotelu, gdzie w tamtym czasie tylko teoretycznie mieliśmy zapewniony nocleg. Dojeżdżając już do miejsca docelowego, a dokładniej na dziedziniec przed hotelem, przypomniałem sobie, skąd znam nazwę hotelu. Musiałem ją gdzieś przeczytać w doniesieniach z Litwy, ponieważ był to hotel, gdzie mieszkały wszystkie reprezentacje występujące w grupie A EuroBasketu, z wyłączeniem Litwy. Nasze przybycie na recepcję z pewnych względów wywołało swoistą konsternację na recepcji. Jednak po dość krótkiej ale rzeczowej rozmowie zostaliśmy zakwaterowani w takim oto pokoju. 

Żeby rozwiać wszelkie wątpliwości i domysły napiszę tylko, że tak, to był apartament prezydencki w tym oto hotelu. Jak się tam znaleźliśmy? Nie pytajcie ;) Dla mnie najbardziej zaskakujący był w tym wszystkim fakt, że polska reprezentacja narodowa miała kłopoty z zakwaterowaniem całego zespołu w jednym miejscu i dlatego zmuszona była wynająć mieszkanie naprzeciwko obiektu za bagatela 500(!) euro(!!) dziennie(!!!). My natomiast, będąc już w drodze, sprawę załatwiliśmy przez telefon i to nie za tak duże pieniądze, zapewniam. Tak więc chyba coś z tą organizacją w kadrze jeszcze nie jest do końca tak różowo. Z drugiej strony nie ukrywam, że dość przyjemnie jest na przykład jeść kolację w towarzystwie Luol Denga lub też widzieć po wyjściu z windy czekających reprezentantów Hiszpanii z Rubio, Calderonem czy innym Gasolem na czele.

Zaraz po rekonesansie naszego pokoju postanowiliśmy, że, jako że nie mamy biletów na mecz Litwy, to obejrzymy go w Fan Zone pod halą. I był to bardzo dobry pomysł. Bardzo dobra pogoda, towarzysząca zresztą przez cały dzień, duży telebim, przyjaźnie nastawieni i zwariowani na punkcie kosza Litwini, jedzenie i picie do wyboru do koloru, tak więc czego chcieć więcej? Im bliżej było meczu, tym plac pod wielkim ekranem coraz bardziej się zapełniał. Docelowo moim zdaniem było tam około 4, może trochę więcej tysięcy Litwinów, czyli praktycznie tyle samo co w samej hali. Co ciekawe, jedna z pań sprzedających jedzenie na pytanie o to, czy tu zawsze jest tak dużo ludzi odpowiedziała: „Dużo? Tu dziś nikogo nie ma”. Po takiej odpowiedzi człowiek doskonale sobie uświadamia, gdzie jest, na jakiej imprezie i z kim ma do czynienia. Coś pięknego. Już zanim zaczął się mecz, Litwini dali popis tego, jak można się znakomicie bawić w rytm oficjalnego hymnu tych mistrzostw puszczonego na telebimie.

A później było tylko lepiej. Hymn narodowy odśpiewany przez Litwinów - Bomba, doping podczas meczu - Super. Naprawdę nawet gdybym bardzo chciał, to ciężko mi znaleźć jakieś negatywy tego dnia i wieczoru. Za to mogę wymieniać kolejne pozytywy. Na przykład taki, że czując już zmęczenie całego dnia podróżą, postanowiliśmy opuścić plac w połowie meczu i udać się do hotelu. W zamówieniu taksówki najpierw nam pomogli jacyś litewscy kibice, którzy dwukrotnie z własnej woli dzwonili do korporacji z zapytaniem, gdzie jest nasz samochód. Kiedy ich telefony nie skutkowały, nastąpił jeszcze większy szok. Otóż całą tą sytuację widzieli także pilnujący porządku dwaj panowie policjanci. Kiedy zapytali się nas, dlaczego stoimy, postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i samodzielnie zatrzymać nam taksówkę. Nie trzeba było długo czekać na efekty tej interwencji, ponieważ za parę chwil byliśmy już w drodze. A teraz pomyślcie i odpowiedzcie sobie na taki pytanie, czy wyobrażacie sobie taką samą sytuację w naszym kraju.

Dzień zakończyliśmy kolacją w wyżej już wymienionym towarzystwie, oglądając w hotelowej restauracji znakomity mecz Francji z Serbią, a jeden z kolegów zajął się rozmową z dyrektorem polskiej reprezentacji, czyli Walterem Jeklinem. A propos restauracji. Wszystkich zmierzających w jej kierunku gości witał taki oto zwierz.

Takich motywów zarówno koszykarskich jak i czysto EuroBasketowych w całej tej podróży nie sposób wręcz zliczyć. Zaczynając od przyozdobionych flagami Litwy samochodów, poprzez wielkie pompowane piłki na stacjach benzynowych czy też na przykład przyozdobione logiem radiowozy policyjne. To pokazało, jak ważna imprezą jest EuroBasket dla tej społeczności, a jak ważną był dla Polaków 2 lata temu. Niestety. Zresztą na hali Litwa jako kraj także była obecna i chciała jak najwięcej skorzystać na tym, że odwiedzają ją ludzie z tak wielu zakątków Europy. Robiła to na przykład za pomocą rozdawania całej masy folderów reklamowych miast gospodarzy czy kraju. 

Kibice przed każdym meczem mogli się także zaopatrzyć bezpłatnie w krótkie programy meczowe w których byli przedstawieni poszczególni rywale Litwy.

Zaskoczeniem dla mnie była forma tych programów, które po rozłożeniu pełniły rolę także plakatu. Program meczowy przygotowany na okazję meczu Litwy z Polską był w moim mniemaniu zaopatrzony w najlepsze zdjęcie. W roli głównej Jonas Valanciunas, który w tej pozycji przypomina mi młodego Shaqa :)

Oprócz darmowych rzeczy oczywiście były dostępne różne pamiątki, które każdy mógł nabyć po stosunkowo niskich jak na taką imprezę cenach. Ja już od jakiegoś czasu mam taka tradycję, że z każdej takiej imprezy staram się przede wszystkim przywieźć 3 rzeczy: oficjalny program meczowy, breloczek z logiem imprezy oraz spinkę z tym samym logiem, która można wpinać czy to do portfela czy na przykład koszuli jeśli ktoś lubi. Wszystkie te 3 rzeczy udało mi się zdobyć. Taki program meczowy w porównaniu do tego z 2009 roku ma kilkanaście stron więcej, jest jak dla mnie lepszy graficznie i jak zawsze jest skarbnicą wiedzy.

Po powrocie do domu nie omieszkałem porównać sobie znaczków i breloka ze wszystkich trzech EuroBasketów na jakich miałem przyjemność być w tym roku.

Jak te porównanie wypada? W dużej mierze to kwestia gustu, ale jak widać brakuje tu znaczka z żeńskiej imprezy, ponieważ takowy nawet nie był wyprodukowany, a w zamian za to udało mi się zdobyć nieoficjalną drogą oficjalny znaczek FIBA. To, czy logo i związane z nim pamiątki było/jest fajniejsze na wrocławskiej imprezie czy też na trwającej na Litwie, pozostawiam każdemu do samodzielnej oceny. Każde z zakupów były pakowane w specjalnie przygotowane na tą okazję torby. 

Takie niby nic, a naprawdę cieszy i tworzy prawdziwą markę. Na koniec jednak zostawiłem coś jak dla mnie najlepszego. Nie pamiętam już, od kiedy, ale odkąd chyba pierwszy raz pojechałem na mecz koszykówki na Litwę, byłem pod wrażeniem wielu rodzajów koszulek, w jakich paradują kibice na meczach reprezentacji i nie tylko. Na wielu z nich przebijał się jeden dość oryginalny motyw, a mianowicie kościotrup. Z jednej strony można by sądzić, że to dość mało sympatyczne, ale z drugiej przykuwało to moją uwagę. Robiło to do tego stopnia, że chciałem coś takiego kupić. Nie było to jednak takie proste. Jak się jednak okazało „co się odwlecze…” 

Od wczoraj jestem szczęśliwym posiadaczem tej oto koszulki, którą kupiłem za zaoszczędzone na bilecie na mecze 100 litów. Czy to jest drogo? To zależy. Z jednej strony dla kogoś patrzącego na to z boku, to jest tylko koszulka, taka sama jak wiele innych. Z drugiej jednak strony, to po pierwsze nie jest byle jaka koszulka, a po drugie, gdy zajdziemy do pierwszego lepszego sklepu z "markowymi ciuchami", to zobaczymy, że za głupią białą koszulkę z charakterystyczną łyżwą lub znaczkiem Adidasa zapłacimy bardzo podobnie jeśli nawet nie więcej. Patrząc na to w ten sposób i mając taką alternatywę, to jestem tym bardziej zadowolony ze swojego zakupu.

Jednak zbliżając się do szczęśliwego końca tej dość rozbudowanej notki, muszę przyznać dwie rzeczy. Pierwsza z nich to taka, że widząc w niedzielę niewinny wpis na Facebooku, nie zdawałem sobie kompletnie sprawy z tego, jak znakomite będzie kolejnych kilkadziesiąt godzin. Druga natomiast rzecz to to, że ten wyjazd, mówiąc krótko, bardzo mnie rozochocił i zrobię wszystko, aby jeszcze raz podczas tego EuroBasketu zawitać na Litwę. Nawet jeśli by to miało być oglądanie meczów reprezentacji gospodarzy turnieju pod halą w Kownie.

środa, 07 września 2011, torontos
Share |

Polecane wpisy

  • Sensacyjna Macedonia

    Koszykarski męski EuroBasket na przestrzeni swojej wieloletniej historii widział już wiele różnych sensacyjnych wydarzeń. Jednak czegoś takiego, co miało miejsc

  • Poważne granie

    Po dwóch fazach grupowych podczas EuroBasketu, przyszedł czas na grę o wszystko czyli fazę pucharową. Już dziś wybiegną na parkiet w niesamowitej hali w Kownie

  • EuroBasket Finals Show

    Czasami jest tak, że kompletnie nie mam pomysłu jaki mecz wam zaprezentować i udostępnić w kolejnej notce z torrentem. Bywa też jednak i tak, że rozwiązanie teg

Komentarze
shuygiven
2011/09/07 07:56:27
RE WE LA CJA Kamil!! Mocna notka!
Jak nie trudno się domyśleć to potwornie Ci zazdroszczę!!!
-
Gość: marek, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/09/07 13:08:55
Bardzo fajny wpis, super. Ale proszę o fotki z Hiszpanami w hotelu i kolację z Dengiem.
-
torontos
2011/09/07 15:31:10
Fotek z tymi koszykarzami w hotelu nie mam. Dlaczego? Powód jest prosty. Pewnych rzeczy w pewnych sytuacjach robić nie wypada. I to była jedna z takich sytuacji.

Zresztą z kilkoma z tych zawodników i tak już mam fotki z wcześniejszych okazji ;)
-
yokochoco
2011/09/07 21:15:23
zajebiście Wam się udało z tym apartamentem i w ogóle fantastyczna przygoda =D życzę takich więcej :D
-
atelie1
2018/01/31 21:02:09
Kolejny świetny wpis, bardzo mi się podoba twój blog