Ostatnie wpisy
Zakładki:
Inne
Koszykarskie
Piłkarskie
Tam gdzie piszę
Zdjęcia
Tagi
|
Wpisy z tagiem: Liga Europejska
piątek, 26 sierpnia 2011
Wczorajsze wielkie zwycięstwo Legii Warszawa nie mogło przejść obojętnie w świecie mediów. Zaraz po zakończeniu spotkania większość portali internetowych zaczęło trąbić o wielkim sukcesie Warszawian. Podobnie stacje radiowe i różnej maści telewizje. Najwolniejszym trybem przekazania informacji były zaś gazety. Jak się nie trudno domyślić ton komentarzy i relacji z tego meczu był zupełnie różny w obu krajach. W Rosji przeważa ton zdecydowanie żałobny, połączony gdzieniegdzie z żądaniami głowy trenera Spartaka Moskwa. Wytykane są błędy jakie popełnił w tym dwumeczu Walerij Karpin oraz wszyscy jego podopieczni. Jeden z tamtejszych tytułów użył nawet stwierdzenia, że „Legia nie wpuściła Spartaka do Unii Europejskiej”.
Jak się nietrudno domyślić cała ogólnopolska prasa i tytuły są w zdecydowanie innej tonacji. "Gazeta Wyborcza" - "Legia zdobyła Moskwę " „Osłabiona brakiem trzech podstawowych graczy, drużyna, wydarła awans butnym Rosjanom, których kibice cały mecz obrażali Polaków. Dla nich to katastrofa, dla nas wielki sukces. Czas na kolejne."
"Rzeczpospolita" - "Moskwa zdobyta " „Już dawno polska drużyna nie wyeliminowała wyżej notowanego przeciwnika na jego boisku i po tak dobrej grze. W Moskwie polscy piłkarze nie wygrali nigdy, a ostatni głośny sukces odniósł tam 31 lat temu Władysław Kozakiewicz. Przyjemnie zwyciężać na stadionie, przed którym na warcie stoi kilkumetrowej wielkości Włodzimierz Lenin." „Cud w Moskwie - bo trudno to inaczej określić. Zespół, który nie potrafił pokonać w niedzielę u siebie Śląska Wrocław, pokonał w czwartek na wyjeździe Spartaka Moskwa, uczestnika ostatniej Ligi Mistrzów i ćwierćfinalistę Ligi Europejskiej. Do tego w pełni zasłużenie, zespół wygwizdany kilka dni temu przez swoich kibiców nagle pokazał nam futbol z zupełnie innej bajki."
"Super Express" - "Ten Gol dał nam awans" „Po pełnym dramaturgii horrorze "wojskowi" wygrali 3:2 i to, co wydawało się niemożliwe, stało się faktem! - To najszczęśliwszy dzień w mojej trenerskiej karierze - piał z zachwytu Maciej Skorża." „Chociaż po pół godzinie gry wydawało się, że legioniści wrócą do kraju z podkulonymi ogonami, kolejne ciosy na Łużnikach zadawali już tylko piłkarze Macieja Skorży.(...)Dla Macieja Skorży wygrana w Moskwie oznacza przynajmniej rok spokojnej pracy. Człowiek, który jeszcze kilka miesięcy temu był jedną nogą na bezrobociu, wczoraj triumfował." Muszę przyznać, że całkiem przyjemnie się to czyta. I mam też nadzieję, że nie jest to ostatnia tego roku fala entuzjazmu jaka przelewa się przez polskie media w związku z występami polskich zespołów w europejskich pucharach.
czwartek, 25 sierpnia 2011
We wtorek większość kibiców piłki nożnej w Polsce emocjonowało się walką Wisły Kraków o Ligę Mistrzów. Walką to może zbyt duże słowo w kontekście tamtego spotkania ale jednak. Dziś już mniej ochoczo garstka ludzi zmusiła się do obejrzenia meczu Legii Warszawa do Ligi Europejskiej. Ci którzy zdecydowali się na tak karkołomny krok zostali za to solidnie wynagrodzeni. Po pierwszym spotkaniu w zespole z Warszawy panował przede wszystkim niedosyt. Niedosyt spowodowany wynikiem remisowym 2:2, który w odczuciu wielu osób powinien być znacznie lepszy. Tak przynajmniej długimi momentami nakazywała wręcz myśleć gra legionistów. Niestety głupie błędy i niewystarczająca koncentracja nie pozwoliła osiągnąć polskiemu zespołowi bardziej zadowalającego wyniku. Na szczęście jednak nie wszystko jeszcze było stracone. Jak ulał wręcz pasowało tu określenie „dopóki piłka w grze…”. Jednak co innego teoria, a co innego życie.
Zanim rozpoczął się w Moskwie mecz, Legia otrzymała pierwszy cios polegający na niewpuszczeniu do Rosji 150-osobowej grupy kibiców, która miała wspierać polski zespół. Ci jednak fani, którym udało się dotrzeć do stolicy wschodniego mocarstwa godnie ich zastąpili. Długimi momentami 60-osobową grupę było bardzo dobrze słychać w przekazie telewizyjnym z wielkiego stadionu na Łużnikach. Jednak w początkowej fazie meczu na niewiele się to zdawało. Już po 20 minutach i w sumie marnej grze Warszawianie przegrywali 0:2. Czy ktoś w tej chwili wierzył jeszcze na pomyślny obrót sprawy? Ja przyznaje się bez bicia, że kompletnie nie. Co więcej. Po celnie wykonanym karnym przez gracza Spartaka, odwróciłem się plecami do ekranu monitora w celu zdrzemnięcia się i regeneracji sił po pierwszym od wielu miesięcy morderczym dniu na siłowni. Nie długo jednak trwała moja drzemka, bo już chwilę później byłem zmuszony się odwrócić rozbudzony reakcją komentatora Polsatu Sport po bramce na 1:2 Kucharczyka. Tak tego samego Kucharczyka, która czasami sprawiał wrażenie jakby był „zagubiony w akcji”. Zresztą w tej bramkowej dla niego sytuacji też jakby znalazł się sam na sam jakby przez przypadek. Na całe jednak szczęście huknął z całych sił pod poprzeczkę, a nie nad nią i dzięki temu odżyły nadzieje. Nadzieje co chwila podsycane o dziwo dobrą gra Legii i wyprowadzanymi raz po raz atakami. Nie wiem jak innym ale mi wtedy stanęła przez oczami pierwsza połowa z Warszawy kiedy to Legioniści tłamsili rywala ze wschodu. Bramka Rybusa to był z jednej strony majstersztyk, a z drugiej sporych rozmiarów fuks. Ale kto by się tym przejmował w takich chwilach. Legia wróciła z dalekiej podróży i wyrównała nie tylko stan tego meczu ale też i całej rywalizacji.
Przed rozpoczęciem drugiej polowy miałem tylko jedną obawę. Taką aby Legionistów strzelona bramka w końcówce pierwszej części nie uskrzydliła na tyle, że nagle polecą do ataku zapominając, że Kucharczyk został sam z tyłu. O dziwo tak się i nie stało ponieważ pomimo tego, że legia autentycznie atakowała i dążyła do wygrania tego meczu to robiła do naprawdę z głową. Oczywiście, atakując nie można się pozbyć błędów z tyłu ale Spartak był tego wieczora na tyle nieporadny, że nie potrafił w żaden sposób tego wykorzystać. I gdy już zapewne wiele osób łącznie z niektórymi piłkarzami było myślami przy dogrywce nastąpiła złota akcja. Akcja zakończona niesamowitym strzałem człowieka, który ma chyba najbardziej piłkarskie nazwisko jakie tylko można chyba mieć. Janusz Gol, bo o nim mowa, oddał swój strzał życia. Jeszcze nigdy jego bramka nie ucieszyła tak wielu osób i nie dała takiego sukcesu jego drużynie. Może być on pewny, że zarówno o tym meczu jak i ma się rozumieć o nim samym jeszcze przez wiele lat będzie opowiadało się z przejęciem. No chyba, że Legia już w tym roku zacznie pisać swoją nową, fajną i do tego europejska historię. Chyba każdy fan polskiej piłki tego by właśnie chciał. Obejrzyjmy więc raz jeszcze wszystkie bramki z tego spotkania, które są okraszone oryginalnym rosyjskim komentarzem. Warto zaczekać do ostatniego gola i reakcji na niego komentatora. I takim oto sposobem Legia poprawiła humory wszystkim tym, którzy byli zawiedzeni wtorkowym spektaklem. Teraz możemy już tylko oczekiwać na jutrzejsze losowanie i kolejnych rywali, którzy staną na drodze Warszawian. Emocji nie powinno zabraknąć.
środa, 24 sierpnia 2011
„A miało być tak pięknie” mogą sobie mówić po wczorajszym wieczorze wszyscy, którzy ściskali kciuki za Wisłę Kraków. Ale już tradycyjnie od 15 lat trzeba się obejść tylko smakiem i zapomnieć o rozgrywkach dla najlepszych zespołów na starym kontynencie. Mnie jednak po rewanżowym meczu dręczy coś innego.
Nie wiem czy to są tylko moje odczucia, czy może także je ma. Jednak rewanżowe spotkanie Wisły Kraków z APOEL-em Nikozja było wręcz bliźniaczo podobne do stoczonego dokładnie 6 lat wcześniej pojedynku z Panathinaikosem Ateny. Co mogło świadczyć o tym, że są to spotkania tak bardzo do siebie podobne? Zacznijmy więc ta wyliczankę od początku. - Mecz pomiędzy Panathinaikosem, a Wisłą został rozegrany 23 sierpnia 2005 roku. Mecz pomiędzy APOEL-em, a Wisłą 23 sierpnia 2011 roku. Podobnie? Podobnie. - W obu przypadkach Wisła Kraków przystępowała do rywalizacji z bramkową zaliczka z pierwszego meczu. 6 Lat temu z dwubramkową, a wczoraj z jednobramkową ale to w dalszym ciągu była zaliczka. - W obydwu tych starciach to gospodarze praktycznie przez cale mecze byli stroną nacierającą, a Wisła jedynie skupiła się na odpieraniu ataków. W obu przypadkach robiła to dość nieudolnie. - W obu tych meczach doprowadzała do sytuacji w których przegrywała już różnica dwóch goli i miała prawdziwy nóż na gardle. - Przy stratach goli w tych dwóch przypadkach wydatny udział mieli bramkarze. - Rzeczony wcześniej nóż oddalał się, dzięki trafieniom Polaków. W Atenach Radosława Sobolewskiego, a w Nikozji Cezarego Wilka. - Obaj przeciwnicy Wisły niestety znajdywali w sobie schowane wcześniej pokłady energii i potrafili strzelić jeszcze bramkę w regulaminowym czasie gry. - Zarówno Panathinaikos jak i też APOEL robił to w 87 minucie. Ciekawe, prawda? - Niestety ostatnie podobieństwo jest najbardziej bolesne dla polskiego futbolu. Otóż oba te pojedynki prowadziły do jednego - pożegnania się z marzeniami o Champions League. Myślę, że tych zaledwie 9 punktów w zupełności wystarczy aby mówić o przeżytym wczoraj piłkarskim dejavu. A co jeszcze można napisać o meczu w Wisły w Nikozji? Na przykład to, że dawno już nie widziałem tak rozpaczliwie broniącego się przed strata bramki polskiego zespołu. Co gorsza ta obrona nie trwała od 85 czy też 70 minuty. Podopieczni trenera Maaskanta już od samego początku wyglądali tak jakby „obrona Częstochowy” to była ich taktyka na ten mecz. Tak więc to nie mogło się skończyć dobrze. Nie wiem też na ile te gadanie o piekielnej pogodzie na Cyprze ma racje bytu, ponieważ ani na Cyprze, ani chociażby w Grecji jeszcze nigdy nie byłem. Jednak naprawdę momentami wyglądało to tak, jakby Wiślacy nie mieli czym oddychać. Wybicie piłki jak najdalej od siebie traktowali jako okazję do zaczerpnięcia świeżego powietrza, którego było i tak jak na lekarstwo. Czy są jakieś pozytywy po tym meczu? Sportowo raczej nie. Może tylko fakt, że na 6 rozegranych spotkań eliminacyjnych do Ligi Mistrzów Wiślacy wygrali aż 5 z nich co się wcześniej nie zdarzało. Przegrali jednak TEN mecz, najważniejszy mecz. Innym pocieszeniem i otarciem łez może być fakt, że Krakowianie nie żegnają się jeszcze z pucharami bo czeka ich walka w Lidze Europejskiej. Choć jeśli ich gra ma wyglądać tak jak wczoraj to ja już zaczynam się obawiać o wyniki.
środa, 17 sierpnia 2011
Już dziś oraz jutro trzy polskie zespoły piłkarskie zagrają o swoją lepszą przyszłość, bliższą lub dalszą. Wisła Kraków po raz kolejny zapuka do bram Ligi Mistrzów, a Legia Warszawa ze Śląskiem Wrocław będą próbować się dobić do Ligi Europejskiej. Zadanie to jak zwykle nie jest proste, ale też i nie niewykonalne, tak jak bywało to w latach poprzednich. Wisła Kraków od samego początku wstąpienia w struktury klubowe pana Cupiała cierpi na polski „syndrom Champions League”. Przejawia się to tym, że niemal co roku pod Wawelem mówi się, że ten sezon będzie przełomowy i będziemy walczyć o awans do tych elitarnych rozgrywek. Jednak jak to wychodzi w praktyce, nie trzeba chyba nikomu przypominać. Trzeba jednak przypomnieć na przykład lata, kiedy to na drodze do rozgrywek grupowych stawali naprzeciwko Wisły rywale w postaci Realu Madryt czy tez wielkiej Barcelony. W starciu z takimi tuzami ciężko nawet myśleć o pozytywnym rozstrzygnięciu, a co dopiero wywalczyć je na boisku. Były też lata, kiedy to Wisła była bardzo blisko spełnienia swego marzenia. Najbardziej jaskrawym przykładem jest rywalizacja z greckim Panathinaikosem Ateny, kiedy to w Krakowie udało się wygrać w stosunku 3:1, a w Atenach działy się piłkarskie cuda. Po raz kolejny bez happy endu dla polskiego zespołu. O wpadkach w postaci odpadania z rozgrywek z jakimiś teoretycznie słabszymi rywalami nawet nie będę już wspominał. Wystarczająco dużo inni popastwili się nad Wiślakami w tamtym okresie.
W tym roku ma być jednak inaczej. Dzięki reformie rozgrywek Ligi Mistrzów Wisła nie miała już szans wpaść na zespoły pokroju europejskich gigantów futbolu. Nie oznacza to jednak, że droga do fazy grupowej będzie dużo łatwiejsza. Oczywiście klasa tych zespołów jest zupełnie inna, ale przeciwnikom także bardzo zależy na tym, aby uzyskać awans do finansowego eldorado. Los sprawił, że tym razem Wiślacy zmierzą się z cypryjskim APOEL-em Nikozja. Czy było to dobre losowanie? Gracze i działacze z Krakowa nie powinni narzekać. Bardziej powinni się skupić na sobie i na swojej grze, a wtedy wszystko będzie w ich rękach, a właściwie nogach. W dwóch pierwszych rundach Wisła wygrała wszystkie swoje 4 mecze i bez większych problemów awansowała do tej fazy. Jest to o tyle ważne, że zawodnicy, którzy teraz występują pod Wawelem, są skupieni na jednym celu, jaki im przyświeca i po prostu go realizują. Brak męczarni w poprzednich rundach to dla mnie zaskoczenie, miłe zaskoczenie. APOEL ma już za sobą start w Lidze Mistrzów i w tych spotkaniach to może być ich jakiś atut. Tym bardziej, że wielu zawodników z tamtego składu występuje do dziś w zespole z Cypru. Co jeszcze świadczy na korzyść rywali Krakowian? Pierwszy mecz na wyjeździe, czyli w Polsce, a decydujący rewanż u siebie. Z jednej strony jest to przewaga psychologiczna, a z drugiej pewien balast, z którym muszą sobie poradzić. Zadaniem Wiślaków jest jak największe utrudnienie im tego. Pierwsze starcie już dziś o 20:45.
W czwartek zaś do rywalizacji o mniej prestiżową, ale równie potrzebną fazę grupową Ligi Europejskiej zawalczą zawodnicy Legii Warszawa oraz Śląska Wrocław. Dla obu tych klubów ewentualny awans z różnych powodów potrzebny jest niemal jak powietrze. Legioniści zmierza się ze znacznie silniejszym rywalem niż będzie miał zespół z Wrocławia, a mianowicie Spartakiem Moskwa. Kiedy tylko ta drużyna została wylosowana, większość mediów zaczęła wspominać „stare, dobre czasy”, czyli lata 90-te i pojedynki z ówczesnym Spartakiem. Pojedynki de facto przegrane. Jednak od tamtego czasu zmieniło się wiele, ale nie to, że to Spartak wystąpi w roli faworyta, a Legia zaledwie pretendenta. Spragnionym jakiegokolwiek sukcesu Warszawiakom awans ten pozwoliłby na chwilę spokojnie odetchnąć i powiedzieć, że w końcu im się coś także udało. Poziom frustracji by spadł o kilka punktów procentowych i życie na Łazienkowskiej byłoby pod kilkoma względami lepsze. Czy jednak czysto sportowo ten zespół jest gotowy na to wyzwanie? Poprawę w grze Legii w tym sezonie i w stosunku do poprzedniego sezonu widać gołym okiem. Jednak tu nasuwają się dwa pytania. Pierwsze to czy można było grać gorzej niż w ubiegłym roku oraz drugie czy skok jakościowy w grze drużyny z Warszawy jest na tyle duży, aby przeskoczyć kolejnego rywala. Połowiczną odpowiedź na to pytanie poznamy już w czwartek, kiedy to w Warszawie o godzinie 18:00 odbędzie się pierwszy z meczów.
Śląsk Wrocław jako debiutant na tym poziomie rozgrywek stoi przed zadaniem wyeliminowania z gry Rapidu Bukareszt. Zespołu, który dla przeciętnego kibica w Polsce zapewne niewiele mówi, ale jak się pewnie okaże, może narobić sporo krzywdy polskiemu zespołowi. Podopieczni charyzmatycznego Oresta Lenczyka, aby myśleć o wygraniu tej rywalizacji, w moim odczuciu, muszą poprawić dwie rzeczy. Pierwsza z nich to skuteczność, ponieważ o ile w poprzedniej rundzie nieudane akcje Piotra Ćwielonga uszły płazem, to teraz Wrocławianie nie muszą mieć tyle szczęścia. Tutaj jeden celny strzał może zadecydować o być albo nie być w dalszej grze, tak więc warto by się nad tym aspektem gry jeszcze bardziej pochylić. A jest o co grać. W przypadku Śląska przede wszystkim o to, żeby nowy, świetny stadion, który jest już na ukończeniu, był zapełniany większą ilością widzów nie tylko kilka razy do roku na meczach z Lechem, Legią czy też Wisłą. Rywale z Ligi Europejskiej mogą ten komfort zapewnić niemal co tydzień. Nierozłącznym też aspektem ewentualnego awansu są gratyfikacje finansowe. Te również nie wyglądają tak najgorzej, ponieważ być może w uboższej siostrze Ligi Mistrzów nie zarabia się takich kroci, ale jak pokazał choćby Lech Poznań można tam podnieść z murawy również niezłe sumy pieniędzy. Trzeba tylko walczyć i wygrywać w kolejnych spotkaniach, a bonusy za te zwycięstwa same przyjdą. Czy Śląsk zbliży się do nich w jakiś znaczący sposób będzie można zobaczyć już o 20:00 w najbliższy czwartek.
czwartek, 04 sierpnia 2011
Tak to już niestety od kilku lat bywa, że zanim polski futbol rozpocznie na dobre rozgrywki ligowe musi mierzyć się z rywalami w europejskich pucharach. Nie są to w większości przypadków rywale renomowani ale ciężko o takich w pierwszych rundach poszczególnych rozgrywek. Jednak i z nimi często bywały problemy. Przykładem pierwszym z brzegu jest niestety świeży bo tegoroczny popis białostockiej Jagiellonii, która nie poradziła sobie z potęgą z Pawłodaru. Na szczęście jak na razie jest to w tym roku przypadek odosobniony. Z pozostałej trójki po wczorajszym oraz dzisiejszym dniu rozgrywek pozostała cała reszta, która wywalczyła awanse. Były to mecze rozstrzygnięte na korzyść polskich ekip w różnym stylu ale chwilowo możemy przyjąć zasadę, że „zwycięzców się nie sądzi”.
Zdecydowanie najlepiej w swoim spotkaniu wypadła Wisła Kraków, która niewątpliwie walczy o najwyższy i od kilkunastu już lat nieosiągalny cel. Liga Mistrzów to coś co przez wiele lat paraliżowało polskie zespoły już na samą myśl o takim starciu. Tegoroczna Wisła wydaje się być inna. W jaki sposób inna? Przede wszystkim taki, że jest ona zbudowana z głową. W przerwie rozgrywkowej nie było żadnych „głośnych” wzmocnień o których mówiłby cały piłkarski światek w naszym kraju. Były za to zakupy pasujące do taktyki trenera Maaskanta. W normalnym świecie to norma, a w polskim jeszcze anomalia. Jednak jak widać zagraniczny zaciąg nie tylko w postaci nowych zawodników sprawdza się. Wczorajsze zwycięstwo nad Litexem 3:1 pokazało, że pomimo całkiem niezłej gry te zespół może grać jeszcze lepiej. Maor Melikson momentami właściwie w pojedynkę konstruował ataki Wisły a do tego sam je wykańczał. Oczywiście po tym meczu ponownie odżył temat „Maor w Reprezentacji”. Pytanie tylko czy aby nie za późno? Nawet jeśli polska kadra nie będzie mogła skorzystać z usług tego gracza to kibice w Krakowie powinni mieć z niego sporo pożytku. Jutro na pewno wszyscy będą czekać z dużym zainteresowaniem na wynik losowania ostatecznej rundy eliminacji Ligi Mistrzów. Czy przed tą fazą będzie można znowu użyć stwierdzenia „teraz albo nigdy”?
Drugim zespołem co do jakości gry jaką pokazał przeciwko Lokomotiwowi Sofia był Śląsk Wrocław. Pomimo tego, że w dwóch spotkaniach w tym jednym z dogrywką nie potrafił strzelić przeciwnikowi bramki to jego gra wyglądała całkiem nieźle. Skuteczność pod bramką rywala natomiast pozostawiała sporo do życzenia. Pierwszy mecz tej rundy miałem okazję oglądać, a właściwie nasłuchiwać przebywając na wrocławskim rynku. Nie było tam wtedy ogródka piwnego czy innej knajpy skąd nie dochodziłyby odgłosy oglądanego meczu. Słysząc co chwilę jęki zawodu wiedziałem, że Śląsk sytuacje stwarza ale koncertowo je marnuje. Ta teza potwierdziła się niestety po obejrzeniu skrótu w późniejszym czasie oraz po zobaczeniu dzisiejszego starcia. Oczywiście rywale także mieli swoje przebłyski z jakich mogło się coś urodzić. W przekroju jednak całego tego starcia Śląsk był na pewno lepszy, a musiał to potwierdzić nie napastnik, a jak się okazało bramkarz. Kelemen na pewno tej nocy i przez kilka kolejnych dni będzie bohaterem Wrocławia i na przykład za to w nie jednym miejscu we Wrocławiu zje albo napije się za darmo. Szkoda jednak, że potrzeba było takich nerwów i takiej wojny aby to osiągnąć. Oby dalej było lepiej bo dla Wrocławia faza grupowa Ligi Europejskiej bardzo by się przydała. Choćby w kontekście nowego stadionu, który trzeba by zapełnić.
Na sam koniec zostawiłem Legię. Legię, której pierwszy mecz widzieli nieliczni, a większość mogła tylko później poczytać relacje czy to w internecie czy to gazetach. Fakt był jednak faktem, że Warszawiacy mieli w Turcji sporo szczęścia. Po obejrzeniu dzisiejszego meczu jestem jednak w stanie uwierzyć w to w stu procentach. Podopieczni trenera Skorży długimi momentami wyglądali tak jakby wczoraj lub przedwczoraj wyszli z siłowni podczas okresu przygotowawczego. Ociężali, powolni, a przez to bardzo często niedokładni. Przeciwnik wcale nie był lepszy w tym aspekcie gry, jednak przecież nie o to chodzi aby równać w dół. Jednak widząc niektóre zagrania takiego Ljuboji to zastanawiam się czy można było zagrać gorzej. To znaczy gorzej na pewno tak ale wolniej to już nie sądzę. Nie ma się jednak co znęcać nad zawodnikami, którzy jakby nie patrzeć zrobili awans. Chyba wszyscy w Polsce mamy już dość „pięknych porażek” po zaciętej walce. Warto też powiedzieć, że nawet tak słaby mecz jak ten dzisiejszy Legii znacznie lepiej ogląda się kiedy trybuny po prostu żyją. Jeśli piłkarze dostosowali by się poziomem gry do swoich kibiców to już po 45 minutach Turcy mogli by się pakować i wracać do siebie. Jutro zostaną rozlosowane pary kolejnych decydujących rund o awansie do rozgrywek grupowych zarówno Ligi Mistrzów jak i też Ligi Europejskiej. Możliwości na kogo mogą wpaść polskie ekipy jest wiele więc nie ma co się bawić w bezpodstawne dywagacje. Co jednak jest ciekawe to przy pewnym zbiegu okoliczności zarówno Śląsk jak i Legia mogą trafić na rywali silniejszych niż będzie miała Wisła. Jutro się jednak okaże czy los będzie dla polskich klubów łaskawy i czy nadal będziemy zastanawiać nad realną szansą gry w rozgrywkach grupowych dwóch europejskich pucharów trzech polskich drużyn. | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||