Kategorie: Wszystkie | Basket | Futbol | Inne | Live! | Multimedia | Torrenty | Zbiornik
RSS
sobota, 20 sierpnia 2011

Kiedy większość kibiców NBA w Polsce zaczynała swoją przygodę z tą ligą, była to przeważnie połowa lat 90-tych. Już wtedy do potęg konferencji zachodniej należały takie zespoły jak Seattle Supersonics czy Phoenix Suns. Jednak nie zawsze obie te ekipy były tak mocne. Można by nawet powiedzieć, że rodziły się one w bólach.

Początek ostatniego dziesięciolecia XX wieku to czas kiedy konferencja zachodnia w najlepszej lidze świata z roku na rok zyskiwała na sile. To właśnie wtedy zaczął się wyścig zbrojeń, który był ukierunkowany tylko na jeden cel - zdetronizować Chicago Bulls z mistrzowskiego tronu. Mało teraz już kto pamięta, ale w tamtym okresie najlepszym zawodnikiem nie najsłabszych Phoenix Suns był niejaki Jeff Hornacek. Tak, to ten sam zawodnik, którego wszyscy chyba zapamiętają jak „dostawkę” do duetu Stockton - Malone w Utah. To właśnie też ten zawodnik miał chyba najbardziej specyficzny rytuał przed rzucaniem rzutów wolnych. Jego pocieranie czoła w latach 90-tych znali chyba wszyscy.

Na otwarcie sezonu 1991/92 władze NBA zaplanowały między innymi mecz właśnie Phoenix Suns oraz Seattle Supersonics. Seattle, które nieśmiało dobijało się do tej czołówki na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. W tym dobijaniu się miał im pomóc duet stworzony z Gary Paytona i Shawna Kempa. Jak im to wyszło w rezultacie wszyscy wiemy. Jednak warto zobaczyć początki ich wspólnego grania. Tym bardziej, że proponowany dziś przeze mnie mecz jest opatrzony starym ale jakże miłym dla ucha polskim komentarzem. Zapraszam więc wszystkich do obejrzenia tego prawie 50-minutowego skrótu.



 

 

DOWNLOAD

piątek, 19 sierpnia 2011

Do trwającego właśnie tygodnia piłkarscy kibice w Polsce przystępowali z dużymi nadziejami. Trzy pucharowe drużyny miały dostarczyć im wielu emocji, pozytywnych wrażeń i przede wszystkim dobrych wyników. Po zwycięstwie Wisły Kraków w eliminacjach do Ligi Mistrzów wydawało się, że jest to całkiem realne do spełnienia.

Jako pierwsza bój o fazę grupową Ligi Europejskiej rozpoczęła w dniu wczorajszym Legia Warszawa. Pomimo tego, że to Spartak Moskwa miał straszyć polski zespół formą, techniką i generalnie graniem w piłkę, to za straszenie wzięli się przede wszystkim kibice.

Ku zdziwieniu większości osób na stadionie w ich ślady poszli też i zawodnicy stołecznego zespołu. Już po zaledwie kilku chwilach dzięki trochę przypadkowej akcji i skutecznemu jej wykończeniu przez Radovica Legia objęła prowadzenie. Złośliwi lub po prostu niedowierzający w tym momencie myśleli, że na pewno to są tylko „miłe złego początki” lub też zwykły „fuks”. Nic z tych rzeczy, ponieważ gracze Legii naprawdę grali taką piłkę, jakiej na Łazienkowskiej nie widziano już dawno. W kilku kolejnych akcjach właściwie tylko zespół z Rosji kilkukrotnie był w sporych tarapatach. Żeby jeszcze tylko Ljuboja w kilku akcjach zamiast bezczelnie się przewracać i wymuszać karnego, grał jak na mężczyznę przystało, to Legia by raczej na pewno podwyższyła stan tego meczu. A tak po 45 minutach była skromna zaliczka i zastanawianie się, czy aby na pewno śledzimy zespół w dobrych koszulkach.

„Tak, w dobrych” mogli odetchnąć wszyscy, kiedy w 52. minucie strzał światowej klasy oddał Ari. Strzał jakiego by się nie powstydził żaden stadion na świecie. ŻADEN. Szkoda tylko, że temu strzałowi można było zapobiec. Tak samo jak można było zapobiec temu, aby na rewanż jechać w możliwie najsilniejszym składzie, a nie na własne życzenie się osłabiać. Przez mniej lub bardziej przypadkowe żółte kartki Legia w Moskwie zagra bez trzech graczy z podstawowego składu. Nie jest to pocieszające, biorąc pod uwagę jeszcze fakt, że będzie tam musiała atakować. Ten plan ma szansę na wykonanie, jeśli tylko Ljuboja zajmie się grą w piłkę tak, jak to zrobił w 69. minucie.

Nie dość, że się nie przewrócił, to jeszcze znakomicie podał. No geniusz, po prostu geniusz. Szkoda tylko, że takich przebłysków znakomitości nie mieli obrońcy i już dwie minuty później dopuścili do utraty kolejnego gola. Zresztą wiele ich poczynań w drugiej części meczu sprawiało szybsze bicie serc kibiców trzymających kciuki za polski zespół. Kiedy zabrzmiał ostatni gwizdek arbitra, oznajmiający koniec pierwszego starcia tego dwumeczu, to wielu Legionistów skryło swoje twarze w rękach. Bardzo szybko do nich doszło, jak dużą szansę stracili na to, aby jechać do Moskwy z zaliczką, a nie przymusem „gryzienia rywala” szczęką bez kilku zębów.

Tego problemu przed rewanżem za tydzień w Bukareszcie nie mają za to gracze Śląska Wrocław. Nie mają, ponieważ zespół Rapidu już we Wrocławiu nie tylko „powybijał wystarczającą ilość zębów” gospodarzom, ale także i ograbił ich ze wszelkich możliwości walki w rewanżu. Wygrana 3:1 w meczu na wyjeździe i obnażenie wszelkich słabości obronnych Śląska to łup z jakim wrócili do siebie Rumuni. Ciężko się to oglądało, jak prawie każdy wypad pod bramkę gospodarzy pachniał golem, dzięki „radosnej twórczości” obrońców. Ten mecz tak naprawdę bardzo dobrze by się oglądało, gdyby był opatrzony komentarzem w takim oto unikalnym stylu.

Niestety i komentarz był taki sobie i gra była taka sobie. Nawet sam Orest Lenczyk zdradził mediom, że w takim wypadku Śląsk na rewanż jedzie tylko po to, aby uratować honor. Czy im to się uda, to się jeszcze okaże. Pewne jest chyba jednak to, że jeśli nic się nie zmieni, to jedyne czego nie będziemy mieć po tej rywalizacji, to niedosytu po wyrównanej ale przegranej rywalizacji. 

czwartek, 18 sierpnia 2011

Przeważnie bywa tak, że „najtrudniejszy jest pierwszy krok”, jak mówią słowa słynnej polskiej piosenki. Wczorajszego wieczora jednak piłkarzom Wisły Kraków taki krok udało się wykonać, ku bramom raju, jak w Polsce jest postrzegana Liga Mistrzów. Pokonanie APOEL-u Nikozja sprawia jednak tylko to, że droga jest odrobinę krótsza, ale wciąż niezwykle wyboista.

Przed spotkaniem wśród zawodników polskiego zespołu, którzy udzielali wywiadów dla kilku telewizj, panował umiarkowany optymizm. Każdy mówił o pełnym skupieniu i walce od początku do końca. Trener Maaskant poszedł nawet o krok dalej, kiedy przyznał, że nawet bezbramkowy remis będzie sukcesem Wisły. Czy jednak aby na pewno byłby to sukces? Dla mnie to zaczęło pachnieć lekkim asekuranctwem i ewentualnym przygotowywaniem „gruntu po porażkę”. Tylko w dwóch polskich stajach telewizyjnych, które transmitowały ten mecz, w studiach przedmeczowych co chwila wspominano, co zyska Wisła po awansie. Która z tych postaw jest lepsza? Każda ma swoje plusy i minusy, jednak na szczęście zawsze jest tak, że wszystkie te rozmowy, przewidywania, nadzieje czy ambicje weryfikują dwie rzeczy - boisko i rozgrywany na nim mecz.

Jeśli ktoś przed tym meczem nie interesował się zbytnio piłką cypryjską i liczył, że do Krakowa przyjedzie wystraszony zespół z Cypru, to musiał być mocno zaskoczony. Podopieczni Ivana Jovanovića od pierwszych minut rzucili się na gospodarzy. Słowa o tym, że APOEL przyjechał do Polski po zwycięstwo nagle stały się bardziej realne niż kiedykolwiek. Wysoki pressing ze strony już napastników cypryjskiej ekipy to nie było to, na co byli przygotowani Wiślacy. Nawet jeśli wiedzieli teoretycznie, że może to nastąpić, to w praktyce radzenie sobie z tym nie wychodziło im najlepiej. Dwaj poprzedni rywale w minionych rundach kwalifikacyjnych Champions League ani przez chwilę nie zmusili polskiego zespołu do takiej gry, jaką musieli oni prezentować wczorajszego wieczora. Każda strata piłki, czy to w obronie, czy też w środku pola, pachniała kontrą rywali. Niewątpliwie pomagało im w tym świetne wyszkolenie techniczne, jakie prezentowali. Nic w tym jednak dziwnego, jeśli w składzie ma się tylu Brazylijczyków czy też Portugalczyków.

Z biegiem jednak kolejnych minut Wisła coraz bardziej przyzwyczajała się do panujących zasad na zielonej murawie i starała się im dostosowywać. Jednak ataki w pierwszej połowie były bardzo nieporadne i co najważniejsze niezbyt często kończone strzałami, które realnie mogłyby zmusić bramkarza rywali do jakiegoś wysiłku. Najgroźniejszą sytuację pierwszych 45 minut miał Patryk Małecki, kiedy to po dośrodkowaniu z prawej strony i złym wyjściu goalkeepera z bramki, piłka niemal trafiła w niego, a następnie przeleciała nad poprzeczką. To było jednak trochę mało jak na spore oczekiwania panujące przed meczem. Co się jednak nie odwlecze to…

Gol Patryka Małeckiego był pierwszym straconym przez APOEL w tym sezonie. Bramka ta pozwoliła na pewno trochę odetchnąć Wiślakom, z których jakby spadł duży ciężar odpowiedzialności. W międzyczasie kibice sobie poużywali jeszcze na obecnym na tym spotkaniu Franciszku Smudzie, którego kilkukrotnie spytali swojsko „Smuda! Co?! Małecki!!!”. W sumie pytanie było jak najbardziej słuszne, ponieważ ten chłopak zasługuje na to, aby dostać szansę, a nie obrażać się na niego czy też po prostu go „nie lubić”. To nie ten poziom panie selekcjonerze.

Wracając jeszcze do meczu, a właściwie pomeczowych reakcji, to trener gości uważał, że jego zespół przegrał zupełnie niezasłużenie. I patrząc na dużą część tego spotkania, nie trudno się z nim nie zgodzić. Jednak nie jest to łyżwiarstwo figurowe, żeby przyznawać punkty za wrażenie artystyczne. Z drugiej strony, trener Maaskant powiedział bardzo ważną, a zarazem budującą rzecz:

- Najszczęśliwszy byłem jednak po meczu, gdy wszedłem do szatni. Widziałem, że zawodnicy nie są zbyt rozentuzjazmowani. Poczułem tylko, że moi gracze wiedzą, że zrobili dopiero pierwszy krok, by awansować do Ligi Mistrzów. Jestem zadowolony z wyniku, bo dzięki temu na Cyprze będziemy mogli grać tak, jak najbardziej lubimy, czyli z kontry.

Cypryjczycy więc mają jeszcze do dyspozycji 90, a może i więcej minut, aby udowodnić swoją wyższość nad polskim zespołem. Tego, że w rewanżu będzie gorąco, w przenośni i dosłownie, można więc być pewnym. Oby tylko cypryjska  aura, z którą podobno nawet Grecy mają kłopoty, nie sprawiła, że będziemy oglądać powtórkę z Aten i starcia z Panathinaikosem. Liga Mistrzów jest już zarazem tak blisko i tak daleko.

środa, 17 sierpnia 2011

Już dziś oraz jutro trzy polskie zespoły piłkarskie zagrają o swoją lepszą przyszłość, bliższą lub dalszą. Wisła Kraków po raz kolejny zapuka do bram Ligi Mistrzów, a Legia Warszawa ze Śląskiem Wrocław będą próbować się dobić do Ligi Europejskiej. Zadanie to jak zwykle nie jest proste, ale też i nie niewykonalne, tak jak bywało to w latach poprzednich.

Wisła Kraków od samego początku wstąpienia w struktury klubowe pana Cupiała cierpi na polski „syndrom Champions League”. Przejawia się to tym, że niemal co roku pod Wawelem mówi się, że ten sezon będzie przełomowy i będziemy walczyć o awans do tych elitarnych rozgrywek. Jednak jak to wychodzi w praktyce, nie trzeba chyba nikomu przypominać. Trzeba jednak przypomnieć na przykład lata, kiedy to na drodze do rozgrywek grupowych stawali naprzeciwko Wisły rywale w postaci Realu Madryt czy tez wielkiej Barcelony. W starciu z takimi tuzami ciężko nawet myśleć o pozytywnym rozstrzygnięciu, a co dopiero wywalczyć je na boisku. Były też lata, kiedy to Wisła była bardzo blisko spełnienia swego marzenia. Najbardziej jaskrawym przykładem jest rywalizacja z greckim Panathinaikosem Ateny, kiedy to w Krakowie udało się wygrać w stosunku 3:1, a w Atenach działy się piłkarskie cuda. Po raz kolejny bez happy endu dla polskiego zespołu. O wpadkach w postaci odpadania z rozgrywek z jakimiś teoretycznie słabszymi rywalami nawet nie będę już wspominał. Wystarczająco dużo inni popastwili się nad Wiślakami w tamtym okresie.

W tym roku ma być jednak inaczej. Dzięki reformie rozgrywek Ligi Mistrzów Wisła nie miała już szans wpaść na zespoły pokroju europejskich gigantów futbolu. Nie oznacza to jednak, że droga do fazy grupowej będzie dużo łatwiejsza. Oczywiście klasa tych zespołów jest zupełnie inna, ale przeciwnikom także bardzo zależy na tym, aby uzyskać awans do finansowego eldorado. Los sprawił, że tym razem Wiślacy zmierzą się z cypryjskim APOEL-em Nikozja. Czy było to dobre losowanie? Gracze i działacze z Krakowa nie powinni narzekać. Bardziej powinni się skupić na sobie i na swojej grze, a wtedy wszystko będzie w ich rękach, a właściwie nogach. W dwóch pierwszych rundach Wisła wygrała wszystkie swoje 4 mecze i bez większych problemów awansowała do tej fazy. Jest to o tyle ważne, że zawodnicy, którzy teraz występują pod Wawelem, są skupieni na jednym celu, jaki im przyświeca i po prostu go realizują. Brak męczarni w poprzednich rundach to dla mnie zaskoczenie, miłe zaskoczenie. APOEL ma już za sobą start w Lidze Mistrzów i w tych spotkaniach to może być ich jakiś atut. Tym bardziej, że wielu zawodników z tamtego składu występuje do dziś w zespole z Cypru. Co jeszcze świadczy na korzyść rywali Krakowian? Pierwszy mecz na wyjeździe, czyli w Polsce, a decydujący rewanż u siebie. Z jednej strony jest to przewaga psychologiczna, a z drugiej pewien balast, z którym muszą sobie poradzić. Zadaniem Wiślaków jest jak największe utrudnienie im tego. Pierwsze starcie już dziś o 20:45. 

W czwartek zaś do rywalizacji o mniej prestiżową, ale równie potrzebną fazę grupową Ligi Europejskiej zawalczą zawodnicy Legii Warszawa oraz Śląska Wrocław. Dla obu tych klubów ewentualny awans z różnych powodów potrzebny jest niemal jak powietrze. Legioniści zmierza się ze znacznie silniejszym rywalem niż będzie miał zespół z Wrocławia, a mianowicie Spartakiem Moskwa. Kiedy tylko ta drużyna została wylosowana, większość mediów zaczęła wspominać „stare, dobre czasy”, czyli lata 90-te i pojedynki z ówczesnym Spartakiem. Pojedynki de facto przegrane. Jednak od tamtego czasu zmieniło się wiele, ale nie to, że to Spartak wystąpi w roli faworyta, a Legia zaledwie pretendenta. Spragnionym jakiegokolwiek sukcesu Warszawiakom awans ten pozwoliłby na chwilę spokojnie odetchnąć i powiedzieć, że w końcu im się coś także udało. Poziom frustracji by spadł o kilka punktów procentowych i życie na Łazienkowskiej byłoby pod kilkoma względami lepsze. Czy jednak czysto sportowo ten zespół jest gotowy na to wyzwanie? Poprawę w grze Legii w tym sezonie i w stosunku do poprzedniego sezonu widać gołym okiem. Jednak tu nasuwają się dwa pytania. Pierwsze to czy można było grać gorzej niż w ubiegłym roku oraz drugie czy skok jakościowy w grze drużyny z Warszawy jest na tyle duży, aby przeskoczyć kolejnego rywala. Połowiczną odpowiedź na to pytanie poznamy już w czwartek, kiedy to w Warszawie o godzinie 18:00 odbędzie się pierwszy z meczów. 

Śląsk Wrocław jako debiutant na tym poziomie rozgrywek stoi przed zadaniem wyeliminowania z gry Rapidu Bukareszt. Zespołu, który dla przeciętnego kibica w Polsce zapewne niewiele mówi, ale jak się pewnie okaże, może narobić sporo krzywdy polskiemu zespołowi. Podopieczni charyzmatycznego Oresta Lenczyka, aby myśleć o wygraniu tej rywalizacji, w moim odczuciu, muszą poprawić dwie rzeczy. Pierwsza z nich to skuteczność, ponieważ o ile w poprzedniej rundzie nieudane akcje Piotra Ćwielonga uszły płazem, to teraz Wrocławianie nie muszą mieć tyle szczęścia. Tutaj jeden celny strzał może zadecydować o być albo nie być w dalszej grze, tak więc warto by się nad tym aspektem gry jeszcze bardziej pochylić. A jest o co grać. W przypadku Śląska przede wszystkim o to, żeby nowy, świetny stadion, który jest już na ukończeniu, był zapełniany większą ilością widzów nie tylko kilka razy do roku na meczach z Lechem, Legią czy też Wisłą. Rywale z Ligi Europejskiej mogą ten komfort zapewnić niemal co tydzień. Nierozłącznym też aspektem ewentualnego awansu są gratyfikacje finansowe. Te również nie wyglądają tak najgorzej, ponieważ być może w uboższej siostrze Ligi Mistrzów nie zarabia się takich kroci, ale jak pokazał choćby Lech Poznań można tam podnieść z murawy również niezłe sumy pieniędzy. Trzeba tylko walczyć i wygrywać w kolejnych spotkaniach, a bonusy za te zwycięstwa same przyjdą. Czy Śląsk zbliży się do nich w jakiś znaczący sposób będzie można zobaczyć już o 20:00 w najbliższy czwartek. 

wtorek, 16 sierpnia 2011

Oj działo się przez ostatni tydzień, działo. Przeglądając materiały do dzisiejszego podsumowania w postaci artykułów, wypowiedzi czy też linków sam byłem zaskoczony ich ilością. I to wszystko w okresie wakacyjnym czyli wtedy kiedy teoretycznie nie powinno się dziać zbyt wiele. A jednak. Dlatego też nie przedłużam i przechodzę do rzeczy.

Najbardziej medialnym sportowcem minionego tygodnia i najbardziej komentowaną sprawą we wszystkich mediach było to czy Marcin Gortat zagra na EuroBaskecie. Dość długo opinia publiczna i kibice trzymani byli w niepewności. Jednak kiedy w końcu się okazało, że nasz jedynak w NBA nie zagra to się cały temat tak naprawdę dopiero zaczął. Najpierw sam zainteresowany powiedział chyba o parę słów za dużo na temat zespołu narodowego i swoich jakby nie patrzeć kolegów. Na reakcję ludzi związanych z basketem w Polsce nie trzeba było długo czekać. Głos między innymi zabrali Szczepan Radzki oraz Michał Rodziewicz z bloga 3 Sekundy. Żeby tego było mało w internecie po raz kolejny głos zabrał sam Marcin tym oto filmikiem.

Co ja o tym wszystkim sądzę? Z jednej strony rozumiem Marcina jako sportowca, który niemal cale swoje życie poświęcił swojemu marzeniu. Teraz kiedy udało mu się je osiągnąć stara się je chronić najlepiej jak potrafi. Jednak można by chyba to zrobić w inny i trochę lepszy sposób. Szkoda, że tak wyszło.

W międzyczasie powrócił temat hali widowiskowo-sportowej w Białymstoku na ponad 7 tysięcy widzów. Podobno „jest już blisko” ale ile razy ja już to słyszałem i czytałem to się nawet chyba zliczyć nie da.

Takich problemów za to nie mają mieszkańcy Gdańska i całego pomorza ponieważ w niedziele miała tam miejsce inauguracja nowego stadionu Lechii Gdańsk. Stadionu, który ma być polską wizytówką Euro2012 i wszystko wskazuje na to że nią właśnie będzie. Obiekt prezentuje się po prostu imponująco.

Lepiej nawet niż wizualizacja stadionu prezentowana przed jego zbudownaiem.

Stadion Legii czyli od niedawna Pepsi Arena także należy do najlepszych w kraju. Ostatnio jednak zwrócono po raz kolejny(!) uwagę na pewien problem. Co mnie w tym wszystkim najbardziej dziwi to fakt, że Warszawa nie jest w tym kłopocie odosobniona. Nie wiem dlaczego tak jest ale praktycznie nigdzie w Polsce przed meczem na stadionie nie pracują zarówno wszystkie kasy jak i też na niektórych stadionach wejścia. O ile wejścia można jeszcze jakoś tłumaczyć względami bezpieczeństwa to jak wytłumaczyć kasy? Chęcią zaoszczędzenia na pracownikach? Zapewne nie ale żaden inny bardziej racjonalny powód nie przychodzi mi teraz do głowy.

Polska skopana reprezentacja zagrała towarzyski mecz numer 72056916. Tym razem jej przeciwnikiem była wszechpotężna Gruzja. Po ogromnej walce i niesamowicie emocjonującym meczu do ostatnich minut podopieczni Franciszka Smudy odnieśli bohaterskie jednobramkowe zwycięstwo. Jednak nie to było w tym wszystkim najważniejsze. Już dzień przed samym meczem wszystkich przyćmił i wręcz zaszokował swoją analizą niezawodny Roman Kołtoń. Po prostu porażające.

Jeden z żartów w komentarzach pod filmem też dobry:

Jakie 3 rzeczy wziąłby ze sobą Borek na bezludną wyspę?

- żel do włosów

- Kołtonia

- żel do włosów dla Kołtonia

 

Nie wszystkim jednak było do śmiechu w minionych 7 dniach. Niektórzy musieli uczestniczyć w czymś w czym na pewno by nie chcieli mieć okazji. Pisze tu o kibicach Górnika Zabrze, którzy w drodze do Warszawy na mecz z Legią trafili na katastrofę kolejową jaka miała miejsce na drodze do Katowic. Po raz kolejny ta szkalowana przez większość mediów w Polsce grupa społeczna stanęła na wysokości zadania i pomogła potrzebującym. Oczywiście kosztem niedojechania na mecz w stolicy. Wielkie brawa słowa szacunku dla tych ludzi.

Wracając jeszcze do koszykówki to dwie rzeczy warte są na pewno odnotowania. Pierwsza z nich to niezłożenie kompletnego wniosku do rozgrywek PLK przez Polonię Warszawa i praktycznie zamknięcie sobie drzwi do najwyższej klasy rozgrywkowej w sezonie 2011/2012. Pomimo jeszcze odgrażania się władz klubu ich przyszłość nie rysuje się w pozytywnych barwach. Wraz ze zbliżaniem się nowych rozgrywek PLK będzie coraz głośniejszy temat ich formatu w tym roku. Czy drugi raz z rzędu Asseco przeforsuje temat nie grania w pierwszej rundzie sezonu zasadniczego? Wątpię.

Na koniec coś jeszcze o rzeczy zupełnie nierozerwalnej ze sportem czyli emocjami. Jak wiadomo przy uprawianiu czy oglądaniu jakiejkolwiek dyscypliny sportowej jest ich całe mnóstwo. Zarówno tych dobrych jak i też złych. Takich jak na przykład te z poniższych przykładów.

Na szczęście jednak były też i pozytywne chwile. Co jeszcze lepsze obie z Polakami w składzie. Zarówno pierwszy wyczyn czyli pobicie 23-letneigo rekordu Polski jak i drugi czyli dokonanie czegoś na pozór niemal niemożliwego zasługuje na wielkie brawa.

Oby było więcej takich tygodni jak ten miniony.