Kategorie: Wszystkie | Basket | Futbol | Inne | Live! | Multimedia | Torrenty | Zbiornik
RSS

Futbol

piątek, 26 sierpnia 2011

Wczorajsze wielkie zwycięstwo Legii Warszawa nie mogło przejść obojętnie w świecie mediów. Zaraz po zakończeniu spotkania większość portali internetowych zaczęło trąbić o wielkim sukcesie Warszawian. Podobnie stacje radiowe i różnej maści telewizje. Najwolniejszym trybem przekazania informacji były zaś gazety.

Jak się nie trudno domyślić ton komentarzy i relacji z tego meczu był zupełnie różny w obu krajach. W Rosji przeważa ton zdecydowanie żałobny, połączony gdzieniegdzie z żądaniami głowy trenera Spartaka Moskwa. Wytykane są błędy jakie popełnił w tym dwumeczu Walerij Karpin oraz wszyscy jego podopieczni. Jeden z tamtejszych tytułów użył nawet stwierdzenia, że „Legia nie wpuściła Spartaka do Unii Europejskiej”.

Jak się nietrudno domyślić cała ogólnopolska prasa i tytuły są w zdecydowanie innej tonacji.

"Gazeta Wyborcza" - "Legia zdobyła Moskwę "
„To wielki triumf Skorży. 39-letni trener ma w CV porażkę z estońską Levadią w eliminacjach Ligi Mistrzów, która skończyła jego przygodę w Wiśle. Wyeliminowaniem Spartaka on i jego podwładni odkupili winy z tragicznego poprzedniego sezonu. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów pozycja trenera Legii jest niezagrożona."

"Przegląd Sportowy" - "Szacunek"

„Osłabiona brakiem trzech podstawowych graczy, drużyna, wydarła awans butnym Rosjanom, których kibice cały mecz obrażali Polaków. Dla nich to katastrofa, dla nas wielki sukces. Czas na kolejne."

"Rzeczpospolita" - "Moskwa zdobyta "

„Już dawno polska drużyna nie wyeliminowała wyżej notowanego przeciwnika na jego boisku i po tak dobrej grze. W Moskwie polscy piłkarze nie wygrali nigdy, a ostatni głośny sukces odniósł tam 31 lat temu Władysław Kozakiewicz. Przyjemnie zwyciężać na stadionie, przed którym na warcie stoi kilkumetrowej wielkości Włodzimierz Lenin."

"Polska" - "Cud w Moskwie, Legia awansuje!"

„Cud w Moskwie - bo trudno to inaczej określić. Zespół, który nie potrafił pokonać w niedzielę u siebie Śląska Wrocław, pokonał w czwartek na wyjeździe Spartaka Moskwa, uczestnika ostatniej Ligi Mistrzów i ćwierćfinalistę Ligi Europejskiej. Do tego w pełni zasłużenie, zespół wygwizdany kilka dni temu przez swoich kibiców nagle pokazał nam futbol z zupełnie innej bajki."

"Super Express" - "Ten Gol dał nam awans"

„Po pełnym dramaturgii horrorze "wojskowi" wygrali 3:2 i to, co wydawało się niemożliwe, stało się faktem! - To najszczęśliwszy dzień w mojej trenerskiej karierze - piał z zachwytu Maciej Skorża."

"Fakt" - "Janusz Gooool!"

„Chociaż po pół godzinie gry wydawało się, że legioniści wrócą do kraju z podkulonymi ogonami, kolejne ciosy na Łużnikach zadawali już tylko piłkarze Macieja Skorży.(...)Dla Macieja Skorży wygrana w Moskwie oznacza przynajmniej rok spokojnej pracy. Człowiek, który jeszcze kilka miesięcy temu był jedną nogą na bezrobociu, wczoraj triumfował."

Muszę przyznać, że całkiem przyjemnie się to czyta. I mam też nadzieję, że nie jest to ostatnia tego roku fala entuzjazmu jaka przelewa się przez polskie media w związku z występami polskich zespołów w europejskich pucharach.

czwartek, 25 sierpnia 2011

We wtorek większość kibiców piłki nożnej w Polsce emocjonowało się walką Wisły Kraków o Ligę Mistrzów. Walką to może zbyt duże słowo w kontekście tamtego spotkania ale jednak. Dziś już mniej ochoczo garstka ludzi zmusiła się do obejrzenia meczu Legii Warszawa do Ligi Europejskiej. Ci którzy zdecydowali się na tak karkołomny krok zostali za to solidnie wynagrodzeni.

Po pierwszym spotkaniu w zespole z Warszawy panował przede wszystkim niedosyt. Niedosyt spowodowany wynikiem remisowym 2:2, który w odczuciu wielu osób powinien być znacznie lepszy. Tak przynajmniej długimi momentami nakazywała wręcz myśleć gra legionistów. Niestety głupie błędy i niewystarczająca koncentracja nie pozwoliła osiągnąć polskiemu zespołowi bardziej zadowalającego wyniku. Na szczęście jednak nie wszystko jeszcze było stracone. Jak ulał wręcz pasowało tu określenie „dopóki piłka w grze…”. Jednak co innego teoria, a co innego życie.

Zanim rozpoczął się w Moskwie mecz, Legia otrzymała pierwszy cios polegający na niewpuszczeniu do Rosji 150-osobowej grupy kibiców, która miała wspierać polski zespół. Ci jednak fani, którym udało się dotrzeć do stolicy wschodniego mocarstwa godnie ich zastąpili. Długimi momentami 60-osobową grupę było bardzo dobrze słychać w przekazie telewizyjnym z wielkiego stadionu na Łużnikach. Jednak w początkowej fazie meczu na niewiele się to zdawało. Już po 20 minutach i w sumie marnej grze Warszawianie przegrywali 0:2. Czy ktoś w tej chwili wierzył jeszcze na pomyślny obrót sprawy? Ja przyznaje się bez bicia, że kompletnie nie. Co więcej. Po celnie wykonanym karnym przez gracza Spartaka, odwróciłem się plecami do ekranu monitora w celu zdrzemnięcia się i regeneracji sił po pierwszym od wielu miesięcy morderczym dniu na siłowni.

Nie długo jednak trwała moja drzemka, bo już chwilę później byłem zmuszony się odwrócić rozbudzony reakcją komentatora Polsatu Sport po bramce na 1:2 Kucharczyka. Tak tego samego Kucharczyka, która czasami sprawiał wrażenie jakby był „zagubiony w akcji”. Zresztą w tej bramkowej dla niego sytuacji też jakby znalazł się sam na sam jakby przez przypadek. Na całe jednak szczęście huknął z całych sił pod poprzeczkę, a nie nad nią i dzięki temu odżyły nadzieje. Nadzieje co chwila podsycane o dziwo dobrą gra Legii i wyprowadzanymi raz po raz atakami. Nie wiem jak innym ale mi wtedy stanęła przez oczami pierwsza połowa z Warszawy kiedy to Legioniści tłamsili rywala ze wschodu. Bramka Rybusa to był z jednej strony majstersztyk, a z drugiej sporych rozmiarów fuks. Ale kto by się tym przejmował w takich chwilach. Legia wróciła z dalekiej podróży i wyrównała nie tylko stan tego meczu ale też i całej rywalizacji.

Przed rozpoczęciem drugiej polowy miałem tylko jedną obawę. Taką aby Legionistów strzelona bramka w końcówce pierwszej części nie uskrzydliła na tyle, że nagle polecą do ataku zapominając, że Kucharczyk został sam z tyłu. O dziwo tak się i nie stało ponieważ pomimo tego, że legia autentycznie atakowała i dążyła do wygrania tego meczu to robiła do naprawdę z głową. Oczywiście, atakując nie można się pozbyć błędów z tyłu ale Spartak był tego wieczora na tyle nieporadny, że nie potrafił w żaden sposób tego wykorzystać.

I gdy już zapewne wiele osób łącznie z niektórymi piłkarzami było myślami przy dogrywce nastąpiła złota akcja. Akcja zakończona niesamowitym strzałem człowieka, który ma chyba najbardziej piłkarskie nazwisko jakie tylko można chyba mieć. Janusz Gol, bo o nim mowa, oddał swój strzał życia. Jeszcze nigdy jego bramka nie ucieszyła tak wielu osób i nie dała takiego sukcesu jego drużynie. Może być on pewny, że zarówno o tym meczu jak i ma się rozumieć o nim samym jeszcze przez wiele lat będzie opowiadało się z przejęciem. No chyba, że Legia już w tym roku zacznie pisać swoją nową, fajną i do tego europejska historię. Chyba każdy fan polskiej piłki tego by właśnie chciał.

Obejrzyjmy więc raz jeszcze wszystkie bramki z tego spotkania, które są okraszone oryginalnym rosyjskim komentarzem. Warto zaczekać do ostatniego gola i reakcji na niego komentatora.

I takim oto sposobem Legia poprawiła humory wszystkim tym, którzy byli zawiedzeni wtorkowym spektaklem. Teraz możemy już tylko oczekiwać na jutrzejsze losowanie i kolejnych rywali, którzy staną na drodze Warszawian. Emocji nie powinno zabraknąć.

środa, 24 sierpnia 2011

„A miało być tak pięknie” mogą sobie mówić po wczorajszym wieczorze wszyscy, którzy ściskali kciuki za Wisłę Kraków. Ale już tradycyjnie od 15 lat trzeba się obejść tylko smakiem i zapomnieć o rozgrywkach dla najlepszych zespołów na starym kontynencie. Mnie jednak po rewanżowym meczu dręczy coś innego.

Nie wiem czy to są tylko moje odczucia, czy może także je ma. Jednak rewanżowe spotkanie Wisły Kraków z APOEL-em Nikozja było wręcz bliźniaczo podobne do stoczonego dokładnie 6 lat wcześniej pojedynku z Panathinaikosem Ateny. Co mogło świadczyć o tym, że są to spotkania tak bardzo do siebie podobne? Zacznijmy więc ta wyliczankę od początku.

- Mecz pomiędzy Panathinaikosem, a Wisłą został rozegrany 23 sierpnia 2005 roku. Mecz pomiędzy APOEL-em, a Wisłą 23 sierpnia 2011 roku. Podobnie? Podobnie.

- W obu przypadkach Wisła Kraków przystępowała do rywalizacji z bramkową zaliczka z pierwszego meczu. 6 Lat temu z dwubramkową, a wczoraj z jednobramkową ale to w dalszym ciągu była zaliczka.

- W obydwu tych starciach to gospodarze praktycznie przez cale mecze byli stroną nacierającą, a Wisła jedynie skupiła się na odpieraniu ataków. W obu przypadkach robiła to dość nieudolnie.

- W obu tych meczach doprowadzała do sytuacji w których przegrywała już różnica dwóch goli i miała prawdziwy nóż na gardle.

- Przy stratach goli w tych dwóch przypadkach wydatny udział mieli bramkarze.

- Rzeczony wcześniej nóż oddalał się, dzięki trafieniom Polaków. W Atenach Radosława Sobolewskiego, a w Nikozji Cezarego Wilka.

- Obaj przeciwnicy Wisły niestety znajdywali w sobie schowane wcześniej pokłady energii i potrafili strzelić jeszcze bramkę w regulaminowym czasie gry.

- Zarówno Panathinaikos jak i też APOEL robił to w 87 minucie. Ciekawe, prawda?

- Niestety ostatnie podobieństwo jest najbardziej bolesne dla polskiego futbolu. Otóż oba te pojedynki prowadziły do jednego - pożegnania się z marzeniami o Champions League.

Myślę, że tych zaledwie 9 punktów w zupełności wystarczy aby mówić o przeżytym wczoraj piłkarskim dejavu.

A co jeszcze można napisać o meczu w Wisły w Nikozji? Na przykład to, że dawno już nie widziałem tak rozpaczliwie broniącego się przed strata bramki polskiego zespołu. Co gorsza ta obrona nie trwała od 85 czy też 70 minuty. Podopieczni trenera Maaskanta już od samego początku wyglądali tak jakby „obrona Częstochowy” to była ich taktyka na ten mecz. Tak więc to nie mogło się skończyć dobrze. Nie wiem też na ile te gadanie o piekielnej pogodzie na Cyprze ma racje bytu, ponieważ ani na Cyprze, ani chociażby w Grecji jeszcze nigdy nie byłem. Jednak naprawdę momentami wyglądało to tak, jakby Wiślacy nie mieli czym oddychać. Wybicie piłki jak najdalej od siebie traktowali jako okazję do zaczerpnięcia świeżego powietrza, którego było i tak jak na lekarstwo.

Czy są jakieś pozytywy po tym meczu? Sportowo raczej nie. Może tylko fakt, że na 6 rozegranych spotkań eliminacyjnych do Ligi Mistrzów Wiślacy wygrali aż 5 z nich co się wcześniej nie zdarzało. Przegrali jednak TEN mecz, najważniejszy mecz. Innym pocieszeniem i otarciem łez może być fakt, że Krakowianie nie żegnają się jeszcze z pucharami bo czeka ich walka w Lidze Europejskiej. Choć jeśli ich gra ma wyglądać tak jak wczoraj to ja już zaczynam się obawiać o wyniki.

piątek, 19 sierpnia 2011

Do trwającego właśnie tygodnia piłkarscy kibice w Polsce przystępowali z dużymi nadziejami. Trzy pucharowe drużyny miały dostarczyć im wielu emocji, pozytywnych wrażeń i przede wszystkim dobrych wyników. Po zwycięstwie Wisły Kraków w eliminacjach do Ligi Mistrzów wydawało się, że jest to całkiem realne do spełnienia.

Jako pierwsza bój o fazę grupową Ligi Europejskiej rozpoczęła w dniu wczorajszym Legia Warszawa. Pomimo tego, że to Spartak Moskwa miał straszyć polski zespół formą, techniką i generalnie graniem w piłkę, to za straszenie wzięli się przede wszystkim kibice.

Ku zdziwieniu większości osób na stadionie w ich ślady poszli też i zawodnicy stołecznego zespołu. Już po zaledwie kilku chwilach dzięki trochę przypadkowej akcji i skutecznemu jej wykończeniu przez Radovica Legia objęła prowadzenie. Złośliwi lub po prostu niedowierzający w tym momencie myśleli, że na pewno to są tylko „miłe złego początki” lub też zwykły „fuks”. Nic z tych rzeczy, ponieważ gracze Legii naprawdę grali taką piłkę, jakiej na Łazienkowskiej nie widziano już dawno. W kilku kolejnych akcjach właściwie tylko zespół z Rosji kilkukrotnie był w sporych tarapatach. Żeby jeszcze tylko Ljuboja w kilku akcjach zamiast bezczelnie się przewracać i wymuszać karnego, grał jak na mężczyznę przystało, to Legia by raczej na pewno podwyższyła stan tego meczu. A tak po 45 minutach była skromna zaliczka i zastanawianie się, czy aby na pewno śledzimy zespół w dobrych koszulkach.

„Tak, w dobrych” mogli odetchnąć wszyscy, kiedy w 52. minucie strzał światowej klasy oddał Ari. Strzał jakiego by się nie powstydził żaden stadion na świecie. ŻADEN. Szkoda tylko, że temu strzałowi można było zapobiec. Tak samo jak można było zapobiec temu, aby na rewanż jechać w możliwie najsilniejszym składzie, a nie na własne życzenie się osłabiać. Przez mniej lub bardziej przypadkowe żółte kartki Legia w Moskwie zagra bez trzech graczy z podstawowego składu. Nie jest to pocieszające, biorąc pod uwagę jeszcze fakt, że będzie tam musiała atakować. Ten plan ma szansę na wykonanie, jeśli tylko Ljuboja zajmie się grą w piłkę tak, jak to zrobił w 69. minucie.

Nie dość, że się nie przewrócił, to jeszcze znakomicie podał. No geniusz, po prostu geniusz. Szkoda tylko, że takich przebłysków znakomitości nie mieli obrońcy i już dwie minuty później dopuścili do utraty kolejnego gola. Zresztą wiele ich poczynań w drugiej części meczu sprawiało szybsze bicie serc kibiców trzymających kciuki za polski zespół. Kiedy zabrzmiał ostatni gwizdek arbitra, oznajmiający koniec pierwszego starcia tego dwumeczu, to wielu Legionistów skryło swoje twarze w rękach. Bardzo szybko do nich doszło, jak dużą szansę stracili na to, aby jechać do Moskwy z zaliczką, a nie przymusem „gryzienia rywala” szczęką bez kilku zębów.

Tego problemu przed rewanżem za tydzień w Bukareszcie nie mają za to gracze Śląska Wrocław. Nie mają, ponieważ zespół Rapidu już we Wrocławiu nie tylko „powybijał wystarczającą ilość zębów” gospodarzom, ale także i ograbił ich ze wszelkich możliwości walki w rewanżu. Wygrana 3:1 w meczu na wyjeździe i obnażenie wszelkich słabości obronnych Śląska to łup z jakim wrócili do siebie Rumuni. Ciężko się to oglądało, jak prawie każdy wypad pod bramkę gospodarzy pachniał golem, dzięki „radosnej twórczości” obrońców. Ten mecz tak naprawdę bardzo dobrze by się oglądało, gdyby był opatrzony komentarzem w takim oto unikalnym stylu.

Niestety i komentarz był taki sobie i gra była taka sobie. Nawet sam Orest Lenczyk zdradził mediom, że w takim wypadku Śląsk na rewanż jedzie tylko po to, aby uratować honor. Czy im to się uda, to się jeszcze okaże. Pewne jest chyba jednak to, że jeśli nic się nie zmieni, to jedyne czego nie będziemy mieć po tej rywalizacji, to niedosytu po wyrównanej ale przegranej rywalizacji. 

czwartek, 18 sierpnia 2011

Przeważnie bywa tak, że „najtrudniejszy jest pierwszy krok”, jak mówią słowa słynnej polskiej piosenki. Wczorajszego wieczora jednak piłkarzom Wisły Kraków taki krok udało się wykonać, ku bramom raju, jak w Polsce jest postrzegana Liga Mistrzów. Pokonanie APOEL-u Nikozja sprawia jednak tylko to, że droga jest odrobinę krótsza, ale wciąż niezwykle wyboista.

Przed spotkaniem wśród zawodników polskiego zespołu, którzy udzielali wywiadów dla kilku telewizj, panował umiarkowany optymizm. Każdy mówił o pełnym skupieniu i walce od początku do końca. Trener Maaskant poszedł nawet o krok dalej, kiedy przyznał, że nawet bezbramkowy remis będzie sukcesem Wisły. Czy jednak aby na pewno byłby to sukces? Dla mnie to zaczęło pachnieć lekkim asekuranctwem i ewentualnym przygotowywaniem „gruntu po porażkę”. Tylko w dwóch polskich stajach telewizyjnych, które transmitowały ten mecz, w studiach przedmeczowych co chwila wspominano, co zyska Wisła po awansie. Która z tych postaw jest lepsza? Każda ma swoje plusy i minusy, jednak na szczęście zawsze jest tak, że wszystkie te rozmowy, przewidywania, nadzieje czy ambicje weryfikują dwie rzeczy - boisko i rozgrywany na nim mecz.

Jeśli ktoś przed tym meczem nie interesował się zbytnio piłką cypryjską i liczył, że do Krakowa przyjedzie wystraszony zespół z Cypru, to musiał być mocno zaskoczony. Podopieczni Ivana Jovanovića od pierwszych minut rzucili się na gospodarzy. Słowa o tym, że APOEL przyjechał do Polski po zwycięstwo nagle stały się bardziej realne niż kiedykolwiek. Wysoki pressing ze strony już napastników cypryjskiej ekipy to nie było to, na co byli przygotowani Wiślacy. Nawet jeśli wiedzieli teoretycznie, że może to nastąpić, to w praktyce radzenie sobie z tym nie wychodziło im najlepiej. Dwaj poprzedni rywale w minionych rundach kwalifikacyjnych Champions League ani przez chwilę nie zmusili polskiego zespołu do takiej gry, jaką musieli oni prezentować wczorajszego wieczora. Każda strata piłki, czy to w obronie, czy też w środku pola, pachniała kontrą rywali. Niewątpliwie pomagało im w tym świetne wyszkolenie techniczne, jakie prezentowali. Nic w tym jednak dziwnego, jeśli w składzie ma się tylu Brazylijczyków czy też Portugalczyków.

Z biegiem jednak kolejnych minut Wisła coraz bardziej przyzwyczajała się do panujących zasad na zielonej murawie i starała się im dostosowywać. Jednak ataki w pierwszej połowie były bardzo nieporadne i co najważniejsze niezbyt często kończone strzałami, które realnie mogłyby zmusić bramkarza rywali do jakiegoś wysiłku. Najgroźniejszą sytuację pierwszych 45 minut miał Patryk Małecki, kiedy to po dośrodkowaniu z prawej strony i złym wyjściu goalkeepera z bramki, piłka niemal trafiła w niego, a następnie przeleciała nad poprzeczką. To było jednak trochę mało jak na spore oczekiwania panujące przed meczem. Co się jednak nie odwlecze to…

Gol Patryka Małeckiego był pierwszym straconym przez APOEL w tym sezonie. Bramka ta pozwoliła na pewno trochę odetchnąć Wiślakom, z których jakby spadł duży ciężar odpowiedzialności. W międzyczasie kibice sobie poużywali jeszcze na obecnym na tym spotkaniu Franciszku Smudzie, którego kilkukrotnie spytali swojsko „Smuda! Co?! Małecki!!!”. W sumie pytanie było jak najbardziej słuszne, ponieważ ten chłopak zasługuje na to, aby dostać szansę, a nie obrażać się na niego czy też po prostu go „nie lubić”. To nie ten poziom panie selekcjonerze.

Wracając jeszcze do meczu, a właściwie pomeczowych reakcji, to trener gości uważał, że jego zespół przegrał zupełnie niezasłużenie. I patrząc na dużą część tego spotkania, nie trudno się z nim nie zgodzić. Jednak nie jest to łyżwiarstwo figurowe, żeby przyznawać punkty za wrażenie artystyczne. Z drugiej strony, trener Maaskant powiedział bardzo ważną, a zarazem budującą rzecz:

- Najszczęśliwszy byłem jednak po meczu, gdy wszedłem do szatni. Widziałem, że zawodnicy nie są zbyt rozentuzjazmowani. Poczułem tylko, że moi gracze wiedzą, że zrobili dopiero pierwszy krok, by awansować do Ligi Mistrzów. Jestem zadowolony z wyniku, bo dzięki temu na Cyprze będziemy mogli grać tak, jak najbardziej lubimy, czyli z kontry.

Cypryjczycy więc mają jeszcze do dyspozycji 90, a może i więcej minut, aby udowodnić swoją wyższość nad polskim zespołem. Tego, że w rewanżu będzie gorąco, w przenośni i dosłownie, można więc być pewnym. Oby tylko cypryjska  aura, z którą podobno nawet Grecy mają kłopoty, nie sprawiła, że będziemy oglądać powtórkę z Aten i starcia z Panathinaikosem. Liga Mistrzów jest już zarazem tak blisko i tak daleko.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11