Ostatnie wpisy
Zakładki:
Inne
Koszykarskie
Piłkarskie
Tam gdzie piszę
Zdjęcia
Tagi
|
Wpisy z tagiem: śląsk wrocław
wtorek, 23 sierpnia 2011
W ubiegłym tygodniu pisząc swoje podsumowanie minionych 7 dni zwróciłem uwagę na mnogość wydarzeń. Jak się okazało nie był to jednostokowy przypadek ponieważ dziś także nie będzie brakować mi tematów o jakich chciałbym wam wspomnieć. A więc do dzieła. Już za kilkanaście godzin być może polski zespół w końcu znajdzie się w upragnionej piłkarskiej Lidze Mistrzów. Aby tak się stało potrzebny jest jeszcze „tylko” dobry mecz i korzystny rezultat w Nikozji. Jednak tak samo jak ewentualny debiut zaliczą w tym sezonie piłkarze z Krakowa, tak i zadebiutują młodzi piłkarze. Gdzie? W specjalnie przygotowanych dla nich rozgrywkach na wzór dorosłej Ligi Mistrzów o nazwie NextGen Series. Pomysł wydaje się trafiony, biorąc pod uwagę fakt ilu znakomitych zawodników każdego roku wypuszczają ze swoich klubów największe europejskie firmy. Projekt skierowany jest do graczy 18 i 19-letnich. Wracając jeszcze do zespołu z Krakowa i jego walki i Champions League, to ich decydujące spotkanie poprowadzi Viktor Kassai. Widać, że ktoś w UEFA dostrzegł wagę tego pojedynku i oddelegował odpowiedniego człowieka. Na gorącym Cyprze zimna głowa węgierskiego arbitra będzie bardzo w cenie.
Pozostając jeszcze w temacie poniekąd futbolu, zapraszam do przeczytania wywiadu z Maciejem Szczęsnym. Rozmowy o tym jak ten obecny trener bramkarzy w Koronie Kielce ma wiele uznania dla pracującego jako szkoleniowiec Jagiellonii Czesława Michniewicza. Trochę dziwna podszyta ironią rozmowa. Przejdźmy jednak do dyscypliny ważniejszej z mojego punktu widzenia czyli koszykówki. Echa wypowiedzi i decyzji Marcina Gortata do dziś odbijają się w mediach bardzo głośno. Miniony tydzień przyniósł kolejne „podbicie tonu” w tej sprawie. Imię i nazwisko naszego jedynaka w NBA pojawiło się tym razem w kontekście jego ewentualnego występu w meczu kończącym karierę legendy polskiej koszykówki czyli Andrzeja Pluty. Jak dla mnie jest to średni pomysł zapraszanie Marcina na taki mecz. Przy całej mojej sympatii do niego to akurat tego wieczora nie jest on we Włocławku zupełnie potrzebny. We Wrocławiu po powstaniu dwóch koszykarskich Śląsków nie ma chwili nudy. Zanim koszykarze jednego czy drugiego zespołu wybiegli na parkiet w sezonie 2011/12 to już jest gorąco. Głównie za sprawą różnych wypowiedzi jakie pojawiają się w mediach. Wywiadem tygodnia we „wrocławskiej sprawie” jest rozmowa Szczepana Radzkiego z Radosławem Hyżym. Dolewanie oliwy do ognia trwa w najlepsze. Ale przecież akurat po Radosławie nie spodziewaliśmy się, że będzie tym co łagodzi atmosferę, prawda? Szczepan w minionym tygodniu pochylił się także nad sprawą ewentualnego występu Asseco Prokom Gdynia komercyjnej lidze VTB. Już w tamtym roku był szeroka dyskusja na ten temat i wszystko na to wskazuje, że w tym sezonie ona powróci. Ja po roku doświadczeń także muszę się przychylić do zdania, że nie ma takiej opcji aby Asseco nie uczestniczyło w rozgrywkach od samego początku. Jest to zbyt duża strata dla polskiej ligowej rzeczywistości. Świetny materiał przygotował też Łukasz Cegliński, który po prostu trzeba przeczytać. Choćby po to, żeby dowiedzieć się tego, że Polska reprezentacja koszykarzy w dawnych latach odnosiła sukcesy. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że była to zupełnie inna rzeczywistość to warto o tym wiedzieć. Czy w tym roku nasi koszykarze odniosą jakiś sukces na Eurobaskecie? Jest to bardzo wątpliwe ale tak czy inaczej wszystkie mecze naszej kadry będzie można zobaczyć w TVP. Na prawie zakończenie jeszcze wspomnę o dwóch projektach jakie ujrzały światło dzienne w minionym tygodniu i zasługują na to aby dowiedziało się o nich jak najwięcej osób. Pierwsza z tych inicjatyw to coś o nazwie „Stalówka Kosz!”. Zawsze sobie bardzo cenię zapał ludzi, którzy chcą archiwizować w różny sposób historię polskiego basketu. Nawet jeśli jest to tylko tak na prawdę jej mały wycinek. Projektem patrzącym bardziej do przodu, a nie wstecz jest strona Youth Stats. Dzięki niej każdy kto będzie chciał sprawdzić jak radzą sobie polscy zawodnicy w różnych rozgrywkach ligowych w naszym kraju będzie mógł to sprawdzić w jednym miejscu. Wielkie brawa za pomysł i wdrożenie go w życie. Na definitywne zakończenie jeszcze film o wyprawie młodych zawodników Georgetown na mecz towarzyski aż do Chin. Słowo klucz? TOWARZYSKI.
piątek, 19 sierpnia 2011
Do trwającego właśnie tygodnia piłkarscy kibice w Polsce przystępowali z dużymi nadziejami. Trzy pucharowe drużyny miały dostarczyć im wielu emocji, pozytywnych wrażeń i przede wszystkim dobrych wyników. Po zwycięstwie Wisły Kraków w eliminacjach do Ligi Mistrzów wydawało się, że jest to całkiem realne do spełnienia. Jako pierwsza bój o fazę grupową Ligi Europejskiej rozpoczęła w dniu wczorajszym Legia Warszawa. Pomimo tego, że to Spartak Moskwa miał straszyć polski zespół formą, techniką i generalnie graniem w piłkę, to za straszenie wzięli się przede wszystkim kibice.
Ku zdziwieniu większości osób na stadionie w ich ślady poszli też i zawodnicy stołecznego zespołu. Już po zaledwie kilku chwilach dzięki trochę przypadkowej akcji i skutecznemu jej wykończeniu przez Radovica Legia objęła prowadzenie. Złośliwi lub po prostu niedowierzający w tym momencie myśleli, że na pewno to są tylko „miłe złego początki” lub też zwykły „fuks”. Nic z tych rzeczy, ponieważ gracze Legii naprawdę grali taką piłkę, jakiej na Łazienkowskiej nie widziano już dawno. W kilku kolejnych akcjach właściwie tylko zespół z Rosji kilkukrotnie był w sporych tarapatach. Żeby jeszcze tylko Ljuboja w kilku akcjach zamiast bezczelnie się przewracać i wymuszać karnego, grał jak na mężczyznę przystało, to Legia by raczej na pewno podwyższyła stan tego meczu. A tak po 45 minutach była skromna zaliczka i zastanawianie się, czy aby na pewno śledzimy zespół w dobrych koszulkach. „Tak, w dobrych” mogli odetchnąć wszyscy, kiedy w 52. minucie strzał światowej klasy oddał Ari. Strzał jakiego by się nie powstydził żaden stadion na świecie. ŻADEN. Szkoda tylko, że temu strzałowi można było zapobiec. Tak samo jak można było zapobiec temu, aby na rewanż jechać w możliwie najsilniejszym składzie, a nie na własne życzenie się osłabiać. Przez mniej lub bardziej przypadkowe żółte kartki Legia w Moskwie zagra bez trzech graczy z podstawowego składu. Nie jest to pocieszające, biorąc pod uwagę jeszcze fakt, że będzie tam musiała atakować. Ten plan ma szansę na wykonanie, jeśli tylko Ljuboja zajmie się grą w piłkę tak, jak to zrobił w 69. minucie. Nie dość, że się nie przewrócił, to jeszcze znakomicie podał. No geniusz, po prostu geniusz. Szkoda tylko, że takich przebłysków znakomitości nie mieli obrońcy i już dwie minuty później dopuścili do utraty kolejnego gola. Zresztą wiele ich poczynań w drugiej części meczu sprawiało szybsze bicie serc kibiców trzymających kciuki za polski zespół. Kiedy zabrzmiał ostatni gwizdek arbitra, oznajmiający koniec pierwszego starcia tego dwumeczu, to wielu Legionistów skryło swoje twarze w rękach. Bardzo szybko do nich doszło, jak dużą szansę stracili na to, aby jechać do Moskwy z zaliczką, a nie przymusem „gryzienia rywala” szczęką bez kilku zębów. Tego problemu przed rewanżem za tydzień w Bukareszcie nie mają za to gracze Śląska Wrocław. Nie mają, ponieważ zespół Rapidu już we Wrocławiu nie tylko „powybijał wystarczającą ilość zębów” gospodarzom, ale także i ograbił ich ze wszelkich możliwości walki w rewanżu. Wygrana 3:1 w meczu na wyjeździe i obnażenie wszelkich słabości obronnych Śląska to łup z jakim wrócili do siebie Rumuni. Ciężko się to oglądało, jak prawie każdy wypad pod bramkę gospodarzy pachniał golem, dzięki „radosnej twórczości” obrońców. Ten mecz tak naprawdę bardzo dobrze by się oglądało, gdyby był opatrzony komentarzem w takim oto unikalnym stylu. Niestety i komentarz był taki sobie i gra była taka sobie. Nawet sam Orest Lenczyk zdradził mediom, że w takim wypadku Śląsk na rewanż jedzie tylko po to, aby uratować honor. Czy im to się uda, to się jeszcze okaże. Pewne jest chyba jednak to, że jeśli nic się nie zmieni, to jedyne czego nie będziemy mieć po tej rywalizacji, to niedosytu po wyrównanej ale przegranej rywalizacji.
środa, 17 sierpnia 2011
Już dziś oraz jutro trzy polskie zespoły piłkarskie zagrają o swoją lepszą przyszłość, bliższą lub dalszą. Wisła Kraków po raz kolejny zapuka do bram Ligi Mistrzów, a Legia Warszawa ze Śląskiem Wrocław będą próbować się dobić do Ligi Europejskiej. Zadanie to jak zwykle nie jest proste, ale też i nie niewykonalne, tak jak bywało to w latach poprzednich. Wisła Kraków od samego początku wstąpienia w struktury klubowe pana Cupiała cierpi na polski „syndrom Champions League”. Przejawia się to tym, że niemal co roku pod Wawelem mówi się, że ten sezon będzie przełomowy i będziemy walczyć o awans do tych elitarnych rozgrywek. Jednak jak to wychodzi w praktyce, nie trzeba chyba nikomu przypominać. Trzeba jednak przypomnieć na przykład lata, kiedy to na drodze do rozgrywek grupowych stawali naprzeciwko Wisły rywale w postaci Realu Madryt czy tez wielkiej Barcelony. W starciu z takimi tuzami ciężko nawet myśleć o pozytywnym rozstrzygnięciu, a co dopiero wywalczyć je na boisku. Były też lata, kiedy to Wisła była bardzo blisko spełnienia swego marzenia. Najbardziej jaskrawym przykładem jest rywalizacja z greckim Panathinaikosem Ateny, kiedy to w Krakowie udało się wygrać w stosunku 3:1, a w Atenach działy się piłkarskie cuda. Po raz kolejny bez happy endu dla polskiego zespołu. O wpadkach w postaci odpadania z rozgrywek z jakimiś teoretycznie słabszymi rywalami nawet nie będę już wspominał. Wystarczająco dużo inni popastwili się nad Wiślakami w tamtym okresie.
W tym roku ma być jednak inaczej. Dzięki reformie rozgrywek Ligi Mistrzów Wisła nie miała już szans wpaść na zespoły pokroju europejskich gigantów futbolu. Nie oznacza to jednak, że droga do fazy grupowej będzie dużo łatwiejsza. Oczywiście klasa tych zespołów jest zupełnie inna, ale przeciwnikom także bardzo zależy na tym, aby uzyskać awans do finansowego eldorado. Los sprawił, że tym razem Wiślacy zmierzą się z cypryjskim APOEL-em Nikozja. Czy było to dobre losowanie? Gracze i działacze z Krakowa nie powinni narzekać. Bardziej powinni się skupić na sobie i na swojej grze, a wtedy wszystko będzie w ich rękach, a właściwie nogach. W dwóch pierwszych rundach Wisła wygrała wszystkie swoje 4 mecze i bez większych problemów awansowała do tej fazy. Jest to o tyle ważne, że zawodnicy, którzy teraz występują pod Wawelem, są skupieni na jednym celu, jaki im przyświeca i po prostu go realizują. Brak męczarni w poprzednich rundach to dla mnie zaskoczenie, miłe zaskoczenie. APOEL ma już za sobą start w Lidze Mistrzów i w tych spotkaniach to może być ich jakiś atut. Tym bardziej, że wielu zawodników z tamtego składu występuje do dziś w zespole z Cypru. Co jeszcze świadczy na korzyść rywali Krakowian? Pierwszy mecz na wyjeździe, czyli w Polsce, a decydujący rewanż u siebie. Z jednej strony jest to przewaga psychologiczna, a z drugiej pewien balast, z którym muszą sobie poradzić. Zadaniem Wiślaków jest jak największe utrudnienie im tego. Pierwsze starcie już dziś o 20:45.
W czwartek zaś do rywalizacji o mniej prestiżową, ale równie potrzebną fazę grupową Ligi Europejskiej zawalczą zawodnicy Legii Warszawa oraz Śląska Wrocław. Dla obu tych klubów ewentualny awans z różnych powodów potrzebny jest niemal jak powietrze. Legioniści zmierza się ze znacznie silniejszym rywalem niż będzie miał zespół z Wrocławia, a mianowicie Spartakiem Moskwa. Kiedy tylko ta drużyna została wylosowana, większość mediów zaczęła wspominać „stare, dobre czasy”, czyli lata 90-te i pojedynki z ówczesnym Spartakiem. Pojedynki de facto przegrane. Jednak od tamtego czasu zmieniło się wiele, ale nie to, że to Spartak wystąpi w roli faworyta, a Legia zaledwie pretendenta. Spragnionym jakiegokolwiek sukcesu Warszawiakom awans ten pozwoliłby na chwilę spokojnie odetchnąć i powiedzieć, że w końcu im się coś także udało. Poziom frustracji by spadł o kilka punktów procentowych i życie na Łazienkowskiej byłoby pod kilkoma względami lepsze. Czy jednak czysto sportowo ten zespół jest gotowy na to wyzwanie? Poprawę w grze Legii w tym sezonie i w stosunku do poprzedniego sezonu widać gołym okiem. Jednak tu nasuwają się dwa pytania. Pierwsze to czy można było grać gorzej niż w ubiegłym roku oraz drugie czy skok jakościowy w grze drużyny z Warszawy jest na tyle duży, aby przeskoczyć kolejnego rywala. Połowiczną odpowiedź na to pytanie poznamy już w czwartek, kiedy to w Warszawie o godzinie 18:00 odbędzie się pierwszy z meczów.
Śląsk Wrocław jako debiutant na tym poziomie rozgrywek stoi przed zadaniem wyeliminowania z gry Rapidu Bukareszt. Zespołu, który dla przeciętnego kibica w Polsce zapewne niewiele mówi, ale jak się pewnie okaże, może narobić sporo krzywdy polskiemu zespołowi. Podopieczni charyzmatycznego Oresta Lenczyka, aby myśleć o wygraniu tej rywalizacji, w moim odczuciu, muszą poprawić dwie rzeczy. Pierwsza z nich to skuteczność, ponieważ o ile w poprzedniej rundzie nieudane akcje Piotra Ćwielonga uszły płazem, to teraz Wrocławianie nie muszą mieć tyle szczęścia. Tutaj jeden celny strzał może zadecydować o być albo nie być w dalszej grze, tak więc warto by się nad tym aspektem gry jeszcze bardziej pochylić. A jest o co grać. W przypadku Śląska przede wszystkim o to, żeby nowy, świetny stadion, który jest już na ukończeniu, był zapełniany większą ilością widzów nie tylko kilka razy do roku na meczach z Lechem, Legią czy też Wisłą. Rywale z Ligi Europejskiej mogą ten komfort zapewnić niemal co tydzień. Nierozłącznym też aspektem ewentualnego awansu są gratyfikacje finansowe. Te również nie wyglądają tak najgorzej, ponieważ być może w uboższej siostrze Ligi Mistrzów nie zarabia się takich kroci, ale jak pokazał choćby Lech Poznań można tam podnieść z murawy również niezłe sumy pieniędzy. Trzeba tylko walczyć i wygrywać w kolejnych spotkaniach, a bonusy za te zwycięstwa same przyjdą. Czy Śląsk zbliży się do nich w jakiś znaczący sposób będzie można zobaczyć już o 20:00 w najbliższy czwartek.
środa, 13 lipca 2011
Gdzie dopłynie tym razem? Tego nie wie nikt. Tak samo zresztą jak nikt już raczej nie wie, które to już podejście robi krakowski klub do elitarnych i ciągle niedostępnych rozgrywek Ligi Mistrzów. W tym roku mija dokładnie 14 lat od ostatniego awansu Widzewa Łódź do fazy grupowej tego pucharu. Czy Wisła w końcu przełamie niemoc? Po pierwszym meczu przeciwko Skonto Ryga mam duże wątpliwości. Przed kilkunastoma minutami piłkarze Białej Gwiazdy zakończyli pierwsze spotkanie przeciwko swojemu łotewskiemu rywalowi. Wygrali je wprawdzie 1:0 ale styl w jakim to zrobili pozostawia dużo do życzenia, pisząc bardzo łagodnie. Co więcej Wisła ten mecz wygrała w dużej mierze dlatego, ponieważ ich rywale wcale nie chcieli wygrać. A przynajmniej przez bardzo długi okres tego spotkania na to wyglądało. Skonto jako gospodarz meczu powinno przynajmniej teoretycznie atakować i dążyć do uzyskania jak najlepszego rezultatu przed rewanżem na wyjeździe. To jednak tylko teoria, która nie miała prawie żadnego przełożenia w praktyce. Zanim jednak na dobre rozkręcił się mecz widzowie, którzy byli skazani na relację w telewizji zmuszeni byli do oglądania flag na kijach, którymi kibice Wisły wymachiwali dziarsko przed kamerami. Jestem ciekawy czyja to była wina, że doszło do takiego jakby nie patrzeć incydentu. Czy telewizji która postawiła swoje kamery nie z tej co trzeba strony czy też może organizatorów, którzy posadzili liczną ekipę w Krakowa w złym miejscu. Tak czy siak długimi chwilami widzowie Polsatu Sport mogli oglądać takie obrazki.
Kiedy już jednak sytuacja się unormowała i widzowie mogli zobaczyć poczynania piłkarzy na murawie, nagle zaczęli tęsknić za tymi flagami. Z boiska wiało nudą i przypominało to pod względem sportowym jakiś sparing na Cyprze na początku okresów przygotowawczych kiedy piłkarze są jeszcze myślami na swoich „zasłużonych” wakacjach. Gdyby nie doping kibiców śmiało by można obstawiać, że jest to mecz towarzyski bliżej nieznanych zespołów. Wisła pomimo, że optycznie wyglądała lepiej to jednak nie potrafiła tej swojej wyższości udokumentować w żaden sensowny sposób. Akcje nie zazębiały się i nie stwarzały żadnego zagrożenia pod bramką rywali. Ciężko jednak takie zagrożenie stworzyć atakując jednym lub maksymalnie dwoma zawodnikami.
Na szczęście piłkarze Skonto Ryga, a dokładnie niejaki Rode tak chciał zaciekle bronic swojej bramki w tym meczu, że po jednym z jego wślizgów nieudanie kopnięta piłka wzdłuż bramki znalazła drogę między słupki i zatrzepotała w siatce. Ufff, można było odetchnąć. Negatywnym „graczem meczu” tego wieczora był Patryk Małecki. Po zmianie „imidżu” czyli obcięciu się na łyso oraz chyba przybraniu kilku kilogramów, występując w tym spotkaniu w białej koszulce przypominał on prawie Ronaldo z czasów gry w Realu Madryt. Prawie jednak robi różnicę. Małecki w tym spotkaniu nie istniał. Jego każde dojście do piłki kończyło się albo stratą albo innym nieudanym zagraniem, którym często krzyżował plany swoim kolegom z zespołu. Kolegom, którzy wcale nie byli od niego lepsi. W końcówce tego spotkania mogli być też za to ukarania ponieważ Skonto w końcu się zorientowało, że nie stoi przed nimi żadna piłkarska potęga, a jedynie zespół który aspiruje do roli europejskiego średniaka. Tym razem Wiślakom udało się wywinąć z opresji ale jeśli takie błędy i rozkojarzenie zdarzy się w rewanżu w Krakowie to wcale się nie zdziwię jeśli zobaczymy większy blamaż tego lata niż porażka Jagielloni. W czwartek też swój pierwszy mecz rozegra Śląsk Wrocław, który po uzyskaniu przepustki do Europy poczynił kilka ciekawych ruchów transferowych. Pomimo że wrocławianie wystąpią przed własną publicznością, to lata doświadczeń nauczyły mnie już, żeby hamować swój optymizm przed takimi spotkaniami. I to bez względu na to kto jest przeciwnikiem.
czwartek, 03 lutego 2011
Od paru dni w moim otoczeniu w którym przebywam krążył pewny wirus. Zarazka która rozłożyła na łopatki kilku moich znajomych, koniec końców dopadła również i mnie. Od paru dni zmagam się z przeziębieniem jakiego już dawno nie miałem. Nie ma jednak tego złego i efektem mojego przebywania w domu będzie ta oto notka. Na pewno najbardziej „zjutubowana” notka w historii tego bloga, a być może i w historii polskiej koszykarskiej blogosfery.
Co to jest buzzer beater każdy fan basketu doskonale wie. Jest to jedna z tych chwil dla których kocha się ten sport i równocześnie go nienawidzi. Jeśli taka akcja daje zwycięstwo zespołowi któremu się kibicuje jest to prawdziwa pełnia szczęścia. Jeśli zaś takie zagranie wykonuje rywal, to czasem się wydaje że czas się zatrzymał, a za chwilę nastąpi nieunikniony koniec świata. To jest coś co czasem trudno opisać, ale każdy kto jest fanem tego sportu doskonale zna i wręcz na to czeka. Dlatego też siedząc dziś na You Tube najpierw przez przypadek, a następnie z premedytacją zacząłem wynajdywać tego typu akcje z polskich parkietów, bardzo różnych szczebli rozgrywkowych na przestrzeni wielu lat. Później powstał pomysł stworzenia z nich jednego mixu ale z dwóch względów pozostawiłem ten pomysł. Pierwszy z nich jest dość banalny bo czysto techniczny. Drugi zaś po prostu zabiłby wiele emocji jakie płyną z tych filmów dzięki reagującym odpowiednio komentatorom czy odgłosom hali. Dlatego zapraszam do obejrzenia wszystkich filmów z buzzer beaterami z polskich boisk jakie udało mi się odszukać w zasobach YT. Jak odwieczna zasada nakazuje panie mają pierwszeństwo. Szkoda tylko, że w pierwszej chwili operator kamery i realizator nie stanęli na wysokości zadania. Dla jasności jeszcze tylko dodam, że był to 7 mecz finału PLKK.
W takim zestawieniu nie może rzecz jasna zabraknąć chyba najsłynniejszego „buzzerbeaterowca” w Polsce czyli Jacka Krzykały. I to dwukrotnie.
Śląsk Wrocław to chyba najczęściej pojawiający się zespół w kontekście tego typu zakończeń meczów. Oto jeszcze kilka rzutów tego typu.
W tym zestawieniu znajdzie się i miejsce dla innego potentata polskich parkietów w latach 90-tych czyli zespołu z Pruszkowa. Ich komentator, świętej już pamięci Wojciech Zieliński, był nie mniej znany niż sam zespół.
Jednak jak się też okazało tego typu rzuty to nie tylko domena dorosłych. W rozgrywkach młodzieżowych w naszym kraju także zdarzają się tego typu końcówki.
Wróćmy jednak do seniorów. Zarówno ekstraklasy jak i też kilku niższych lig. na początek zagranie które nie jest do końca buzzer beaterem ale jest w czołówce najladniejszych zagrań w końcówkach meczów.
Jakby komuś jeszcze tego było mało to na sam koniec takie dwie wisienki na tym torcie. Białostockie wisienki.
Czy ktoś zna jeszcze jakiś tego typu filmik jaki tu się nie pojawił? ;) | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||