Kategorie: Wszystkie | Basket | Futbol | Inne | Live! | Multimedia | Torrenty | Zbiornik
RSS

Basket

czwartek, 15 września 2011

Koszykarski męski EuroBasket na przestrzeni swojej wieloletniej historii widział już wiele różnych sensacyjnych wydarzeń. Jednak czegoś takiego, co miało miejsce wczorajszego wieczora w Kownie chyba jeszcze nie. Tej nocy płakali dosłownie wszyscy. Jedni ze szczęścia, a inni z radości.


Przed ćwierćfinałowym spotkaniem Litwy czyli gospodarzy z największą niespodzianką tego turnieju czyli Macedonią nikt nie przewidywał większych emocji. Z jednej strony pewni siebie Litwini już widzieli siebie oczyma wyobraźni w kolejnej rundzie. Z drugiej zaś Macedończycy na pewno po cichu liczyli na kolejną niespodziankę ale było to raczej traktowane w sferze pobożnych życzeń, a niżeli realnych rozpatrywań. Ja sam jeszcze poprzednim tekście tak pisałem o tym meczu: „Litwini czyli gospodarze, nie wyobrażali sobie jakiegokolwiek innego wyniku jak chociażby awans do półfinałów. I jak do tej pory pomimo lepszych i gorszych momentów w swojej grze ten cel wydaje się, że są w stanie zrealizować. Muszą jednak pozbawić złudzeń zespół, który na Litwę jechał jako koszykarski Kopciuszek.”

Życie po raz kolejny postanowiło spłatać figla wszystkim zainteresowanym tym tematem. W wypełnionej po brzegi ponad 15-tysięcznej Kaunas Arenie, zbudowanej specjalnie na te mistrzostwa, wszyscy wierzyli w to, że zobaczą tu świętowanie Mistrzostwa Europy przez gospodarzy. Jednak żeby dostąpić do tego zaszczytu, najpierw trzeba wspiąć się na wyżyny swoich koszykarskich i nie tylko umiejętności i udowodnić ile jest się wart. Lub też mówiąc bardzo dosadniej trzeba zaprezentować swoje cojones. A to zrobili wczoraj przede wszystkim Macedończycy. Nie przerazili się ogłuszającego tłumu tylko wsłuchali się w także bardzo żywiołowy doping, swojej kolorowej ale mniej licznej grupie fanów, którzy znajdowali się niedaleko parkietu. Cała końcówka to jedna wielka wojna nerwów i przede wszystkim wielkie zagranie Vlado Ilievskiego.

Radość po zakończeniu tego meczu w szeregach reprezentacji żółto-czerwonego kraju była ogromna. Tuz po końcowym gwizdu rozpoczęło się świętowanie na głównym boisku wraz z kibicami na trybunach.

Później dalsza część przeniosła się do szatni zawodników.

A tymczasem na ulicach Macedońskich miast trwał prawdziwy karnawał i euforia wywołany tym triumfem.

Jak mówili telewizyjni komentatorzy, cisza jaka zapadła na hali po ostatnim gwizdku tego meczu wśród wielotysięcznego tłumu była niesamowita. Niesamowicie przerażająca i zarazem kontrastująca z radością jaka działa się tuż obok na ich oczach. Co musieli i zapewne dalej muszą czuć litewscy kibice tego prawie nikt nie jest w stanie zrozumieć. Tak jak dla Macedończyków 14 września 2011 roku będzie małym świętem narodowym, tak ta sama data dla Litwinów będzie datą żałobną. To właśnie tego dnia pogrzebali oni swoje marzenia o wielkim triumfie.

Przed obydwoma zespołami są jeszcze kolejne mecze. Macedonia zmierzy się z najtrudniejszym z możliwych rywali na tej imprezie czyli Hiszpanią, a Litwini do końca będą musieli walczyć o 5 miejsce dające awans na Igrzyska Olimpijskie za rok w Londynie. Tak więc przed obydwoma zespołami stoją jeszcze wielkie wyzwania.

środa, 14 września 2011

Po dwóch fazach grupowych podczas EuroBasketu, przyszedł czas na  grę o wszystko czyli fazę pucharową. Już dziś wybiegną na parkiet w niesamowitej hali w Kownie pierwsze 4 zespoły, które rozpoczną ćwierćfinały. Wśród nich są murowani faworyci, którzy będą musieli potwierdzić na boisku swoją wyższość.


Sola każdej dużej imprezy sportowej, są prawdziwe niespodzianki lub wielkie sensacje w postaci niespodziewanego awansu lub sromotnej klęski faworyta. Przeważnie dzieje się to dopiero na etapie pucharowym, kiedy to o wszystkim decyduje jeden mecz, który nie zawsze musi wyjść tak jak się od niego oczekuje. W tym jednak roku było trochę inaczej.

Litwa - Macedonia

Jedną z par ćwierćfinałowych tegorocznego Eurobasketu tworzą zespoły, które przed tym turniejem były plasowane na kompletnie różnych pozycjach. Litwini czyli gospodarze nie wyobrażali sobie jakiegokolwiek innego wyniku jak chociażby awans do półfinałów. I jak do tej pory pomimo lepszych i gorszych momentów w swojej grze ten cel wydaje się, że są w stanie zrealizować. Muszą jednak pozbawić złudzeń zespół, który na Litwę jechał jako koszykarski Kopciuszek. Z biegiem kolejnych wygranych meczów jego rola się jednak kompletnie zmieniła. Niewiele ponad sekundy zabrakło Macedończykom aby przed fazą ćwierćfinałową zakończyć rywalizację na pierwszym miejscu w grupie z kompletem 5 wygranych. Już choćby to pokazuje jak trudnym rywalem może być zespół Macedonii dla gospodarzy. Gospodarzy, którzy przed własną publicznością niemal muszą wygrać, a ich rywale zaledwie mogą. Historia sportu zna już nie jeden taki przypadek kiedy to stres potrafił związać nogi i ręce nawet najlepszym zawodnikom czy też zespołom. Jak będzie tym razem? Moim typem pomimo wszystko i zresztą do końca już tej imprezy będą Litwini. Nie ma dla nich nic lepszego niż powalczyć o prymat w Europie na własnych boiskach.

Hiszpania - Słowenia

Zanim jednak Kaunas Arenę opanuje zielony szał Litwy to wcześniej na parkiet wybiegną Hiszpanie oraz Słoweńcy. W tym meczu faworyta wytypować nie trudno ponieważ z kim by Hiszpanie nie grali to zawsze będą stawiani w roli faworyta. I ciężko tu nawet szukać jakichś specjalnych porównań składów czy też możliwości obu ekip, bo te zawsze będą świadczyły o przewadze graczy z Półwyspu Iberyjskiego. Jedyną nadzieją Słoweńców mogą być ich szaleni kibice, których na pewno nie zabraknie w Kownie, ich znakomita postawa w tym dniu na którą ich na pewno stać oraz na słabszy dzień Hiszpanii, który także już w tej imprezie się zdarzył. Czy jednak jest to realne aby te wszystkie warunki zostały spełnione w jednym miejscu i tym samym czasie? Odpowiedzcie sobie sami.

Francja - Grecja

Czwartek będzie dniem w którym pomimo tego, że grające zespoły zajęły różne miejsca w swoich grupach, to o pokuszenie się wytypowania faworytów będzie bardzo trudno. Pojedynek Francji z Grecją będzie meczem chyba dwóch najbardziej chimerycznych zespołów w całej Europie. Ciężko mi sobie wyobrazić tak zbliżone pod tym względem dwie inne ekipy. Mottem obu tych ekip powinno być powiedzenie, że „nie ma takiego meczu jakiego nie moglibyśmy przegrać”. Udało się to udowodnić na dużych koszykarskich imprezach zarówno Francuzom jak i też Grekom nie raz i nie dwa. Kto tym razem pojedzie do domu z poczuciem kolejnej zmarnowanej szansy? Pomimo tego, że Francuzów na tych mistrzostwach widziałem mało, to jestem skłonny zaryzykować, że to co widziałem predysponuje ich do gry o coś więcej niż o miejsca 5-8. Grecy pomimo niezłego bilansu meczów, muszą otwarcie przyznać, że oprócz Rosji z którą dotkliwie przegrali, nie walczyli oni jak do tej pory z wielkimi zespołami. Tak więc czwartkowe zdarzenie z rzeczywistością może się okazać dla nich bardzo bolesne.

Rosja - Serbia

Na zakończenie tej fazy Rosjanie zmierzą się z Serbią czyli finalistą ubiegłego czempionatu na starym kontynencie. Gracze Sbornej mieli bardzo dużo szczęścia w meczu z Macedonią. Gdyby rzut rozpaczy Monya nie doszedł do celu to spotkaliby się oni z Litwinami, którzy podczas tej imprezy są zmotywowani jak mało kiedy. Czy to jednak oznacza, że Serbia będzie dużo łatwiejszym rywalem? Tylko teoretycznie. Ponieważ praktycznie to Serbowie bardzo długi czas prezentowali się lepiej niż Rosjanie i pierwszą porażkę zaliczyli dopiero w meczu turnieju jak na razie czyli pojedynku zakończonym dogrywką z Francją. Później ich pech polegał na tym, że trafili oni do trudniejszej grupy w której znacznie ciężej było o wygrane. Czy jednak nadmiar porażek nie złamał wiary w końcowy sukces tego zespołu? Mam nadzieję, że nie ponieważ w tym meczu liczę na niespodziankę i odprawienie do domu rozstawionych z numerem jeden Rosjan.

sobota, 10 września 2011

Kalendarzowe i nie tylko lato dobiega już powoli końca. Wraz z końcem lata kończy się też sezon na plenerowe imprezy koszykarskie, których każdego roku odbywa się znaczna ilość. Pomimo tego jeszcze w tym roku w niedługim czasie odbędzie się turniej na który warto się wybrać. I to z kilku powodów.

Ktoś kto kiedykolwiek grał w koszykówkę na podwórku po zmroku ten wie, że ma to swój niepowtarzalny klimat. Jeśli ktoś jeszcze nie miał takiej okazji to nadarza się ku temu znakomita okazja ponieważ 17 września w Gdańsku odbędzie się Baltic Cup Streetball Night.

Impreza ta rozpocznie się o godzinie 18 i potrwa, aż do późnych godzin wieczorno-nocnych. Kto może wziąć udział w tej zabawie? Organizatorzy przygotowali kilka kategorii rozgrywek:

U16 mężczyźni [roczniki '95 i młodsi]
U14 mężczyźni [roczniki '97 i młodsi]
U12 mężczyźni [roczniki '99 i młodsi]
OPEN mężczyźni [Piterbasket]
OPEN kobiety

Tak więc jak widać w Gdańsku znajdzie się miejsce zarówno dla młodszych adeptów koszykówki jak i też starych wyjadaczy, którzy z niejednego już koszykarskiego pieca chleb jedli. Organizatorzy zapowiadają, że dla zwycięzców w kategorii Open będzie bardzo atrakcyjna nagroda. Tak więc jeśli kogoś nie skusi fakt możliwości pogrania wieczorową porą to może to stanie się dla niego magnesem?  Myślę, że dla samego bycia i zobaczenia tego turnieju na żywo warto przejechać się nawet trochę kilometrów z miejsca gdzie się mieszka na co dzień. Jak na razie chęć uczestnictwa w zabawie potwierdziło już 50 zespołów, a jak że liczba miejsc jest ograniczona to warto by się w miarę szybko zastanowić nad tym czy nie warto skorzystać z tej oferty.

Wszystkich jeszcze nie do końca przekonanych odsyłam na oficjalną stronę imprezy

www.balticcupstreetball.pl

Tam znajdziecie regulamin zawodów, galerie i wyniki poprzednich edycji tej zabawy, a także wszelkie bieżące informacje, które mogą być przydatne w przypadku chęci wzięcia udziału. Tak więc nie pozostaje mi nic innego jak tylko raz jeszcze zaprosić na to wydarzenie i życzyć wszystkim jak najlepszego startu w zawodach! Powodzenia!

Tagi: streetball
00:21, torontos , Basket
Link Komentarze (1) »
czwartek, 08 września 2011

Pisząc wczorajszą notkę na bloga nie sądziłem, że spotka się ona z tak tłumnym odbiorem jak pokazują statystyki Google. Dziękuję za to i tym samym czuję się w jakimś stopniu zobowiązany do tego aby dodać coś jeszcze w ramach uzupełnienia wczorajszego wpisu.

Kiedy zaczynałem pisać wczorajszy wpis miałem w głowie pewne punkty, które chciałem w nim rozwinąć. Jak się później okazało w natłoku innych tematów parę rzeczy umknęło mi, a w moim odczuciu warto by było o nich wspomnieć. Szczególnie, że większość z nich jest silnie związana z imprezą, która odbywa się właśnie na Litwie. Dziś jednak zacznę od czegoś… smakowitego.

Ten kto był kiedykolwiek na Litwie ten na pewno spotkał się z wieloma różnymi potrawami lub produktami spożywczymi, które tam są powszechne, a u nas w Polsce trudniej dostępne. Na pierwszy plan w naturalny chyba sposób wysuwają się cepeliny, które są swoistym odpowiednikiem polskich pyz choć to nie do końca to samo. Ba, nawet nie ma co porównywać tych dwóch potraw. W każdym bądź razie jeśli ktoś będzie jeszcze podczas tego EuroBasketu na Litwie lub tez nawet później to musi ich spróbować. Ja natomiast podczas mojego ostatniego pobytu „odkryłem” dwie nowe rzeczy. Pierwsza z nich to cebulaki czyli coś na kształt zwykłych bułek z tym, że pieczone są one w głębokim tłuszczu i mają w środku farsz jak nazwa wskazuje ze zmielonej masy cebulowej. Nie wiem czy brzmi to zachęcająco ale zapewniam, e warto to kupić. Tym bardziej, że my mieliśmy to szczęście kupować to w sklepie gdzie była możliwość podgrzania ich raz jeszcze na miejscu co potęgowało to ich smak. Na koniec jednak zostawiam coś dla mnie dziwnego. Będąc w Poniewieżu nie dało się nie zauważyć reklam pewnej firmy mleczarskiej, która poprzez te mistrzostwa starała się wypromować swój chyba sztandarowy produkt czyli ser o nazwie Dziugas.

Skuszony wszędobylska promocją spróbowałem tego sera i muszę przyznać, że doznania smakowe były dziwne. Jeśli ktoś jest przyzwyczajony do typowego polskiego żółtego sera to przy Dziugasie nie może on się kierować tym smakiem. W tym przypadku ser smakuje jak bardzo słony kawałek wosku, lub po prostu na przykład świecy. Dosyć osobliwe doznanie. Ale warto spróbować dla samego poznania czegoś nowego.

Z rzeczy już trochę bardziej koszykarskich ale także nie do końca zapomniałem w poprzednim wpisie wspomnieć o Amberisie czyli mówiąc po polsku Bursztynku.

Żeby rozwiać wszelkie wątpliwości to owa postać jest oficjalną maskotką litewskiego EuroBasketu. O wyborze takiej, a nie innej maskotki na litewską imprezę decydowali sami kibice poprzez głosowanie i podobno Amberis nie pozostawił żadnych złudzeń swoim rywalom i wygrał tę rywalizację w cuglach. Czy był to dobry wybór tego nie oceniam, bo to w dużej mierze to tylko kwestia gustu. Z drugiej jednak strony pamiętam jak dwa lata temu w Polsce wybrano żubra o imieniu Mieszko i ile było narzekań na ten wybór.

 

Czy teraz z perspektywy czasu nadal nasz żubr był taki słaby?

Teraz tak jak już obiecałem na początku notki przyszedł czas także na moje podziękowania. Komu i za co? Dla mojego kolegi dziennikarza, który przebywał na Litwie podczas pierwszej fazy turnieju i relacjonował tamtejsze wydarzenia na potrzeby portalu Koszykowka.net. Wiedząc, że będzie on tam od początku imprezy poprosiłem go przed wyjazdem aby spróbował on zdobyć dla mnie coś co otrzymują od FIBA wszyscy akredytowani dziennikarze. Tym czymś był tradycyjny Media Guide czyli prawdziwa skarbnica wiedzy o danej imprezie w postaci niemal 200-stronnicowej książki.

To właśnie w niej opisane są wszystkie występujące na mistrzostwach zespoły, ich zawodnicy, trenerzy, a także sędziowie czy komisarze zawodów. Do tego podane są świetne statystki czy też zestawienia, które bardzo ciężko znaleźć gdziekolwiek indziej, nawet w dobie internetu. Jak widzicie na zdjęciu otrzymałem też Media Manual czyli swoisty przewodnik dla każdego dziennikarza po imprezie. Zawiera on informacje na temat miast gospodarzy, hal w których odbywają się zawody czy też wszelki spis to co dziennikarze mogą, a co jest surowo zabronione. Zapewniam, że jest tego trochę i czasem są to dość absurdalne z mojego punktu widzenia rzeczy. Ale tak to już jest w tak wielkiej machinie, że zakazuje się wielu rzeczy „na wszelkie wypadek”.

Jednak wspomniany wcześniej kolega nie mówiąc mi nic o tym wcześniej poszedł o krok dalej w zdobywaniu pamiątek z imprezy. Tym większe było moje zaskoczenie kiedy wczoraj listonosz przyniósł mi paczkę z tym wszystkim. Otóż oprócz wspomnianych wcześniej rzeczy pokaźnych rozmiarów koperta zawierała taki oto gadżet.

Jest to torba przeznaczona na laptopa z oficjalnym logiem EuroBasketu przygotowana specjalnie na tą imprezę. Jest to już niejako tradycja, że FIBA tak dba o dziennikarzy ponieważ 2 lata temu na polskim EuroBaskecie było to samo, a w tym roku na żeńskim odpowiedniku do dyspozycji były takie torby.

Jak widać FIBA na dobre związała się kontraktem z firmą Champion ponieważ to właśnie tej firmy są te wszystkie produkty. Z mojego punktu widzenia mogę je na pewno polecić, ponieważ na przykład tą czerwoną torbę używam chodząc na siłownię i sprawdza się ona do tego celu wręcz idealnie.

Do wczorajszej przesyłki było dołączonych także  kilka innych zdobyczy.

Podkładka pod myszkę, smycz promująca miasto Kowno, szczegółowy kalendarz imprezy oraz coś w rodzaju zawieszki/breloka do kluczy lub na przykład lusterko w samochodzie opatrzone oczywiście logiem EuroBasketu z jednej strony oraz Amberisa z drugiej. Dorzucony był jeszcze plakat promujący imprezę ale Poczta Polska postarała się solidnie o to aby nie dotarł on do mnie w dobrym stanie. Jednak wszystko to zebrane razem do kupy pokazuje kilka rzeczy. Po pierwsze jak bardzo FIBA dba o media i o to aby im niczego nie brakowało. W myśl zasady, że dobry PR to w dzisiejszych czasach połowa sukcesu. Poza tym organizatorzy postarali się aby to wszystko było zapewnione co po raz kolejnym podkreślam tworzy dobre wrażenie i bardzo dobrą markę tej całej imprezy. Jak widać wszystko jest zapięte niemal na ostatni guzik i o wszystkim jest pomyślane. To się na pewno chwali i docenia. Tak więc podsumowując raz jeszcze moje serdeczne i oficjalne podziękowania za tą przesyłkę.

Być może już niedługo będę mógł się zrewanżować w jakiś sposób, ponieważ staram się jeszcze aby być jednym z niewielu, a z typowo piszących o koszykówce tym bardziej dziennikarzem z Polski, który zawita na rundę finałową do Kowna. Jeśli to się uda to na łamach tego bloga postaram się zrelacjonować te święto koszykówki na Litwie. I to nie tylko od tej strony sportowej ale właśnie przede wszystkim z tej, która jest niewidoczna dla zwykłego widza w Polsce.

środa, 07 września 2011

Jak niewiele czasem w życiu potrzeba, aby znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie, wie chyba każdy człowiek. W większości tego typu sytuacji decyduje o tym zwykły przypadek czy też inne zrządzenie losu. Tak też i było z moim poniedziałkowym wyjazdem do Poniewieża na EuroBasket.

Kiedy niedziela dobiegała końca, a ja powoli przygotowywałem się do pójścia spać przed dosyć ciężkim poniedziałkowym dniem, na mojej facebookowej ścianie pokazał się wpis. Wpis, który momentalnie przykuł moją uwagę i sprawił, że proces myślowy w mojej głowie zaczął się odbywać szybciej niż zwykle. Informacją zawartą w tym wpisie było „ogłoszenie” o tym, że następnego dnia mój znajomy wybiera się do Poniewieża na mecz Polski. Długo się nie zastanawiając, postanowiłem zareagować i zobaczyć, jakie są szanse na dołączenie do tej spontanicznej eskapady. Okazało się, że w ciągu paru chwil ustaliliśmy kwestię biletów i godziny wyjazdu. Jak się później okazało, wszystkie te ustalenia i tak były bardzo zmienne, ale o tym za chwilę. Ja natomiast wiedząc, że nie będzie mnie ponad dzień, musiałem w ciągu kilku godzin załatwić, na ile to możliwe, wszystko to, co sobie zaplanowałem na późniejszy poniedziałkowy czas. Ale jak wiadomo, dla chcącego nic trudnego.

Takim oto sposobem w poniedziałkowy poranek wyruszyliśmy z Białegostoku w stronę Poniewieża. Już na starcie mieliśmy jakąś godzinę opóźnienia w stosunku do tego, co zakładaliśmy, ale mając dobrego kierowcę (pozdrowienia dla Pawła), jakoś nie było obaw, że nie zdążymy. I tak też było. Duża w tym zasługa dróg na Litwie, które standardem jakoś specjalnie nie odbiegają od tych Polskich, ale są na pewno zdecydowanie mniej zatłoczone. Powoduje to znacznie większy komfort jazdy zarówno dla kierowcy jak i pasażerów. Jednym z tematów poruszanych podczas podróży było to, czy wracamy tego samego dnia po meczach, czy też zostajemy na noc w Poniewieżu. Dla mnie w sumie to było bez większej różnicy, jednak mając na uwadze docierające do mnie informacje o kłopotach z noclegiem w mieście gospodarza EuroBasketu, myślałem, że raczej wrócimy. Nie wziąłem jednak w swoich przypuszczeniach pod uwagę fantazji i kreatywności współtowarzyszy podróży. Nie wnikając za bardzo w szczegóły, napiszę tylko, że po użyciu pewnego „fortelu” i zadzwonieniu w kilka miejsc udało się zarezerwować miejsce noclegowe. Miejsce to było w hotelu, którego nazwa coś mi mówiła, ale nie potrafiłem sobie w danej chwili skojarzyć co konkretnie. Do czasu.

Zanim jednak trafiliśmy do naszego miejsca noclegowego, to zaraz po przyjeździe udaliśmy się od razu w stronę hali, bo czas, mówiąc najogólniej, nie był do końca naszym sprzymierzeńcem. Chcąc zakupić w kasie zarezerwowane wcześniej bilety, stanęliśmy w kolejce do kas. Co chwilę jednak podchodzili do nas ludzie, z czego większość to byli Litwini, i proponowali zakup biletów po atrakcyjniejszych cenach. Długo nie daliśmy się namawiać i po kilku chwilach wszyscy byliśmy posiadaczami biletów zakupionych z mniejszym bądź większym ale jednak zyskiem.

Ja na przykład zaoszczędziłem równe 100 litów do planowanej sumy, jaką miałem przygotowaną na bilety. Jak się później okazało, te zaoszczędzone pieniądze zamieniłem na coś, na co długo polowałem. Na halę weszliśmy w idealnym momencie, ponieważ w trakcie prezentacji składów obu zespołów. Niech żyje synchronizacja ;) Pomimo tego, że mieliśmy miejsca na inne sektory, to dołączyliśmy do grupy Polaków, która wspierała swoim dopingiem nasz zespół przez cały mecz. Żadna służba ochrony czy też na przykład pilnujący porządku wolontariusze nie robili problemów z tym, że mieliśmy wejściówki na zupełnie inne miejsca.

O samym meczu, mówiąc szczerze, trochę nie chce mi się pisać. Dlatego ponieważ po pierwsze, myślę, że większość rzeczy już została napisana i rozłożona niemal na czynniki pierwsze. Poza tym moje odczucia związane z tym spotkaniem zupełnie mają się nijak do moich odczuć z całego wyjazdu, a to właśnie o nim przede wszystkim jest ta notka. Napiszę tylko, że polskiemu zespołowi serdecznie gratuluję meczu z Turcją, ale za Wielka Brytanię to bym im urwał pewne dość istotne dla każdego mężczyzny części ciała. Kiedy jednak każdy przełknął już gorycz porażki, zasiadł, aby obejrzeć drugi ciekawie zapowiadający się mecz, który obejmował bilet ,czyli Hiszpania - Turcja. Spotkanie obfitowało w sporo emocji i dość niespodziewane zakończenie. Ja na przykład nawet obstawiałem w końcówce dogrywkę (słychać to w poniższym filmie), ale Hedo Turkoglu miał inne plany na ten mecz.

Po zakończonym drugim spotkaniu udaliśmy się do hotelu, gdzie w tamtym czasie tylko teoretycznie mieliśmy zapewniony nocleg. Dojeżdżając już do miejsca docelowego, a dokładniej na dziedziniec przed hotelem, przypomniałem sobie, skąd znam nazwę hotelu. Musiałem ją gdzieś przeczytać w doniesieniach z Litwy, ponieważ był to hotel, gdzie mieszkały wszystkie reprezentacje występujące w grupie A EuroBasketu, z wyłączeniem Litwy. Nasze przybycie na recepcję z pewnych względów wywołało swoistą konsternację na recepcji. Jednak po dość krótkiej ale rzeczowej rozmowie zostaliśmy zakwaterowani w takim oto pokoju. 

Żeby rozwiać wszelkie wątpliwości i domysły napiszę tylko, że tak, to był apartament prezydencki w tym oto hotelu. Jak się tam znaleźliśmy? Nie pytajcie ;) Dla mnie najbardziej zaskakujący był w tym wszystkim fakt, że polska reprezentacja narodowa miała kłopoty z zakwaterowaniem całego zespołu w jednym miejscu i dlatego zmuszona była wynająć mieszkanie naprzeciwko obiektu za bagatela 500(!) euro(!!) dziennie(!!!). My natomiast, będąc już w drodze, sprawę załatwiliśmy przez telefon i to nie za tak duże pieniądze, zapewniam. Tak więc chyba coś z tą organizacją w kadrze jeszcze nie jest do końca tak różowo. Z drugiej strony nie ukrywam, że dość przyjemnie jest na przykład jeść kolację w towarzystwie Luol Denga lub też widzieć po wyjściu z windy czekających reprezentantów Hiszpanii z Rubio, Calderonem czy innym Gasolem na czele.

Zaraz po rekonesansie naszego pokoju postanowiliśmy, że, jako że nie mamy biletów na mecz Litwy, to obejrzymy go w Fan Zone pod halą. I był to bardzo dobry pomysł. Bardzo dobra pogoda, towarzysząca zresztą przez cały dzień, duży telebim, przyjaźnie nastawieni i zwariowani na punkcie kosza Litwini, jedzenie i picie do wyboru do koloru, tak więc czego chcieć więcej? Im bliżej było meczu, tym plac pod wielkim ekranem coraz bardziej się zapełniał. Docelowo moim zdaniem było tam około 4, może trochę więcej tysięcy Litwinów, czyli praktycznie tyle samo co w samej hali. Co ciekawe, jedna z pań sprzedających jedzenie na pytanie o to, czy tu zawsze jest tak dużo ludzi odpowiedziała: „Dużo? Tu dziś nikogo nie ma”. Po takiej odpowiedzi człowiek doskonale sobie uświadamia, gdzie jest, na jakiej imprezie i z kim ma do czynienia. Coś pięknego. Już zanim zaczął się mecz, Litwini dali popis tego, jak można się znakomicie bawić w rytm oficjalnego hymnu tych mistrzostw puszczonego na telebimie.

A później było tylko lepiej. Hymn narodowy odśpiewany przez Litwinów - Bomba, doping podczas meczu - Super. Naprawdę nawet gdybym bardzo chciał, to ciężko mi znaleźć jakieś negatywy tego dnia i wieczoru. Za to mogę wymieniać kolejne pozytywy. Na przykład taki, że czując już zmęczenie całego dnia podróżą, postanowiliśmy opuścić plac w połowie meczu i udać się do hotelu. W zamówieniu taksówki najpierw nam pomogli jacyś litewscy kibice, którzy dwukrotnie z własnej woli dzwonili do korporacji z zapytaniem, gdzie jest nasz samochód. Kiedy ich telefony nie skutkowały, nastąpił jeszcze większy szok. Otóż całą tą sytuację widzieli także pilnujący porządku dwaj panowie policjanci. Kiedy zapytali się nas, dlaczego stoimy, postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i samodzielnie zatrzymać nam taksówkę. Nie trzeba było długo czekać na efekty tej interwencji, ponieważ za parę chwil byliśmy już w drodze. A teraz pomyślcie i odpowiedzcie sobie na taki pytanie, czy wyobrażacie sobie taką samą sytuację w naszym kraju.

Dzień zakończyliśmy kolacją w wyżej już wymienionym towarzystwie, oglądając w hotelowej restauracji znakomity mecz Francji z Serbią, a jeden z kolegów zajął się rozmową z dyrektorem polskiej reprezentacji, czyli Walterem Jeklinem. A propos restauracji. Wszystkich zmierzających w jej kierunku gości witał taki oto zwierz.

Takich motywów zarówno koszykarskich jak i czysto EuroBasketowych w całej tej podróży nie sposób wręcz zliczyć. Zaczynając od przyozdobionych flagami Litwy samochodów, poprzez wielkie pompowane piłki na stacjach benzynowych czy też na przykład przyozdobione logiem radiowozy policyjne. To pokazało, jak ważna imprezą jest EuroBasket dla tej społeczności, a jak ważną był dla Polaków 2 lata temu. Niestety. Zresztą na hali Litwa jako kraj także była obecna i chciała jak najwięcej skorzystać na tym, że odwiedzają ją ludzie z tak wielu zakątków Europy. Robiła to na przykład za pomocą rozdawania całej masy folderów reklamowych miast gospodarzy czy kraju. 

Kibice przed każdym meczem mogli się także zaopatrzyć bezpłatnie w krótkie programy meczowe w których byli przedstawieni poszczególni rywale Litwy.

Zaskoczeniem dla mnie była forma tych programów, które po rozłożeniu pełniły rolę także plakatu. Program meczowy przygotowany na okazję meczu Litwy z Polską był w moim mniemaniu zaopatrzony w najlepsze zdjęcie. W roli głównej Jonas Valanciunas, który w tej pozycji przypomina mi młodego Shaqa :)

Oprócz darmowych rzeczy oczywiście były dostępne różne pamiątki, które każdy mógł nabyć po stosunkowo niskich jak na taką imprezę cenach. Ja już od jakiegoś czasu mam taka tradycję, że z każdej takiej imprezy staram się przede wszystkim przywieźć 3 rzeczy: oficjalny program meczowy, breloczek z logiem imprezy oraz spinkę z tym samym logiem, która można wpinać czy to do portfela czy na przykład koszuli jeśli ktoś lubi. Wszystkie te 3 rzeczy udało mi się zdobyć. Taki program meczowy w porównaniu do tego z 2009 roku ma kilkanaście stron więcej, jest jak dla mnie lepszy graficznie i jak zawsze jest skarbnicą wiedzy.

Po powrocie do domu nie omieszkałem porównać sobie znaczków i breloka ze wszystkich trzech EuroBasketów na jakich miałem przyjemność być w tym roku.

Jak te porównanie wypada? W dużej mierze to kwestia gustu, ale jak widać brakuje tu znaczka z żeńskiej imprezy, ponieważ takowy nawet nie był wyprodukowany, a w zamian za to udało mi się zdobyć nieoficjalną drogą oficjalny znaczek FIBA. To, czy logo i związane z nim pamiątki było/jest fajniejsze na wrocławskiej imprezie czy też na trwającej na Litwie, pozostawiam każdemu do samodzielnej oceny. Każde z zakupów były pakowane w specjalnie przygotowane na tą okazję torby. 

Takie niby nic, a naprawdę cieszy i tworzy prawdziwą markę. Na koniec jednak zostawiłem coś jak dla mnie najlepszego. Nie pamiętam już, od kiedy, ale odkąd chyba pierwszy raz pojechałem na mecz koszykówki na Litwę, byłem pod wrażeniem wielu rodzajów koszulek, w jakich paradują kibice na meczach reprezentacji i nie tylko. Na wielu z nich przebijał się jeden dość oryginalny motyw, a mianowicie kościotrup. Z jednej strony można by sądzić, że to dość mało sympatyczne, ale z drugiej przykuwało to moją uwagę. Robiło to do tego stopnia, że chciałem coś takiego kupić. Nie było to jednak takie proste. Jak się jednak okazało „co się odwlecze…” 

Od wczoraj jestem szczęśliwym posiadaczem tej oto koszulki, którą kupiłem za zaoszczędzone na bilecie na mecze 100 litów. Czy to jest drogo? To zależy. Z jednej strony dla kogoś patrzącego na to z boku, to jest tylko koszulka, taka sama jak wiele innych. Z drugiej jednak strony, to po pierwsze nie jest byle jaka koszulka, a po drugie, gdy zajdziemy do pierwszego lepszego sklepu z "markowymi ciuchami", to zobaczymy, że za głupią białą koszulkę z charakterystyczną łyżwą lub znaczkiem Adidasa zapłacimy bardzo podobnie jeśli nawet nie więcej. Patrząc na to w ten sposób i mając taką alternatywę, to jestem tym bardziej zadowolony ze swojego zakupu.

Jednak zbliżając się do szczęśliwego końca tej dość rozbudowanej notki, muszę przyznać dwie rzeczy. Pierwsza z nich to taka, że widząc w niedzielę niewinny wpis na Facebooku, nie zdawałem sobie kompletnie sprawy z tego, jak znakomite będzie kolejnych kilkadziesiąt godzin. Druga natomiast rzecz to to, że ten wyjazd, mówiąc krótko, bardzo mnie rozochocił i zrobię wszystko, aby jeszcze raz podczas tego EuroBasketu zawitać na Litwę. Nawet jeśli by to miało być oglądanie meczów reprezentacji gospodarzy turnieju pod halą w Kownie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 39