Wpisy z tagiem: Liga Mistrzów

środa, 24 sierpnia 2011

„A miało być tak pięknie” mogą sobie mówić po wczorajszym wieczorze wszyscy, którzy ściskali kciuki za Wisłę Kraków. Ale już tradycyjnie od 15 lat trzeba się obejść tylko smakiem i zapomnieć o rozgrywkach dla najlepszych zespołów na starym kontynencie. Mnie jednak po rewanżowym meczu dręczy coś innego.

Nie wiem czy to są tylko moje odczucia, czy może także je ma. Jednak rewanżowe spotkanie Wisły Kraków z APOEL-em Nikozja było wręcz bliźniaczo podobne do stoczonego dokładnie 6 lat wcześniej pojedynku z Panathinaikosem Ateny. Co mogło świadczyć o tym, że są to spotkania tak bardzo do siebie podobne? Zacznijmy więc ta wyliczankę od początku.

- Mecz pomiędzy Panathinaikosem, a Wisłą został rozegrany 23 sierpnia 2005 roku. Mecz pomiędzy APOEL-em, a Wisłą 23 sierpnia 2011 roku. Podobnie? Podobnie.

- W obu przypadkach Wisła Kraków przystępowała do rywalizacji z bramkową zaliczka z pierwszego meczu. 6 Lat temu z dwubramkową, a wczoraj z jednobramkową ale to w dalszym ciągu była zaliczka.

- W obydwu tych starciach to gospodarze praktycznie przez cale mecze byli stroną nacierającą, a Wisła jedynie skupiła się na odpieraniu ataków. W obu przypadkach robiła to dość nieudolnie.

- W obu tych meczach doprowadzała do sytuacji w których przegrywała już różnica dwóch goli i miała prawdziwy nóż na gardle.

- Przy stratach goli w tych dwóch przypadkach wydatny udział mieli bramkarze.

- Rzeczony wcześniej nóż oddalał się, dzięki trafieniom Polaków. W Atenach Radosława Sobolewskiego, a w Nikozji Cezarego Wilka.

- Obaj przeciwnicy Wisły niestety znajdywali w sobie schowane wcześniej pokłady energii i potrafili strzelić jeszcze bramkę w regulaminowym czasie gry.

- Zarówno Panathinaikos jak i też APOEL robił to w 87 minucie. Ciekawe, prawda?

- Niestety ostatnie podobieństwo jest najbardziej bolesne dla polskiego futbolu. Otóż oba te pojedynki prowadziły do jednego - pożegnania się z marzeniami o Champions League.

Myślę, że tych zaledwie 9 punktów w zupełności wystarczy aby mówić o przeżytym wczoraj piłkarskim dejavu.

A co jeszcze można napisać o meczu w Wisły w Nikozji? Na przykład to, że dawno już nie widziałem tak rozpaczliwie broniącego się przed strata bramki polskiego zespołu. Co gorsza ta obrona nie trwała od 85 czy też 70 minuty. Podopieczni trenera Maaskanta już od samego początku wyglądali tak jakby „obrona Częstochowy” to była ich taktyka na ten mecz. Tak więc to nie mogło się skończyć dobrze. Nie wiem też na ile te gadanie o piekielnej pogodzie na Cyprze ma racje bytu, ponieważ ani na Cyprze, ani chociażby w Grecji jeszcze nigdy nie byłem. Jednak naprawdę momentami wyglądało to tak, jakby Wiślacy nie mieli czym oddychać. Wybicie piłki jak najdalej od siebie traktowali jako okazję do zaczerpnięcia świeżego powietrza, którego było i tak jak na lekarstwo.

Czy są jakieś pozytywy po tym meczu? Sportowo raczej nie. Może tylko fakt, że na 6 rozegranych spotkań eliminacyjnych do Ligi Mistrzów Wiślacy wygrali aż 5 z nich co się wcześniej nie zdarzało. Przegrali jednak TEN mecz, najważniejszy mecz. Innym pocieszeniem i otarciem łez może być fakt, że Krakowianie nie żegnają się jeszcze z pucharami bo czeka ich walka w Lidze Europejskiej. Choć jeśli ich gra ma wyglądać tak jak wczoraj to ja już zaczynam się obawiać o wyniki.

czwartek, 18 sierpnia 2011

Przeważnie bywa tak, że „najtrudniejszy jest pierwszy krok”, jak mówią słowa słynnej polskiej piosenki. Wczorajszego wieczora jednak piłkarzom Wisły Kraków taki krok udało się wykonać, ku bramom raju, jak w Polsce jest postrzegana Liga Mistrzów. Pokonanie APOEL-u Nikozja sprawia jednak tylko to, że droga jest odrobinę krótsza, ale wciąż niezwykle wyboista.

Przed spotkaniem wśród zawodników polskiego zespołu, którzy udzielali wywiadów dla kilku telewizj, panował umiarkowany optymizm. Każdy mówił o pełnym skupieniu i walce od początku do końca. Trener Maaskant poszedł nawet o krok dalej, kiedy przyznał, że nawet bezbramkowy remis będzie sukcesem Wisły. Czy jednak aby na pewno byłby to sukces? Dla mnie to zaczęło pachnieć lekkim asekuranctwem i ewentualnym przygotowywaniem „gruntu po porażkę”. Tylko w dwóch polskich stajach telewizyjnych, które transmitowały ten mecz, w studiach przedmeczowych co chwila wspominano, co zyska Wisła po awansie. Która z tych postaw jest lepsza? Każda ma swoje plusy i minusy, jednak na szczęście zawsze jest tak, że wszystkie te rozmowy, przewidywania, nadzieje czy ambicje weryfikują dwie rzeczy - boisko i rozgrywany na nim mecz.

Jeśli ktoś przed tym meczem nie interesował się zbytnio piłką cypryjską i liczył, że do Krakowa przyjedzie wystraszony zespół z Cypru, to musiał być mocno zaskoczony. Podopieczni Ivana Jovanovića od pierwszych minut rzucili się na gospodarzy. Słowa o tym, że APOEL przyjechał do Polski po zwycięstwo nagle stały się bardziej realne niż kiedykolwiek. Wysoki pressing ze strony już napastników cypryjskiej ekipy to nie było to, na co byli przygotowani Wiślacy. Nawet jeśli wiedzieli teoretycznie, że może to nastąpić, to w praktyce radzenie sobie z tym nie wychodziło im najlepiej. Dwaj poprzedni rywale w minionych rundach kwalifikacyjnych Champions League ani przez chwilę nie zmusili polskiego zespołu do takiej gry, jaką musieli oni prezentować wczorajszego wieczora. Każda strata piłki, czy to w obronie, czy też w środku pola, pachniała kontrą rywali. Niewątpliwie pomagało im w tym świetne wyszkolenie techniczne, jakie prezentowali. Nic w tym jednak dziwnego, jeśli w składzie ma się tylu Brazylijczyków czy też Portugalczyków.

Z biegiem jednak kolejnych minut Wisła coraz bardziej przyzwyczajała się do panujących zasad na zielonej murawie i starała się im dostosowywać. Jednak ataki w pierwszej połowie były bardzo nieporadne i co najważniejsze niezbyt często kończone strzałami, które realnie mogłyby zmusić bramkarza rywali do jakiegoś wysiłku. Najgroźniejszą sytuację pierwszych 45 minut miał Patryk Małecki, kiedy to po dośrodkowaniu z prawej strony i złym wyjściu goalkeepera z bramki, piłka niemal trafiła w niego, a następnie przeleciała nad poprzeczką. To było jednak trochę mało jak na spore oczekiwania panujące przed meczem. Co się jednak nie odwlecze to…

Gol Patryka Małeckiego był pierwszym straconym przez APOEL w tym sezonie. Bramka ta pozwoliła na pewno trochę odetchnąć Wiślakom, z których jakby spadł duży ciężar odpowiedzialności. W międzyczasie kibice sobie poużywali jeszcze na obecnym na tym spotkaniu Franciszku Smudzie, którego kilkukrotnie spytali swojsko „Smuda! Co?! Małecki!!!”. W sumie pytanie było jak najbardziej słuszne, ponieważ ten chłopak zasługuje na to, aby dostać szansę, a nie obrażać się na niego czy też po prostu go „nie lubić”. To nie ten poziom panie selekcjonerze.

Wracając jeszcze do meczu, a właściwie pomeczowych reakcji, to trener gości uważał, że jego zespół przegrał zupełnie niezasłużenie. I patrząc na dużą część tego spotkania, nie trudno się z nim nie zgodzić. Jednak nie jest to łyżwiarstwo figurowe, żeby przyznawać punkty za wrażenie artystyczne. Z drugiej strony, trener Maaskant powiedział bardzo ważną, a zarazem budującą rzecz:

- Najszczęśliwszy byłem jednak po meczu, gdy wszedłem do szatni. Widziałem, że zawodnicy nie są zbyt rozentuzjazmowani. Poczułem tylko, że moi gracze wiedzą, że zrobili dopiero pierwszy krok, by awansować do Ligi Mistrzów. Jestem zadowolony z wyniku, bo dzięki temu na Cyprze będziemy mogli grać tak, jak najbardziej lubimy, czyli z kontry.

Cypryjczycy więc mają jeszcze do dyspozycji 90, a może i więcej minut, aby udowodnić swoją wyższość nad polskim zespołem. Tego, że w rewanżu będzie gorąco, w przenośni i dosłownie, można więc być pewnym. Oby tylko cypryjska  aura, z którą podobno nawet Grecy mają kłopoty, nie sprawiła, że będziemy oglądać powtórkę z Aten i starcia z Panathinaikosem. Liga Mistrzów jest już zarazem tak blisko i tak daleko.

środa, 17 sierpnia 2011

Już dziś oraz jutro trzy polskie zespoły piłkarskie zagrają o swoją lepszą przyszłość, bliższą lub dalszą. Wisła Kraków po raz kolejny zapuka do bram Ligi Mistrzów, a Legia Warszawa ze Śląskiem Wrocław będą próbować się dobić do Ligi Europejskiej. Zadanie to jak zwykle nie jest proste, ale też i nie niewykonalne, tak jak bywało to w latach poprzednich.

Wisła Kraków od samego początku wstąpienia w struktury klubowe pana Cupiała cierpi na polski „syndrom Champions League”. Przejawia się to tym, że niemal co roku pod Wawelem mówi się, że ten sezon będzie przełomowy i będziemy walczyć o awans do tych elitarnych rozgrywek. Jednak jak to wychodzi w praktyce, nie trzeba chyba nikomu przypominać. Trzeba jednak przypomnieć na przykład lata, kiedy to na drodze do rozgrywek grupowych stawali naprzeciwko Wisły rywale w postaci Realu Madryt czy tez wielkiej Barcelony. W starciu z takimi tuzami ciężko nawet myśleć o pozytywnym rozstrzygnięciu, a co dopiero wywalczyć je na boisku. Były też lata, kiedy to Wisła była bardzo blisko spełnienia swego marzenia. Najbardziej jaskrawym przykładem jest rywalizacja z greckim Panathinaikosem Ateny, kiedy to w Krakowie udało się wygrać w stosunku 3:1, a w Atenach działy się piłkarskie cuda. Po raz kolejny bez happy endu dla polskiego zespołu. O wpadkach w postaci odpadania z rozgrywek z jakimiś teoretycznie słabszymi rywalami nawet nie będę już wspominał. Wystarczająco dużo inni popastwili się nad Wiślakami w tamtym okresie.

W tym roku ma być jednak inaczej. Dzięki reformie rozgrywek Ligi Mistrzów Wisła nie miała już szans wpaść na zespoły pokroju europejskich gigantów futbolu. Nie oznacza to jednak, że droga do fazy grupowej będzie dużo łatwiejsza. Oczywiście klasa tych zespołów jest zupełnie inna, ale przeciwnikom także bardzo zależy na tym, aby uzyskać awans do finansowego eldorado. Los sprawił, że tym razem Wiślacy zmierzą się z cypryjskim APOEL-em Nikozja. Czy było to dobre losowanie? Gracze i działacze z Krakowa nie powinni narzekać. Bardziej powinni się skupić na sobie i na swojej grze, a wtedy wszystko będzie w ich rękach, a właściwie nogach. W dwóch pierwszych rundach Wisła wygrała wszystkie swoje 4 mecze i bez większych problemów awansowała do tej fazy. Jest to o tyle ważne, że zawodnicy, którzy teraz występują pod Wawelem, są skupieni na jednym celu, jaki im przyświeca i po prostu go realizują. Brak męczarni w poprzednich rundach to dla mnie zaskoczenie, miłe zaskoczenie. APOEL ma już za sobą start w Lidze Mistrzów i w tych spotkaniach to może być ich jakiś atut. Tym bardziej, że wielu zawodników z tamtego składu występuje do dziś w zespole z Cypru. Co jeszcze świadczy na korzyść rywali Krakowian? Pierwszy mecz na wyjeździe, czyli w Polsce, a decydujący rewanż u siebie. Z jednej strony jest to przewaga psychologiczna, a z drugiej pewien balast, z którym muszą sobie poradzić. Zadaniem Wiślaków jest jak największe utrudnienie im tego. Pierwsze starcie już dziś o 20:45. 

W czwartek zaś do rywalizacji o mniej prestiżową, ale równie potrzebną fazę grupową Ligi Europejskiej zawalczą zawodnicy Legii Warszawa oraz Śląska Wrocław. Dla obu tych klubów ewentualny awans z różnych powodów potrzebny jest niemal jak powietrze. Legioniści zmierza się ze znacznie silniejszym rywalem niż będzie miał zespół z Wrocławia, a mianowicie Spartakiem Moskwa. Kiedy tylko ta drużyna została wylosowana, większość mediów zaczęła wspominać „stare, dobre czasy”, czyli lata 90-te i pojedynki z ówczesnym Spartakiem. Pojedynki de facto przegrane. Jednak od tamtego czasu zmieniło się wiele, ale nie to, że to Spartak wystąpi w roli faworyta, a Legia zaledwie pretendenta. Spragnionym jakiegokolwiek sukcesu Warszawiakom awans ten pozwoliłby na chwilę spokojnie odetchnąć i powiedzieć, że w końcu im się coś także udało. Poziom frustracji by spadł o kilka punktów procentowych i życie na Łazienkowskiej byłoby pod kilkoma względami lepsze. Czy jednak czysto sportowo ten zespół jest gotowy na to wyzwanie? Poprawę w grze Legii w tym sezonie i w stosunku do poprzedniego sezonu widać gołym okiem. Jednak tu nasuwają się dwa pytania. Pierwsze to czy można było grać gorzej niż w ubiegłym roku oraz drugie czy skok jakościowy w grze drużyny z Warszawy jest na tyle duży, aby przeskoczyć kolejnego rywala. Połowiczną odpowiedź na to pytanie poznamy już w czwartek, kiedy to w Warszawie o godzinie 18:00 odbędzie się pierwszy z meczów. 

Śląsk Wrocław jako debiutant na tym poziomie rozgrywek stoi przed zadaniem wyeliminowania z gry Rapidu Bukareszt. Zespołu, który dla przeciętnego kibica w Polsce zapewne niewiele mówi, ale jak się pewnie okaże, może narobić sporo krzywdy polskiemu zespołowi. Podopieczni charyzmatycznego Oresta Lenczyka, aby myśleć o wygraniu tej rywalizacji, w moim odczuciu, muszą poprawić dwie rzeczy. Pierwsza z nich to skuteczność, ponieważ o ile w poprzedniej rundzie nieudane akcje Piotra Ćwielonga uszły płazem, to teraz Wrocławianie nie muszą mieć tyle szczęścia. Tutaj jeden celny strzał może zadecydować o być albo nie być w dalszej grze, tak więc warto by się nad tym aspektem gry jeszcze bardziej pochylić. A jest o co grać. W przypadku Śląska przede wszystkim o to, żeby nowy, świetny stadion, który jest już na ukończeniu, był zapełniany większą ilością widzów nie tylko kilka razy do roku na meczach z Lechem, Legią czy też Wisłą. Rywale z Ligi Europejskiej mogą ten komfort zapewnić niemal co tydzień. Nierozłącznym też aspektem ewentualnego awansu są gratyfikacje finansowe. Te również nie wyglądają tak najgorzej, ponieważ być może w uboższej siostrze Ligi Mistrzów nie zarabia się takich kroci, ale jak pokazał choćby Lech Poznań można tam podnieść z murawy również niezłe sumy pieniędzy. Trzeba tylko walczyć i wygrywać w kolejnych spotkaniach, a bonusy za te zwycięstwa same przyjdą. Czy Śląsk zbliży się do nich w jakiś znaczący sposób będzie można zobaczyć już o 20:00 w najbliższy czwartek. 

czwartek, 04 sierpnia 2011

Tak to już niestety od kilku lat bywa, że zanim polski futbol rozpocznie na dobre rozgrywki ligowe musi mierzyć się z rywalami w europejskich pucharach. Nie są to w większości przypadków rywale renomowani ale ciężko o takich w pierwszych rundach poszczególnych rozgrywek. Jednak i z nimi często bywały problemy.

Przykładem pierwszym z brzegu jest niestety świeży bo tegoroczny popis białostockiej Jagiellonii, która nie poradziła sobie z potęgą z Pawłodaru. Na szczęście jak na razie jest to w tym roku przypadek odosobniony. Z pozostałej trójki po wczorajszym oraz dzisiejszym dniu rozgrywek pozostała cała reszta, która wywalczyła awanse. Były to mecze rozstrzygnięte na korzyść polskich ekip w różnym stylu ale chwilowo możemy przyjąć zasadę, że „zwycięzców się nie sądzi”.

Zdecydowanie najlepiej w swoim spotkaniu wypadła Wisła Kraków, która niewątpliwie walczy o najwyższy i od kilkunastu już lat nieosiągalny cel. Liga Mistrzów to coś co przez wiele lat paraliżowało polskie zespoły już na samą myśl o takim starciu. Tegoroczna Wisła wydaje się być inna. W jaki sposób inna? Przede wszystkim taki, że jest ona zbudowana z głową. W przerwie rozgrywkowej nie było żadnych „głośnych” wzmocnień o których mówiłby cały piłkarski światek w naszym kraju. Były za to zakupy pasujące do taktyki trenera Maaskanta. W normalnym świecie to norma, a w polskim jeszcze anomalia. Jednak jak widać zagraniczny zaciąg nie tylko w postaci nowych zawodników sprawdza się. Wczorajsze zwycięstwo nad Litexem 3:1 pokazało, że pomimo całkiem niezłej gry te zespół może grać jeszcze lepiej. Maor Melikson momentami właściwie w pojedynkę konstruował ataki Wisły a do tego sam je wykańczał. Oczywiście po tym meczu ponownie odżył temat „Maor w Reprezentacji”. Pytanie tylko czy aby nie za późno? Nawet jeśli polska kadra nie będzie mogła skorzystać z usług tego gracza to kibice w Krakowie powinni mieć z niego sporo pożytku. Jutro na pewno wszyscy będą czekać z dużym zainteresowaniem na wynik losowania ostatecznej rundy eliminacji Ligi Mistrzów. Czy przed tą fazą będzie można znowu użyć stwierdzenia „teraz albo nigdy”?

Drugim zespołem co do jakości gry jaką pokazał przeciwko Lokomotiwowi Sofia był Śląsk Wrocław. Pomimo tego, że w dwóch spotkaniach w tym jednym z dogrywką nie potrafił strzelić przeciwnikowi bramki to jego gra wyglądała całkiem nieźle. Skuteczność pod bramką rywala natomiast pozostawiała sporo do życzenia. Pierwszy mecz tej rundy miałem okazję oglądać, a właściwie nasłuchiwać przebywając na wrocławskim rynku. Nie było tam wtedy ogródka piwnego czy innej knajpy skąd nie dochodziłyby odgłosy oglądanego meczu. Słysząc co chwilę jęki zawodu wiedziałem, że Śląsk sytuacje stwarza ale koncertowo je marnuje. Ta teza potwierdziła się niestety po obejrzeniu skrótu w późniejszym czasie oraz po zobaczeniu dzisiejszego starcia. Oczywiście rywale także mieli swoje przebłyski z jakich mogło się coś urodzić. W przekroju jednak całego tego starcia Śląsk był na pewno lepszy, a musiał to potwierdzić nie napastnik, a jak się okazało bramkarz. Kelemen na pewno tej nocy i przez kilka kolejnych dni będzie bohaterem Wrocławia i na przykład za to w nie jednym miejscu we Wrocławiu zje albo napije się za darmo. Szkoda jednak, że potrzeba było takich nerwów i takiej wojny aby to osiągnąć. Oby dalej było lepiej bo dla Wrocławia faza grupowa Ligi Europejskiej bardzo by się przydała. Choćby w kontekście nowego stadionu, który trzeba by zapełnić.

Na sam koniec zostawiłem Legię. Legię, której pierwszy mecz widzieli nieliczni, a większość mogła tylko później poczytać relacje czy to w internecie czy to gazetach. Fakt był jednak faktem, że Warszawiacy mieli w Turcji sporo szczęścia. Po obejrzeniu dzisiejszego meczu jestem jednak w stanie uwierzyć w to w stu procentach. Podopieczni trenera Skorży długimi momentami wyglądali tak jakby wczoraj lub przedwczoraj wyszli z siłowni podczas okresu przygotowawczego. Ociężali, powolni, a przez to bardzo często niedokładni. Przeciwnik wcale nie był lepszy w tym aspekcie gry, jednak przecież nie o to chodzi aby równać w dół. Jednak widząc niektóre zagrania takiego Ljuboji to zastanawiam się czy można było zagrać gorzej. To znaczy gorzej na pewno tak ale wolniej to już nie sądzę. Nie ma się jednak co znęcać nad zawodnikami, którzy jakby nie patrzeć zrobili awans. Chyba wszyscy w Polsce mamy już dość „pięknych porażek” po zaciętej walce. Warto też powiedzieć, że nawet tak słaby mecz jak ten dzisiejszy Legii znacznie lepiej ogląda się kiedy trybuny po prostu żyją. Jeśli piłkarze dostosowali by się poziomem gry do swoich kibiców to już po 45 minutach Turcy mogli by się pakować i wracać do siebie.

Jutro zostaną rozlosowane pary kolejnych decydujących rund o awansie do rozgrywek grupowych zarówno Ligi Mistrzów jak i też Ligi Europejskiej. Możliwości na kogo mogą wpaść polskie ekipy jest wiele więc nie ma co się bawić w bezpodstawne dywagacje. Co jednak jest ciekawe to przy pewnym zbiegu okoliczności zarówno Śląsk jak i Legia mogą trafić na rywali silniejszych niż będzie miała Wisła. Jutro się jednak okaże czy los będzie dla polskich klubów łaskawy i czy nadal będziemy zastanawiać nad realną szansą gry w rozgrywkach grupowych dwóch europejskich pucharów trzech polskich drużyn.

środa, 04 sierpnia 2010

Realia polskiego futbolu już od wielu lat są takie że gdy większość poważnych klubów zagranicznych dopiero zaczyna lub też nawet jeszcze nie myśli o europejskich pucharach, to polskie zespoły swoją „przygodę” z tymi rozgrywkami kończą. Dziś i jutro być może wszyscy kibice w Polsce będą mieli okazję oglądać jeden z ostatnich razów w tym roku nasze drużyny na tym poziomie.

Jako pierwszy do odrabiania strat z pierwszego meczu przystąpi Lech Poznań który po porażce 0:1 ze Spartą Praga ma już nóż na gardle jeśli chodzi o jego walkę o Ligę Mistrzów. Kibice oraz wszyscy ci którzy dobrze życzą temu klubowi na pewno nie mają zbyt wielu przesłanek aby sądzić że ta walka zakończy się sukcesem. Lechici od początku sezonu nie wyglądają jak zespół który choćby aspiruje do tych prawdziwie elitarnych, z punktu widzenia polaków, rozgrywek. Pośród wielu różnych kłopotów jakie trapią Kolejorza w ostatnim czasie, problem ze strzelaniem bramek może okazać się decydujący. Już dawno nie zdarzyło się tak aby klub z Poznania przegrał trzy mecze z rzędu i każdy z nich w stosunku 0:1. Szefowie poznańskiej lokomotywy robią co mogą aby temu zaradzić poprzez ściąganie do zespołu kolejnych ofensywnych zawodników. Po Joelu Tchibambie już dziś nowym nabytkiem stanie się Artjoms Rudnevs o którego zabiegano już znacznie wcześniej jednak dopiero teraz udało się dojść do porozumienia z jego dotychczasowym pracodawcą. Biorąc pod uwagę fakt że Thibamba trenuje z zespołem zaledwie 10 dni, a nowy nabytek będzie mógł zagrać dopiero ewentualnie w fazie grupowej LM to nasuwa się pytanie, dlaczego dopiero teraz? Pomimo to opiekun Lecha Jacek Zieliński rozważa opcję zagrania dwoma napastnikami w dzisiejszym meczu. Mnie jako postronnego obserwatora tak naprawdę to jak zagra dziś drużyna z Poznania interesuje w mniejszym stopniu niż to czy w końcu zaczną strzelać gracze Lecha. Przebłyski dobrej gry w pierwszym meczu Kolejorz już miał, a teraz potrzeba dołożyć bramki.

W przypadku odpadnięcia Lecha z eliminacji LM na otarcie łez pozostanie im jeszcze 4 runda eliminacji Ligi Europejskiej. Takiego komfortu nie mają za to gracze trzech innych naszych przedstawicieli na europejskich murawach którzy będą musieli się bardzo mocno postarać aby do tej 4 rundy się doczłapać. O szansach Ruchu Chorzów w starciu z Austrią Wiedeń mam ochotę napisać proporcjonalnie tyle samo na ile oceniam ich możliwości wywalczenia awansu. Po prawdziwych męczarniach jakie przeżywali wszyscy w dwóch pierwszych rundach, kiedy to Niebiescy heroicznie walczyli z potęgami piłki kazachskiej oraz maltańskiej, najprawdopodobniej Austryiacy dopełnią formalności w drugim meczu i ukrócą cierpienie wszystkich.

Wisła Kraków po ubiegłotygodniowej porażce na własnym boisku z azerskim Karabachem stanęła przez niepowtarzalną szansą. Już jutro podopieczni Henryka Kasperczaka mogą wymazać z pamięci wszystkich kibiców niechlubną porażkę z Levadią Talin i zastąpić to nowym koszmarem który na pewno będzie powodem do wielu kpin ze strony ich przeciwników. Oni zaś stanął przed fundamentalnym pytaniem, czy można upaść niżej? W świetle zaistniałych wydarzeń o groteskę i kabaret zarazem zakrawa sytuacja jaka miała miejsce przed pierwszym spotkaniem, kiedy to tuż przed rozpoczęciem meczu komentatorzy w studiu Polsatu bawili się w typowanie wyniku zbliżającego się meczu, a  jeden z nich zabłysnął stwierdzeniem że „gole dla Wisły zacznie liczyć od 2:0”. To się człowiek nie naliczył.

Na sam koniec został nasz beniaminek w tych rozgrywkach który w pierwszym meczu pomimo pomroczności jasnej jaka dopadła Igora Lewczuka, zaprezentował się najlepiej ze wszystkich pozostałych. Jagiellonia Białystok bez względu na wynik jutrzejszego meczu rok 2010 będzie mogła z czystym sumieniem uznać za najlepszy rok w historii klubu. Zdobycie Pucharu Polski w Bydgoszczy, wyrwanie Lechowi Superpucharu w ubiegłą niedzielę w Płocku oraz rozpoczęcie budowy stadionu miejskiego w Białymstoku to są wydarzenia które na pewno przejdą do historii samej Jagiellonii jak i całego Podlasia.

Wyeliminowanie Arisu Saloniki na ich własnym stadionie przy zapewne fanatycznej publiczności byłoby na pewno taką wisienką na torcie jaki w tym roku upiekli już gracze Jagi. Jednak czy jest to w ogóle możliwe? Serce mówi tak, głowa mówi nie, a co mówią fakty? Faktem jest że Aris na własnym stadionie w Salonikach, niesiony tysiącami gardeł za plecami, będzie zespołem zdecydowanie groźniejszym niż w Białymstoku. Trener Hector Cuper na pewno ustawi swoich graczy tak żeby zminimalizować szanse na możliwość zaskoczenia przez graczy Jagiellonii. Z drugiej zaś strony podopieczni Michała Probierza muszą zagrać mecz niemal perfekcyjny aby myśleć o zwycięstwie różnicą dwóch bramek. W obronie takie wpadki jak w spotkaniu w Białymstoku nie mogą mieć miejsca, w ataku trzeba zagrać z jeszcze większą agresją i zaangażowaniem niż parę dni temu, a ewentualne sytuacje podbramkowe trzeba wykorzystywać z niemal 100-procentową skutecznością. Jednak trzeba przyznać że takie założenia to jest jak prawdziwe proszenie o cud. Tak więc ja naiwnie proszę.

 
1 , 2