Kategorie: Wszystkie | Basket | Futbol | Inne | Live! | Multimedia | Torrenty | Zbiornik
RSS

Inne

poniedziałek, 19 września 2011

W życiu każdego człowieka przeważnie jest tak, że od czasu do czasu potrzebuje on jakiejś zmiany. Czasami jest ona potrzebna aby zamknąć pewien rozdział i rozpocząć nowy. Czasem zaś wynika ona z chęci pójścia na przód i zwykłego rozwoju.

Blog na którym właśnie jesteście ma już ponad dwa lata. Powstał on w sumie z potrzeby chwili ale także i z mojej własnej potrzeby „wypisania się” na pewne tematy. Przez ten okres popełniłem masę tekstów, udostępniłem sporo filmów, a także i opublikowałem trochę zdjęć. Zdaję sobie sprawę z tego, że były to materiały różnej jakości. Raz lepsze raz gorsze ale zawsze starałem się aby były na tyle dobre na ile mnie było w danej chwili stać. Czy wam czyli moim czytelnikom, których pojawiło się w tym czasie ponad 50 tysięcy, podobały się one to już nie jest pytanie do mnie.

Od jakiegoś jednak czasu ten blog czyli takie moje miejsce w sieci było zbyt małe i zbyt ciasne na to co chciałem robić. W połączeniu tego razem z moim odwiecznym niemal pomysłem stworzenie strony praktycznie od zera dało efekt w postaci przesiadki na nowy adres, którym jest

www.sportowyswiat.com

Zapraszam do odwiedzenia mojego nowego miejsca gdzie spotkacie się myślę z wieloma zmianami i mam nadzieję, że większość z nich będzie na lepsze. Główna z nich na pewno jest fakt, że nie będę tam już jedyną publikująca osobą, a dołączą do mnie kolejne, które przez te dwa lata, a może i więcej spotkałem na swojej drodze. Zmian będzie więcej ale do zapoznania się z nimi zapraszam już pod nowy adres, a ten na pozostanie jako archiwum i będzie pełnił funkcję wspominkową.

15:59, torontos , Inne
Link Komentarze (1) »
niedziela, 11 września 2011

Sporty walki z boksem na czele to druga, zaraz po sportach motorowych, najbardziej mi obojętna kategoria dyscyplin sportowych. Skuszony jednak magią „walki XXI wieku” postanowiłem obejrzeć pojedynek Adamka z Kliczką. Z jednej strony wszystko mi mówiło, że to się nie może udać, a z drugiej bardzo chciałem się mylić.

Taką walkę było jednak dobrze obejrzeć w czyimś towarzystwie, a nie samotnie w domowym zaciszu. Tak na wszelki wypadek, żeby było z kim porozmawiać, gdyby reklamy trwały tradycyjnie godzinami lub też na ringu nie działo się nic ciekawego. W tym calu udałem się do centrum Białegostoku, aby znaleźć lokal, lub jak to mawiają redaktorzy Subiektywnego Podcastu Sportowego „lokal publiczny”, który oferuje transmisję z gali. Jak się okazało, niemal wszędzie gdzie był telewizor, można było obejrzeć tę walkę. W jednych lokalach była to wykupiona polska transmisja, a w innych korzystano z usług niemieckiej stacji RTL. Co ciekawe, niemal wszędzie to wydarzenie przyciągało tłumy ludzi, którzy byli spragnieni potu, krwi i sukcesu Polaka. Niemal od razu przypomniała mi się sytuacja ze słynnego, a wręcz i kultowego skeczu Marcina Dańca.

Tutaj jednak było o tyle lepiej, że walka odbywała się we Wrocławiu, a więc odpadał problem bardzo późnej godziny walki. Choć nie powiem, żeby kilka minut po 23 w nocy była to najlepsza pora na uprawianie jakiegokolwiek sportu. Jednak oprócz tego to jeszcze kilka innych fragmentów powyższego skeczu, jak na przykład potworny ścisk, zauważyłem przechodząc obok kilku miejsc. Na szczęście w moim sprawdzonym miejscu takiego kłopotu nie było i bez praktycznie żadnego problemu mogłem zobaczyć pojedynek. Do ostatnich jednak chwil przyjmowano zakłady, czy polscy operatorzy telewizyjni zbojkotują transmisje RTL i zablokują sygnał. Pomimo tego, że wydawało się to nierealne, to nutka niepewności gdzieś tam była. Jak się później okazało, zupełnie niepotrzebnie. W moim przypadku Cyfra+ stanęła jak zwykle na wysokości zadania.

Kiedy zaczęły się w telewizji pojawiać materiały na temat obu bokserów, a przede wszystkim ich parametry, to wtedy jeszcze bardziej zacząłem się utwierdzać w tym, że szanse na sukces są znikome. 12 kilogramów oraz 12 centymetrów mniej to w boksie, a tym bardziej w wadze ciężkiej, przepaść nie do przeskoczenia. Ale skoro obie strony tego „konfliktu” chciały to sprawdzić na własnej skórze, to proszę bardzo. Znakomite wrażenie wzbudzał we mnie pokazywany wielokrotnie w niemieckiej telewizji wrocławski stadion. Pomimo tego, że językiem niemieckim władam w stopniu znikomym, to słowa pochwały pod jego adresem potrafiłem wyłapać bez większych trudności. Miło było też zobaczyć chodzącą legendę konferansjerki, nie tylko bokserskiej, ale ogólnie sportowej w osobie Michaela Buffera. Jego kultowe, a nawet i opatentowane „Let’s get ready to rumble!” jak zawsze wzbudza niekontrolowany przypływ adrenaliny, nawet u kogoś kto podszedł do walki bez emocji. Niestety była to jedyna adrenalina, jaka wydzieliła mi się tego wieczora, bo później już zaczęła się walka.

Ta niestety tak jak wcześniej przypuszczałem była totalnie jednostronnym widowiskiem. Tomasz Adamek na pewno ma wielkie serce do walki, bardzo dobrą technikę, a także szczere chęci, ale natury nie oszuka. Zasięg ramion Ukraińca sprawiał, że Polak nie mógł praktycznie przez cały pojedynek zbliżyć się tak, jak chce do rywala lub go po prostu ustawić pod siebie. W przeciwieństwie do Witalija, który sprawiał wrażenie jakby zbyt szybko nie chciał tej walki kończyć, pomimo że by po prostu mógł. W drugiej rundzie po jednym z potężnych ciosów idol wrocławskich kibiców zachwiał się na nogach, ale chyba tylko siłą woli udało mu się na nich utrzymać i nie upaść. Sytuacja ta nie umknęła jednak włoskiemu sędziemu, który zmuszony był do liczenia Polaka. Kolejne rundy to albo zabawa w kotka i myszkę i ganianie się po ringu to w jedną to w drugą stronę albo też zabawa w chodzonego i unikanie jakiegokolwiek kontaktu przez obu bokserów.  Nie wiem co było gorsze. Poza tym nie trzeba było być wielkim ekspertem, aby zobaczyć przewagę Ukraińca, ponieważ przebywające w lokalu w tym samym czasie kobiety także to widziały i głośno komentowały. Widziało to także około 40 tysięcy widzów na trybunach i niestety przez to tylko czasami udawało im się gromadnie poderwać i wykrztusić z siebie jakiś doping dla polskiego idola. A tymczasem Tomasz Adamek robił wszystko, aby tylko przetrwać. Udawało mu się to do 10 rundy, w której włoski arbiter zarządził techniczny nokaut oczywiście na korzyść Ukraińca.

Wśród moich „współoglądaczy” nie było widać jakiegoś wielkiego zmartwienia tym faktem, ponieważ najprawdopodobniej większość zdawała sobie sprawę z przewagi, jaką uzyskał w tej walce Kliczko. Nawet gdyby sędzia nie przerwał walki, to zapewne albo w końcu jakiś atomowy cios doszedłby dokładnie twarzy Adamka albo przegrałby on na punkty. Nie zmienia to i tak efektu końcowego, czyli tego, że pas mistrza świata w dalszym ciągu pozostaje w tych samych rękach. A z czym zostaje Polak? Jak dla mnie z poczuciem tego, że podjął wyzwanie i próbował. Gdyby tego nie zrobił, to mógłby mieć on uzasadnione pretensje do samego siebie, że unikał takiego wyzwania. A teraz przynajmniej ma chyba swego rodzaju pewność, że Kliczko to zupełnie inna liga. Liga być może już dla niego nigdy nieosiągalna. 

02:22, torontos , Inne
Link Komentarze (3) »
niedziela, 14 sierpnia 2011

Amerykańskie filmy znane są z tego, że bardzo często emanują patosem i zupełnie niepotrzebnymi w danej chwili emocjami. Na szczęście wśród tego typu produkcji raz na jakiś czas zdarza się taki wyjątek przy którym warto się zatrzymać na dłuższą chwilę. Czasami jest to też film o tematyce sportowej.

Filmów o koszykówce powstało już w historii wiele. Pomimo tego, że osobiście widziałem ich całe mnóstwo to każdy nowy jest dla mnie ciekawym odkryciem. Przypadek sprawił, że wczorajszego wieczora trafiłem na taki, którego nie miałem jeszcze okazji zobaczyć. Jako że miałem wolny wieczór postanowiłem ten fakt zmienić. Nie żałuję tej decyzji.

Scenariusz do filmu pod tytułem „Hurricane Season” został napisał niejaki Tim Story, a wyreżyserowali go Gregory Allen Howard oraz Robert Eisele. Jednak to tylko teoria. Tak naprawdę w dużej mierze największym twórcą tej historii jest matka natura, a reżyserowane to było przez życie. Film oparty na prawdziwych wydarzeniach opowiada o jednym z najgorszych okresów dla części Stanów Zjednoczonych w którym szalało tornado o wdzięcznym imieniu Katrina. Żywioł ten pochłoną w swoim czasie wiele ludzkich istnień oraz dokonał zniszczeń materialnych na niebagatelne sumy. Ludzie, którzy wiedli swoje mniej lub bardziej udane życie w jednej chwili stanęli w obliczu klęski, której nikt nie może się przeciwstawić. Jak się jednak był to też początek powstania czegoś nowego.

Trener Al Collins grany w tym filmie znakomicie przez Foresta Whitakera, przed przyjściem nieokiełznanego żywiołu był w trakcie przygotowywania swojego zespołu do kolejnej próby zdetronizowania odwiecznego rywala w mistrzostwach stanowych. Huragan Katrina jednak bardzo skutecznie mu to uniemożliwił i sprawił, że teoretycznie inne sprawy stanęły na pierwszym miejscu. W jednej chwili koszykówka, rozgrywki czy treningi teoretycznie zeszły na dalszy plan. Jednak czysto teoretycznie, ponieważ jak się okazało koszykówka okazała się być prawdziwym lekarstwem i schronieniem dla wielu graczy oraz samego trenera. Treningi były jak rehabilitacja, a mecze w rozgrywkach jak nagroda. Potrzeba było jednak czasu i wielu wydarzeń aby gracze zebrani po katastrofie zaczęli być prawdziwą drużyną. Nad wszystkim tym starał się zapanować wcześniej wspomniany Al. Collins, który robił to przede wszystkim kosztem swojej rodziny, która potrzebowała go w takim samym, a być może i nawet większym stopniu.

Po obejrzeniu tej produkcji uważam, że to jest ścisłe zestawienie TOP5 filmów o koszykówce. W dużej mierze to zasługa świetnie zagranych ról przez Foresta Whitakera, Robbie Jonesa czy też znanego już w podobnych filmów Bow Wowa. Do tego świetne zdjęcia i scenariusz, którego tak naprawdę wiele osób na pewno chciałoby uniknąć i nie mieć tematu do takiej historii. Jednak skoro już coś takiego się wydarzyło to fakt ten wykorzystano znakomicie do filmu, który polecam zarówno fanom kosza jak i nie tylko. Oprócz samego wątku sportowego można w nim zobaczyć jak ludzie zachowują się w obliczu wielkiej tragedii. Jak sobie z nią radzą i jak odbudowują coś ze zgliszczy. W dzisiejszym świecie kiedy matka natura potrafi uprzykrzyć życie ludziom na całej kuli ziemskiej warto o takich rzeczach wiedzieć.

09:32, torontos , Inne
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 sierpnia 2011

Tak się jakoś dziwnie złożyło, że odkąd rozpocząłem swój wakacyjny cykl recenzji filmowych, większość opisywanych produkcji jest związana ze sportami typowo amerykańskimi. Był już baseball oraz futbol amerykański. Wczoraj mając chwilę wolnego zobaczyłem kolejny film z dyscypliną mającą swoje korzenie za oceanem.

Sporty ekstremalne praktycznie zawsze gdzieś w jakiś formie przewijały się w moim życiu. Niestety żadnego z nich sam w większym stopniu nie uprawiałem ale byłem wiernym fanem. Wystarczy wspomnieć skateboarding i niezapomnianego „Michaela Jordana skateboardingu” czyli Tony’ego Hawk’a. Pierwszego człowieka na świecie, który wykonał na desce obrót o 900 stopni, a dla wielu przedstawicieli młodszego pokolenia znanego już tylko z gier komputerowych nazwanych jego imieniem. Na pewno też znakiem firmowym tego sportu są igrzyska całej tej społeczności czyli X-Games. Kiedyś mała impreza, a teraz prawdziwe show letnie oraz zimowe, które wybiega coraz bardziej poza USA organizując pokrewne imprezy w Azji czy na przykład Dubaju. Ja odkąd pamiętam byłem pod ogromnym wrażeniem jeżdżących na rolkach braci Yasutoko. Nawet największe gwiazdy tego sportu w USA wyglądały bardzo blado przy dwóch przedstawicielach Japonii. Zresztą zobaczcie sami:

Opierając się na tej swojej sympatii usiadłem do filmu pod tytułem „Grind”.

Produkcja opowiada o czterech chłopakach, którzy jeżdżą na deskach, którzy po skończeniu szkoły postanawiają spełnić swoje marzenia i udać się w trasę po Stanach Zjednoczonych. Ich głównym celem jest znalezienie sponsora, który sprawiłby, że przeszliby oni na zawodowstwo i po prostu w ten sposób żyli. Na początku jest to jednak marzenie Erica Riversa, który jest głównym prowodyrem tego wyjazdu. Oczywiście po drodze całą ekipę spotykają różne przygody i ich późniejsze konsekwencje.

Do obejrzenia tego filmu oprócz samej tematyki skłoniła mnie między innymi też ocena jaką otrzymał on na serwisie Filmweb. 7,5 jak na ten gatunek jest to wynik co najmniej dobry jeśli nawet nie bardzo dobry. Czy po zobaczeniu tej produkcji mogę podzielić zdanie wielu osób i przyznać podobną ocenę? Niestety nie, ponieważ najwyżej co mogę zaproponować dla tego filmu to 6 i to także z dużą dozą zastanowienia. Dlaczego?

Jest to dość ciężkie pytanie ponieważ sam nie jestem przekonany dlaczego tak jest ale tak po prostu czuję. Może to kwestia nienajlepszego wykonania pod względem technicznym tego filmu. Może to być też to, że autorzy zbyt mocno poszli w stronę komedii co dodało kompletnie niepotrzebnego kiczu. Scena i cały motyw z klaunami mnie po prostu zabił podczas oglądania. Jeśli chodzi o aspekt sportowy to na pewno został on pokazany na tyle dobrze, że zarówno osoba nie znająca się na nim jak i też „ludzie z branży” mogą być usatysfakcjonowani. Nie zmienia to jednak faktu, że poza 6 ten film w mojej ocenie nie podskoczy.

Wolę już szybciej oglądać filmiki z różnych prawdziwych zawodów ekstremalnych niż po raz kolejny się męczyć przy tej produkcji. Jeśli ktoś nie ma co zrobić z półtora godziny swojego życia to może je zmarnować przy tym filmie. Jeśli zaś nie ma takiego nadmiaru czasu więc niech lepiej szybko zapomni o tej notce i o tym filmie.

10:19, torontos , Inne
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 sierpnia 2011

W swoim wakacyjnym cyklu filmowym miałem okazję już opisywać filmy związane z dwoma sportami - baseballem oraz futbolem amerykańskim. Dwoma bardzo typowymi sportami dla Stanów Zjednoczonych. Dziś jednak przyszedł czas aby skupić się na czymś bardziej europejskim. I to w potrójnej dawce.

Ciężko sobie chyba wyobrazić sport bardziej europejski niż piłka nożna. Dyscyplina, która narodziła się przed wieloma laty w Anglii na chwile obecną jest najbardziej popularna dyscypliną sportu na całej kuli ziemskiej. To właśnie w Europie występuje większość najlepszych graczy oraz największych klubowych drużyn. Nic więc dziwnego, że jest to bardzo wdzięczny temat do kręcenia filmów. Takich jak na przykład cała seria pod bardzo prostym ale jakże treściwym tytułem Gol!

 

Pierwszy z filmów opowiada o chłopaku z Meksyku, który przebywa nielegalnie w USA i pracuje w formie ojca jako ogrodnik. Jednak jego prawdziwą pasją jest piłka nożna do której ma prawdziwy talent. Oprócz samego talentu ma także marzenia, które popychają go do karkołomnego ruchu czyli wyjazdu do kolebki futbolu - Anglii w celu sprawdzenia się jako piłkarz. Tam dopiero zaczyna się jego prawdziwa batalia i bolesne zderzenie z rzeczywistością. Na szczęście dla głównego bohatera nie wszystko co go tam spotyka daje mu popalić.

Druga część tej piłkarskiej trylogii pokazuje dalsze perypetie głównego bohatera czyli Santiago Muneza. Tym razem akcja przenosi się do miasta marzeń dla większości piłkarzy na świecie czyli do Madrytu i tamtejszego Realu. Jak się okazuje nie wszystko złoto co się świeci. Santiago na własnej skórze odczuwa wszystkie blaski i cienie grania w takim klubie i obracania się w takim środowisku. Nie odbywa się to też bez strat w jego życiu prywatnym.

Ostatni z filmów tej serii to opowieść o Mistrzostwach Świata w piłce nożnej w 2006 roku w Niemczech. Tym razem na pierwszy plan wysuwają się jednak dwaj koledzy Santiago z reprezentacji Anglii i to wokół nich w głównej mierze toczy się cała akcja. Oprócz samego aspektu piłkarskiego jest w tym filmie dość mocno wyeksponowane „życie poza meczowe” zawodników. Co w sumie w moim odczuciu dość mocno krzywdzi ten film.

W jaki sposób można by opisać i sklasyfikować ta serię? Jest to zadanie dość ciężkie ale ja bym się skłaniał raczej ku temu aby podzielić ja na dwie części. To znaczy pierwsza z nich zawierała by dwie pierwsze odsłony tej serii oraz druga zawierałaby ta ostatnią. Jak dla mnie dwie pierwsze części biją na głowę tą ostatnią. Dlaczego? Ponieważ ta trzecia jest po prostu taka jakby sztuczna i „drewniana”. Taki typowy angielski film, który ja niespecjalnie lubię. Dwa pierwsze są bardziej „zamerykanizowane” co jak dla mnie tylko służy tym produkcjom. Jest tam odpowiednia proporcja sportu do całej tej otoczki i wątku fabularnego. Człowiek po obejrzeniu tych filmów nie ma wrażenia, że obejrzał jakiegoś pierwszego lepszego gniota. Po trójce ja coś takiego miałem choć w sumie i tak oglądałem go do końca żeby wiedzieć co oceniam i mieć pewność, że mam pełen obraz.

Główna rolę w dwóch pierwszych i pośrednio w trzeciej części gra Kuno Becker. Aktor dla mnie wcześniej zupełnie nieznany ze swojej roli wyszedł bardzo dobrze i na pewno jest jasnym punktem tej całej trylogii. Podobnie zresztą jak specyficzny Alessandro Nivola, który gra niesubordynowanego „typowego piłkarza” dla którego ważniejsze są kolejne imprezy niż kolejny mecz.

Reżyserem każdej z części jest zupełnie inny człowiek i być może dlatego tak bardzo się od siebie różnią. Nie zmienia to jednak faktu, że dwie pierwsze części tej trylogii sam osobiście polecam, a trzecia można obejrzeć już z marszu. Wtedy jest nawet do przełknięcia.

23:46, torontos , Inne
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16