| < Sierpień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        




Kategorie: Wszystkie | Basket | Futbol | Inne | Live! | Multimedia | Torrenty | Zbiornik
RSS
poniedziałek, 19 września 2011

W życiu każdego człowieka przeważnie jest tak, że od czasu do czasu potrzebuje on jakiejś zmiany. Czasami jest ona potrzebna aby zamknąć pewien rozdział i rozpocząć nowy. Czasem zaś wynika ona z chęci pójścia na przód i zwykłego rozwoju.

Blog na którym właśnie jesteście ma już ponad dwa lata. Powstał on w sumie z potrzeby chwili ale także i z mojej własnej potrzeby „wypisania się” na pewne tematy. Przez ten okres popełniłem masę tekstów, udostępniłem sporo filmów, a także i opublikowałem trochę zdjęć. Zdaję sobie sprawę z tego, że były to materiały różnej jakości. Raz lepsze raz gorsze ale zawsze starałem się aby były na tyle dobre na ile mnie było w danej chwili stać. Czy wam czyli moim czytelnikom, których pojawiło się w tym czasie ponad 50 tysięcy, podobały się one to już nie jest pytanie do mnie.

Od jakiegoś jednak czasu ten blog czyli takie moje miejsce w sieci było zbyt małe i zbyt ciasne na to co chciałem robić. W połączeniu tego razem z moim odwiecznym niemal pomysłem stworzenie strony praktycznie od zera dało efekt w postaci przesiadki na nowy adres, którym jest

www.sportowyswiat.com

Zapraszam do odwiedzenia mojego nowego miejsca gdzie spotkacie się myślę z wieloma zmianami i mam nadzieję, że większość z nich będzie na lepsze. Główna z nich na pewno jest fakt, że nie będę tam już jedyną publikująca osobą, a dołączą do mnie kolejne, które przez te dwa lata, a może i więcej spotkałem na swojej drodze. Zmian będzie więcej ale do zapoznania się z nimi zapraszam już pod nowy adres, a ten na pozostanie jako archiwum i będzie pełnił funkcję wspominkową.

15:59, torontos , Inne
Link Komentarze (1) »
czwartek, 15 września 2011

Koszykarski męski EuroBasket na przestrzeni swojej wieloletniej historii widział już wiele różnych sensacyjnych wydarzeń. Jednak czegoś takiego, co miało miejsce wczorajszego wieczora w Kownie chyba jeszcze nie. Tej nocy płakali dosłownie wszyscy. Jedni ze szczęścia, a inni z radości.


Przed ćwierćfinałowym spotkaniem Litwy czyli gospodarzy z największą niespodzianką tego turnieju czyli Macedonią nikt nie przewidywał większych emocji. Z jednej strony pewni siebie Litwini już widzieli siebie oczyma wyobraźni w kolejnej rundzie. Z drugiej zaś Macedończycy na pewno po cichu liczyli na kolejną niespodziankę ale było to raczej traktowane w sferze pobożnych życzeń, a niżeli realnych rozpatrywań. Ja sam jeszcze poprzednim tekście tak pisałem o tym meczu: „Litwini czyli gospodarze, nie wyobrażali sobie jakiegokolwiek innego wyniku jak chociażby awans do półfinałów. I jak do tej pory pomimo lepszych i gorszych momentów w swojej grze ten cel wydaje się, że są w stanie zrealizować. Muszą jednak pozbawić złudzeń zespół, który na Litwę jechał jako koszykarski Kopciuszek.”

Życie po raz kolejny postanowiło spłatać figla wszystkim zainteresowanym tym tematem. W wypełnionej po brzegi ponad 15-tysięcznej Kaunas Arenie, zbudowanej specjalnie na te mistrzostwa, wszyscy wierzyli w to, że zobaczą tu świętowanie Mistrzostwa Europy przez gospodarzy. Jednak żeby dostąpić do tego zaszczytu, najpierw trzeba wspiąć się na wyżyny swoich koszykarskich i nie tylko umiejętności i udowodnić ile jest się wart. Lub też mówiąc bardzo dosadniej trzeba zaprezentować swoje cojones. A to zrobili wczoraj przede wszystkim Macedończycy. Nie przerazili się ogłuszającego tłumu tylko wsłuchali się w także bardzo żywiołowy doping, swojej kolorowej ale mniej licznej grupie fanów, którzy znajdowali się niedaleko parkietu. Cała końcówka to jedna wielka wojna nerwów i przede wszystkim wielkie zagranie Vlado Ilievskiego.

Radość po zakończeniu tego meczu w szeregach reprezentacji żółto-czerwonego kraju była ogromna. Tuz po końcowym gwizdu rozpoczęło się świętowanie na głównym boisku wraz z kibicami na trybunach.

Później dalsza część przeniosła się do szatni zawodników.

A tymczasem na ulicach Macedońskich miast trwał prawdziwy karnawał i euforia wywołany tym triumfem.

Jak mówili telewizyjni komentatorzy, cisza jaka zapadła na hali po ostatnim gwizdku tego meczu wśród wielotysięcznego tłumu była niesamowita. Niesamowicie przerażająca i zarazem kontrastująca z radością jaka działa się tuż obok na ich oczach. Co musieli i zapewne dalej muszą czuć litewscy kibice tego prawie nikt nie jest w stanie zrozumieć. Tak jak dla Macedończyków 14 września 2011 roku będzie małym świętem narodowym, tak ta sama data dla Litwinów będzie datą żałobną. To właśnie tego dnia pogrzebali oni swoje marzenia o wielkim triumfie.

Przed obydwoma zespołami są jeszcze kolejne mecze. Macedonia zmierzy się z najtrudniejszym z możliwych rywali na tej imprezie czyli Hiszpanią, a Litwini do końca będą musieli walczyć o 5 miejsce dające awans na Igrzyska Olimpijskie za rok w Londynie. Tak więc przed obydwoma zespołami stoją jeszcze wielkie wyzwania.

środa, 14 września 2011

Po dwóch fazach grupowych podczas EuroBasketu, przyszedł czas na  grę o wszystko czyli fazę pucharową. Już dziś wybiegną na parkiet w niesamowitej hali w Kownie pierwsze 4 zespoły, które rozpoczną ćwierćfinały. Wśród nich są murowani faworyci, którzy będą musieli potwierdzić na boisku swoją wyższość.


Sola każdej dużej imprezy sportowej, są prawdziwe niespodzianki lub wielkie sensacje w postaci niespodziewanego awansu lub sromotnej klęski faworyta. Przeważnie dzieje się to dopiero na etapie pucharowym, kiedy to o wszystkim decyduje jeden mecz, który nie zawsze musi wyjść tak jak się od niego oczekuje. W tym jednak roku było trochę inaczej.

Litwa - Macedonia

Jedną z par ćwierćfinałowych tegorocznego Eurobasketu tworzą zespoły, które przed tym turniejem były plasowane na kompletnie różnych pozycjach. Litwini czyli gospodarze nie wyobrażali sobie jakiegokolwiek innego wyniku jak chociażby awans do półfinałów. I jak do tej pory pomimo lepszych i gorszych momentów w swojej grze ten cel wydaje się, że są w stanie zrealizować. Muszą jednak pozbawić złudzeń zespół, który na Litwę jechał jako koszykarski Kopciuszek. Z biegiem kolejnych wygranych meczów jego rola się jednak kompletnie zmieniła. Niewiele ponad sekundy zabrakło Macedończykom aby przed fazą ćwierćfinałową zakończyć rywalizację na pierwszym miejscu w grupie z kompletem 5 wygranych. Już choćby to pokazuje jak trudnym rywalem może być zespół Macedonii dla gospodarzy. Gospodarzy, którzy przed własną publicznością niemal muszą wygrać, a ich rywale zaledwie mogą. Historia sportu zna już nie jeden taki przypadek kiedy to stres potrafił związać nogi i ręce nawet najlepszym zawodnikom czy też zespołom. Jak będzie tym razem? Moim typem pomimo wszystko i zresztą do końca już tej imprezy będą Litwini. Nie ma dla nich nic lepszego niż powalczyć o prymat w Europie na własnych boiskach.

Hiszpania - Słowenia

Zanim jednak Kaunas Arenę opanuje zielony szał Litwy to wcześniej na parkiet wybiegną Hiszpanie oraz Słoweńcy. W tym meczu faworyta wytypować nie trudno ponieważ z kim by Hiszpanie nie grali to zawsze będą stawiani w roli faworyta. I ciężko tu nawet szukać jakichś specjalnych porównań składów czy też możliwości obu ekip, bo te zawsze będą świadczyły o przewadze graczy z Półwyspu Iberyjskiego. Jedyną nadzieją Słoweńców mogą być ich szaleni kibice, których na pewno nie zabraknie w Kownie, ich znakomita postawa w tym dniu na którą ich na pewno stać oraz na słabszy dzień Hiszpanii, który także już w tej imprezie się zdarzył. Czy jednak jest to realne aby te wszystkie warunki zostały spełnione w jednym miejscu i tym samym czasie? Odpowiedzcie sobie sami.

Francja - Grecja

Czwartek będzie dniem w którym pomimo tego, że grające zespoły zajęły różne miejsca w swoich grupach, to o pokuszenie się wytypowania faworytów będzie bardzo trudno. Pojedynek Francji z Grecją będzie meczem chyba dwóch najbardziej chimerycznych zespołów w całej Europie. Ciężko mi sobie wyobrazić tak zbliżone pod tym względem dwie inne ekipy. Mottem obu tych ekip powinno być powiedzenie, że „nie ma takiego meczu jakiego nie moglibyśmy przegrać”. Udało się to udowodnić na dużych koszykarskich imprezach zarówno Francuzom jak i też Grekom nie raz i nie dwa. Kto tym razem pojedzie do domu z poczuciem kolejnej zmarnowanej szansy? Pomimo tego, że Francuzów na tych mistrzostwach widziałem mało, to jestem skłonny zaryzykować, że to co widziałem predysponuje ich do gry o coś więcej niż o miejsca 5-8. Grecy pomimo niezłego bilansu meczów, muszą otwarcie przyznać, że oprócz Rosji z którą dotkliwie przegrali, nie walczyli oni jak do tej pory z wielkimi zespołami. Tak więc czwartkowe zdarzenie z rzeczywistością może się okazać dla nich bardzo bolesne.

Rosja - Serbia

Na zakończenie tej fazy Rosjanie zmierzą się z Serbią czyli finalistą ubiegłego czempionatu na starym kontynencie. Gracze Sbornej mieli bardzo dużo szczęścia w meczu z Macedonią. Gdyby rzut rozpaczy Monya nie doszedł do celu to spotkaliby się oni z Litwinami, którzy podczas tej imprezy są zmotywowani jak mało kiedy. Czy to jednak oznacza, że Serbia będzie dużo łatwiejszym rywalem? Tylko teoretycznie. Ponieważ praktycznie to Serbowie bardzo długi czas prezentowali się lepiej niż Rosjanie i pierwszą porażkę zaliczyli dopiero w meczu turnieju jak na razie czyli pojedynku zakończonym dogrywką z Francją. Później ich pech polegał na tym, że trafili oni do trudniejszej grupy w której znacznie ciężej było o wygrane. Czy jednak nadmiar porażek nie złamał wiary w końcowy sukces tego zespołu? Mam nadzieję, że nie ponieważ w tym meczu liczę na niespodziankę i odprawienie do domu rozstawionych z numerem jeden Rosjan.

poniedziałek, 12 września 2011

Koszykarski EuroBasket na Litwie trwa sobie w najlepsze. Kiedy jednak koszykarze zakończą zmagania to bardzo szybko wielu z fanów przerzuci swoje zainteresowanie na rozgrywki ligowe w poszczególnych krajach, a przede wszystkim na zmagania w Eurolidze. Zanim jednak to się stanie to przypomnijmy coś sobie.

Rozgrywki Euroligi na starym kontynencie to taki odpowiednik piłkarskiej Ligi Mistrzów gdzie rywalizują ze sobą najlepsze zespoły. Na przestrzeni wielu wielu lat system rozgrywek zmieniał się kilkukrotnie. Sama nazwa tych zmagań także przechodziła różne metamorfozy z lepszym lub też gorszym efektem. Zawsze jednak na brak kibiców i zainteresowania nie można było narzekać. Głównie dzięki faktowi rywalizacji nie tyle klubowej co międzynarodowej. W wielu krajach ten fakt był niemal ważniejszy niż sam wątek sportowy. Takie są jednak realia zmagań w europejskich pucharach.

Tak jak tydzień temu zaprezentowałem wam 6 ostatnich finałów EuroBasketu, tak dziś zapraszam do zapoznania się z pierwszą z dwóch części meczów z serii finałów Euroligi. Na pierwszy ogień pójdą mecze z lat 2002-2006. Te lata to okres w dużej mierze dominacji w Europie izraelskiego Maccabi Tel Aviv. Zespół jaki udało się zbudować w tym mieście, praktycznie co roku zapewniał działaczom i kibicom w Izraelu awans do bardzo ścisłej czołówki z finałami włącznie. W jednym z najbardziej pamiętnych dla mnie osobiście finałów jakie miałem okazję oglądać na żywo, to właśnie ekipa z Tel Avivu dosłownie rozstrzelała swoich rywali z Bolonii wygrywając aż 118:74! Potęgował to jeszcze fakt, że cały Final Four w 2004 roku organizowany był właśnie w Tel Avivie, więc chyba nie muszę nikomu mówić co działo się na hali w Izraelu. Po prostu zapraszam do pobierania i oglądania tych wszystkich widowisk.

A już za tydzień kolejna dawka w postaci finałów z lat 2007-2011!



DOWNLOAD

niedziela, 11 września 2011

Sporty walki z boksem na czele to druga, zaraz po sportach motorowych, najbardziej mi obojętna kategoria dyscyplin sportowych. Skuszony jednak magią „walki XXI wieku” postanowiłem obejrzeć pojedynek Adamka z Kliczką. Z jednej strony wszystko mi mówiło, że to się nie może udać, a z drugiej bardzo chciałem się mylić.

Taką walkę było jednak dobrze obejrzeć w czyimś towarzystwie, a nie samotnie w domowym zaciszu. Tak na wszelki wypadek, żeby było z kim porozmawiać, gdyby reklamy trwały tradycyjnie godzinami lub też na ringu nie działo się nic ciekawego. W tym calu udałem się do centrum Białegostoku, aby znaleźć lokal, lub jak to mawiają redaktorzy Subiektywnego Podcastu Sportowego „lokal publiczny”, który oferuje transmisję z gali. Jak się okazało, niemal wszędzie gdzie był telewizor, można było obejrzeć tę walkę. W jednych lokalach była to wykupiona polska transmisja, a w innych korzystano z usług niemieckiej stacji RTL. Co ciekawe, niemal wszędzie to wydarzenie przyciągało tłumy ludzi, którzy byli spragnieni potu, krwi i sukcesu Polaka. Niemal od razu przypomniała mi się sytuacja ze słynnego, a wręcz i kultowego skeczu Marcina Dańca.

Tutaj jednak było o tyle lepiej, że walka odbywała się we Wrocławiu, a więc odpadał problem bardzo późnej godziny walki. Choć nie powiem, żeby kilka minut po 23 w nocy była to najlepsza pora na uprawianie jakiegokolwiek sportu. Jednak oprócz tego to jeszcze kilka innych fragmentów powyższego skeczu, jak na przykład potworny ścisk, zauważyłem przechodząc obok kilku miejsc. Na szczęście w moim sprawdzonym miejscu takiego kłopotu nie było i bez praktycznie żadnego problemu mogłem zobaczyć pojedynek. Do ostatnich jednak chwil przyjmowano zakłady, czy polscy operatorzy telewizyjni zbojkotują transmisje RTL i zablokują sygnał. Pomimo tego, że wydawało się to nierealne, to nutka niepewności gdzieś tam była. Jak się później okazało, zupełnie niepotrzebnie. W moim przypadku Cyfra+ stanęła jak zwykle na wysokości zadania.

Kiedy zaczęły się w telewizji pojawiać materiały na temat obu bokserów, a przede wszystkim ich parametry, to wtedy jeszcze bardziej zacząłem się utwierdzać w tym, że szanse na sukces są znikome. 12 kilogramów oraz 12 centymetrów mniej to w boksie, a tym bardziej w wadze ciężkiej, przepaść nie do przeskoczenia. Ale skoro obie strony tego „konfliktu” chciały to sprawdzić na własnej skórze, to proszę bardzo. Znakomite wrażenie wzbudzał we mnie pokazywany wielokrotnie w niemieckiej telewizji wrocławski stadion. Pomimo tego, że językiem niemieckim władam w stopniu znikomym, to słowa pochwały pod jego adresem potrafiłem wyłapać bez większych trudności. Miło było też zobaczyć chodzącą legendę konferansjerki, nie tylko bokserskiej, ale ogólnie sportowej w osobie Michaela Buffera. Jego kultowe, a nawet i opatentowane „Let’s get ready to rumble!” jak zawsze wzbudza niekontrolowany przypływ adrenaliny, nawet u kogoś kto podszedł do walki bez emocji. Niestety była to jedyna adrenalina, jaka wydzieliła mi się tego wieczora, bo później już zaczęła się walka.

Ta niestety tak jak wcześniej przypuszczałem była totalnie jednostronnym widowiskiem. Tomasz Adamek na pewno ma wielkie serce do walki, bardzo dobrą technikę, a także szczere chęci, ale natury nie oszuka. Zasięg ramion Ukraińca sprawiał, że Polak nie mógł praktycznie przez cały pojedynek zbliżyć się tak, jak chce do rywala lub go po prostu ustawić pod siebie. W przeciwieństwie do Witalija, który sprawiał wrażenie jakby zbyt szybko nie chciał tej walki kończyć, pomimo że by po prostu mógł. W drugiej rundzie po jednym z potężnych ciosów idol wrocławskich kibiców zachwiał się na nogach, ale chyba tylko siłą woli udało mu się na nich utrzymać i nie upaść. Sytuacja ta nie umknęła jednak włoskiemu sędziemu, który zmuszony był do liczenia Polaka. Kolejne rundy to albo zabawa w kotka i myszkę i ganianie się po ringu to w jedną to w drugą stronę albo też zabawa w chodzonego i unikanie jakiegokolwiek kontaktu przez obu bokserów.  Nie wiem co było gorsze. Poza tym nie trzeba było być wielkim ekspertem, aby zobaczyć przewagę Ukraińca, ponieważ przebywające w lokalu w tym samym czasie kobiety także to widziały i głośno komentowały. Widziało to także około 40 tysięcy widzów na trybunach i niestety przez to tylko czasami udawało im się gromadnie poderwać i wykrztusić z siebie jakiś doping dla polskiego idola. A tymczasem Tomasz Adamek robił wszystko, aby tylko przetrwać. Udawało mu się to do 10 rundy, w której włoski arbiter zarządził techniczny nokaut oczywiście na korzyść Ukraińca.

Wśród moich „współoglądaczy” nie było widać jakiegoś wielkiego zmartwienia tym faktem, ponieważ najprawdopodobniej większość zdawała sobie sprawę z przewagi, jaką uzyskał w tej walce Kliczko. Nawet gdyby sędzia nie przerwał walki, to zapewne albo w końcu jakiś atomowy cios doszedłby dokładnie twarzy Adamka albo przegrałby on na punkty. Nie zmienia to i tak efektu końcowego, czyli tego, że pas mistrza świata w dalszym ciągu pozostaje w tych samych rękach. A z czym zostaje Polak? Jak dla mnie z poczuciem tego, że podjął wyzwanie i próbował. Gdyby tego nie zrobił, to mógłby mieć on uzasadnione pretensje do samego siebie, że unikał takiego wyzwania. A teraz przynajmniej ma chyba swego rodzaju pewność, że Kliczko to zupełnie inna liga. Liga być może już dla niego nigdy nieosiągalna. 

02:22, torontos , Inne
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 94