Kategorie: Wszystkie | Basket | Futbol | Inne | Live! | Multimedia | Torrenty | Zbiornik
RSS
czwartek, 25 sierpnia 2011

We wtorek większość kibiców piłki nożnej w Polsce emocjonowało się walką Wisły Kraków o Ligę Mistrzów. Walką to może zbyt duże słowo w kontekście tamtego spotkania ale jednak. Dziś już mniej ochoczo garstka ludzi zmusiła się do obejrzenia meczu Legii Warszawa do Ligi Europejskiej. Ci którzy zdecydowali się na tak karkołomny krok zostali za to solidnie wynagrodzeni.

Po pierwszym spotkaniu w zespole z Warszawy panował przede wszystkim niedosyt. Niedosyt spowodowany wynikiem remisowym 2:2, który w odczuciu wielu osób powinien być znacznie lepszy. Tak przynajmniej długimi momentami nakazywała wręcz myśleć gra legionistów. Niestety głupie błędy i niewystarczająca koncentracja nie pozwoliła osiągnąć polskiemu zespołowi bardziej zadowalającego wyniku. Na szczęście jednak nie wszystko jeszcze było stracone. Jak ulał wręcz pasowało tu określenie „dopóki piłka w grze…”. Jednak co innego teoria, a co innego życie.

Zanim rozpoczął się w Moskwie mecz, Legia otrzymała pierwszy cios polegający na niewpuszczeniu do Rosji 150-osobowej grupy kibiców, która miała wspierać polski zespół. Ci jednak fani, którym udało się dotrzeć do stolicy wschodniego mocarstwa godnie ich zastąpili. Długimi momentami 60-osobową grupę było bardzo dobrze słychać w przekazie telewizyjnym z wielkiego stadionu na Łużnikach. Jednak w początkowej fazie meczu na niewiele się to zdawało. Już po 20 minutach i w sumie marnej grze Warszawianie przegrywali 0:2. Czy ktoś w tej chwili wierzył jeszcze na pomyślny obrót sprawy? Ja przyznaje się bez bicia, że kompletnie nie. Co więcej. Po celnie wykonanym karnym przez gracza Spartaka, odwróciłem się plecami do ekranu monitora w celu zdrzemnięcia się i regeneracji sił po pierwszym od wielu miesięcy morderczym dniu na siłowni.

Nie długo jednak trwała moja drzemka, bo już chwilę później byłem zmuszony się odwrócić rozbudzony reakcją komentatora Polsatu Sport po bramce na 1:2 Kucharczyka. Tak tego samego Kucharczyka, która czasami sprawiał wrażenie jakby był „zagubiony w akcji”. Zresztą w tej bramkowej dla niego sytuacji też jakby znalazł się sam na sam jakby przez przypadek. Na całe jednak szczęście huknął z całych sił pod poprzeczkę, a nie nad nią i dzięki temu odżyły nadzieje. Nadzieje co chwila podsycane o dziwo dobrą gra Legii i wyprowadzanymi raz po raz atakami. Nie wiem jak innym ale mi wtedy stanęła przez oczami pierwsza połowa z Warszawy kiedy to Legioniści tłamsili rywala ze wschodu. Bramka Rybusa to był z jednej strony majstersztyk, a z drugiej sporych rozmiarów fuks. Ale kto by się tym przejmował w takich chwilach. Legia wróciła z dalekiej podróży i wyrównała nie tylko stan tego meczu ale też i całej rywalizacji.

Przed rozpoczęciem drugiej polowy miałem tylko jedną obawę. Taką aby Legionistów strzelona bramka w końcówce pierwszej części nie uskrzydliła na tyle, że nagle polecą do ataku zapominając, że Kucharczyk został sam z tyłu. O dziwo tak się i nie stało ponieważ pomimo tego, że legia autentycznie atakowała i dążyła do wygrania tego meczu to robiła do naprawdę z głową. Oczywiście, atakując nie można się pozbyć błędów z tyłu ale Spartak był tego wieczora na tyle nieporadny, że nie potrafił w żaden sposób tego wykorzystać.

I gdy już zapewne wiele osób łącznie z niektórymi piłkarzami było myślami przy dogrywce nastąpiła złota akcja. Akcja zakończona niesamowitym strzałem człowieka, który ma chyba najbardziej piłkarskie nazwisko jakie tylko można chyba mieć. Janusz Gol, bo o nim mowa, oddał swój strzał życia. Jeszcze nigdy jego bramka nie ucieszyła tak wielu osób i nie dała takiego sukcesu jego drużynie. Może być on pewny, że zarówno o tym meczu jak i ma się rozumieć o nim samym jeszcze przez wiele lat będzie opowiadało się z przejęciem. No chyba, że Legia już w tym roku zacznie pisać swoją nową, fajną i do tego europejska historię. Chyba każdy fan polskiej piłki tego by właśnie chciał.

Obejrzyjmy więc raz jeszcze wszystkie bramki z tego spotkania, które są okraszone oryginalnym rosyjskim komentarzem. Warto zaczekać do ostatniego gola i reakcji na niego komentatora.

I takim oto sposobem Legia poprawiła humory wszystkim tym, którzy byli zawiedzeni wtorkowym spektaklem. Teraz możemy już tylko oczekiwać na jutrzejsze losowanie i kolejnych rywali, którzy staną na drodze Warszawian. Emocji nie powinno zabraknąć.

środa, 24 sierpnia 2011

„A miało być tak pięknie” mogą sobie mówić po wczorajszym wieczorze wszyscy, którzy ściskali kciuki za Wisłę Kraków. Ale już tradycyjnie od 15 lat trzeba się obejść tylko smakiem i zapomnieć o rozgrywkach dla najlepszych zespołów na starym kontynencie. Mnie jednak po rewanżowym meczu dręczy coś innego.

Nie wiem czy to są tylko moje odczucia, czy może także je ma. Jednak rewanżowe spotkanie Wisły Kraków z APOEL-em Nikozja było wręcz bliźniaczo podobne do stoczonego dokładnie 6 lat wcześniej pojedynku z Panathinaikosem Ateny. Co mogło świadczyć o tym, że są to spotkania tak bardzo do siebie podobne? Zacznijmy więc ta wyliczankę od początku.

- Mecz pomiędzy Panathinaikosem, a Wisłą został rozegrany 23 sierpnia 2005 roku. Mecz pomiędzy APOEL-em, a Wisłą 23 sierpnia 2011 roku. Podobnie? Podobnie.

- W obu przypadkach Wisła Kraków przystępowała do rywalizacji z bramkową zaliczka z pierwszego meczu. 6 Lat temu z dwubramkową, a wczoraj z jednobramkową ale to w dalszym ciągu była zaliczka.

- W obydwu tych starciach to gospodarze praktycznie przez cale mecze byli stroną nacierającą, a Wisła jedynie skupiła się na odpieraniu ataków. W obu przypadkach robiła to dość nieudolnie.

- W obu tych meczach doprowadzała do sytuacji w których przegrywała już różnica dwóch goli i miała prawdziwy nóż na gardle.

- Przy stratach goli w tych dwóch przypadkach wydatny udział mieli bramkarze.

- Rzeczony wcześniej nóż oddalał się, dzięki trafieniom Polaków. W Atenach Radosława Sobolewskiego, a w Nikozji Cezarego Wilka.

- Obaj przeciwnicy Wisły niestety znajdywali w sobie schowane wcześniej pokłady energii i potrafili strzelić jeszcze bramkę w regulaminowym czasie gry.

- Zarówno Panathinaikos jak i też APOEL robił to w 87 minucie. Ciekawe, prawda?

- Niestety ostatnie podobieństwo jest najbardziej bolesne dla polskiego futbolu. Otóż oba te pojedynki prowadziły do jednego - pożegnania się z marzeniami o Champions League.

Myślę, że tych zaledwie 9 punktów w zupełności wystarczy aby mówić o przeżytym wczoraj piłkarskim dejavu.

A co jeszcze można napisać o meczu w Wisły w Nikozji? Na przykład to, że dawno już nie widziałem tak rozpaczliwie broniącego się przed strata bramki polskiego zespołu. Co gorsza ta obrona nie trwała od 85 czy też 70 minuty. Podopieczni trenera Maaskanta już od samego początku wyglądali tak jakby „obrona Częstochowy” to była ich taktyka na ten mecz. Tak więc to nie mogło się skończyć dobrze. Nie wiem też na ile te gadanie o piekielnej pogodzie na Cyprze ma racje bytu, ponieważ ani na Cyprze, ani chociażby w Grecji jeszcze nigdy nie byłem. Jednak naprawdę momentami wyglądało to tak, jakby Wiślacy nie mieli czym oddychać. Wybicie piłki jak najdalej od siebie traktowali jako okazję do zaczerpnięcia świeżego powietrza, którego było i tak jak na lekarstwo.

Czy są jakieś pozytywy po tym meczu? Sportowo raczej nie. Może tylko fakt, że na 6 rozegranych spotkań eliminacyjnych do Ligi Mistrzów Wiślacy wygrali aż 5 z nich co się wcześniej nie zdarzało. Przegrali jednak TEN mecz, najważniejszy mecz. Innym pocieszeniem i otarciem łez może być fakt, że Krakowianie nie żegnają się jeszcze z pucharami bo czeka ich walka w Lidze Europejskiej. Choć jeśli ich gra ma wyglądać tak jak wczoraj to ja już zaczynam się obawiać o wyniki.

wtorek, 23 sierpnia 2011

W ubiegłym tygodniu pisząc swoje podsumowanie minionych 7 dni zwróciłem uwagę na mnogość wydarzeń. Jak się okazało nie był to jednostokowy przypadek ponieważ dziś także nie będzie brakować mi tematów o jakich chciałbym wam wspomnieć. A więc do dzieła.

Już za kilkanaście godzin być może polski zespół w końcu znajdzie się w upragnionej piłkarskiej Lidze Mistrzów. Aby tak się stało potrzebny jest jeszcze „tylko” dobry mecz i korzystny rezultat w Nikozji. Jednak tak samo jak ewentualny debiut zaliczą w tym sezonie piłkarze z Krakowa, tak i zadebiutują młodzi piłkarze. Gdzie? W specjalnie przygotowanych dla nich rozgrywkach na wzór dorosłej Ligi Mistrzów o nazwie NextGen Series. Pomysł wydaje się trafiony, biorąc pod uwagę fakt ilu znakomitych zawodników każdego roku wypuszczają ze swoich klubów największe europejskie firmy. Projekt skierowany jest do graczy 18 i 19-letnich.

Wracając jeszcze do zespołu z Krakowa i jego walki i Champions League, to ich decydujące spotkanie poprowadzi Viktor Kassai. Widać, że ktoś w UEFA dostrzegł wagę tego pojedynku i oddelegował odpowiedniego człowieka. Na gorącym Cyprze zimna głowa węgierskiego arbitra będzie bardzo w cenie.

Pozostając jeszcze w temacie poniekąd futbolu, zapraszam do przeczytania wywiadu z Maciejem Szczęsnym. Rozmowy o tym jak ten obecny trener bramkarzy w Koronie Kielce ma wiele uznania dla pracującego jako szkoleniowiec Jagiellonii Czesława Michniewicza. Trochę dziwna podszyta ironią rozmowa.

Przejdźmy jednak do dyscypliny ważniejszej z mojego punktu widzenia czyli koszykówki. Echa wypowiedzi i decyzji Marcina Gortata do dziś odbijają się w mediach bardzo głośno. Miniony tydzień przyniósł kolejne „podbicie tonu” w tej sprawie. Imię i nazwisko naszego jedynaka w NBA pojawiło się tym razem w kontekście jego ewentualnego występu w meczu kończącym karierę legendy polskiej koszykówki czyli Andrzeja Pluty. Jak dla mnie jest to średni pomysł zapraszanie Marcina na taki mecz. Przy całej mojej sympatii do niego to akurat tego wieczora nie jest on we Włocławku zupełnie potrzebny.

We Wrocławiu po powstaniu dwóch koszykarskich Śląsków nie ma chwili nudy. Zanim koszykarze jednego czy drugiego zespołu wybiegli na parkiet w sezonie 2011/12 to już jest gorąco. Głównie za sprawą różnych wypowiedzi jakie pojawiają się w mediach. Wywiadem tygodnia we „wrocławskiej sprawie” jest rozmowa Szczepana Radzkiego z Radosławem Hyżym. Dolewanie oliwy do ognia trwa w najlepsze. Ale przecież akurat po Radosławie nie spodziewaliśmy się, że będzie tym co łagodzi atmosferę, prawda?

Szczepan w minionym tygodniu pochylił się także nad sprawą ewentualnego występu Asseco Prokom Gdynia komercyjnej lidze VTB. Już w tamtym roku był szeroka dyskusja na ten temat i wszystko na to wskazuje, że w tym sezonie ona powróci. Ja po roku doświadczeń także muszę się przychylić do zdania, że nie ma takiej opcji aby Asseco nie uczestniczyło w rozgrywkach od samego początku. Jest to zbyt duża strata dla polskiej ligowej rzeczywistości.

Świetny materiał przygotował też Łukasz Cegliński, który po prostu trzeba przeczytać. Choćby po to, żeby dowiedzieć się tego, że Polska reprezentacja koszykarzy w dawnych latach odnosiła sukcesy. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że była to zupełnie inna rzeczywistość to warto o tym wiedzieć.

Czy w tym roku nasi koszykarze odniosą jakiś sukces na Eurobaskecie? Jest to bardzo wątpliwe ale tak czy inaczej wszystkie mecze naszej kadry będzie można zobaczyć w TVP.

Na prawie zakończenie jeszcze wspomnę o dwóch projektach jakie ujrzały światło dzienne w minionym tygodniu i zasługują na to aby dowiedziało się o nich jak najwięcej osób. Pierwsza z tych inicjatyw to coś o nazwie „Stalówka Kosz!”. Zawsze sobie bardzo cenię zapał ludzi, którzy chcą archiwizować w różny sposób historię polskiego basketu. Nawet jeśli jest to tylko tak na prawdę jej mały wycinek.

Projektem patrzącym bardziej do przodu, a nie wstecz jest strona Youth Stats. Dzięki niej każdy kto będzie chciał sprawdzić jak radzą sobie polscy zawodnicy w różnych rozgrywkach ligowych w naszym kraju będzie mógł to sprawdzić w jednym miejscu. Wielkie brawa za pomysł i wdrożenie go w życie.

Na definitywne zakończenie jeszcze film o wyprawie młodych zawodników Georgetown na mecz towarzyski aż do Chin. Słowo klucz? TOWARZYSKI.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Największa koszykarska impreza w Europie w tym roku już startuje za niecałe 10 dni. Na Litwę zjadą się zespoły, które będą rywalizować o miano najlepszej na starym kontynencie. Gospodarze tego wielkiego wydarzenia przygotowuję się nie tylko sportowo ale także i przede wszystkim organizacyjnie.

Wszystkie reprezentacje zespoły są właśnie w okresie meczów sparingowych gdzie szkoleniowcy poszczególnych ekip dopracowują ostatnie szczegóły. Wielkim faworytem jest zespół Hiszpanii, któremu udało się ściągnąć wszystkich swoich najlepszym graczy. Szczególnie ich siła podkoszowa robi niesamowite wrażenie. Jednak jak się już okazało nie na każdym. Litwini podczas tego okresu przygotowawczego rozegrali z zespołem z półwyspu Iberyjskiego dwa sparingi. Pierwszy z nich rozstrzygnęli na swoją korzyść Hiszpanie. Drugi mecz to już jednak zupełnie inna bajka.

Litwini niemal od samego początku narzucili swój gry Hiszpanom i momentami mieli oni nad nimi wielką przewagę. Ostatecznie po zaciętej końcówce gospodarze tego meczu dowieźli zwycięstwo do końca i okazali się mało gościnni. Jeśli ktoś ma ochotę może ten mecz zobaczyć w całości tuż pod spodem.

To jednak tak naprawdę tylko przedsmak tego co czeka nas wszystkich już za niewiele ponad tydzień. Jest to jednak sygnał, że na własnych parkietach i we własnych halach niesieni dopingiem Litwini będą mogli wygrać z każdym co na pewno będą chcieli uczynić. Wracając jednak do samych hal. Mecz Litwy z Hiszpanią był debiutem nowego obiektu w Kownie, który został przygotowany specjalnie na tą imprezę. Ponad 15-tysięczna hala zrobiona w prawdziwym koszykarskim stylu robi piorunujące wrażenie. Zresztą zobaczcie sami:

Podoba wam się? Bo ja jestem pod wielkim wrażeniem.

Niestety wszystko na to wskazuje, że zbliżający się Eurobasket obejrzę w dużej mierze jedynie w telewizji. Wiem już jednak, że do Kowna w najbliższym euroligowym sezonie wybiorę się na pewno. Tym razem głównym przesłaniem wyjazdu będzie zobaczenie samego obiektu niż meczu Żalgirisu. Choć założę się, że teraz jedno z drugim współgra niemal idealnie. Chciałbym się jednak przekonać o tym na własnej skórze.

niedziela, 21 sierpnia 2011

Nie jest dobrze w NBA moi drodzy, nie jest dobrze. Lockaut każdego kolejnego dnia zbiera coraz większe żniwa w postaci nudy i coraz to bzdurniejszych tematów jakie ukazują się na światło dzienne. Czasem, aż strach czytać nowe wiadomości o NBA bo można się z nich dowiedzieć na przykład o pierdzeniu.

Każdy z nas każdego dnia spożywa różnego posiłki, trawi je, a następnie efektem tego są naturalne procesy biologiczne. I nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że opowieść o czymś takim może urosnąć do miana newsa dnia w lidze NBA. Taką historią podzielił się z dziennikarzami w ostatnich dniach Blake Griffin. W meczu przeciwko New York Knicks podczas jednej z przerw na żądanie, a właściwie po powrocie z niej, „wymknęło mu się”. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że w ogóle komukolwiek gdziekolwiek chce się o tym wspominać. W tym momencie przygotowań powinny trwać spekulacje o tym kto gdzie zagra, jak zagra lub też czy trenerzy będą umieli ustawić swój zespół. Niestety tak nie jest.

Na całe szczęście niektórzy gracze nie próżnują i cały czas aktywnie uczestniczą w różnego rodzaju rozgrywkach amatorskich czy też w meczach pokazowych na całym świecie. Grając często ze słabszymi przeciwnikami mają oni szansę pokazać jak duża jest ich przewaga umiejętności. Nawet wtedy kiedy wiadomo, że nie grają oni na 100% swoich pełnych możliwości. Dlatego też zapraszam na mój subiektywny przegląd różnych akcji graczy z NBA w okresie letnim.

Tagi: NBA
13:05, torontos , Basket
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 94