Ostatnie wpisy
Zakładki:
Inne
Koszykarskie
Piłkarskie
Tam gdzie piszę
Zdjęcia
Tagi
|
Wpisy z tagiem: Chris Bosh
piątek, 10 czerwca 2011
Kilka godzin temu zakończyło się piąte spotkanie finałów NBA. Było to kolejne starcie które dostarczyło wielu emocji, zwrotów akcji czy nieoczekiwanych zdarzeń. Mogę nawet powiedzieć, że tego wszystkiego było tak dużo, że nawet teraz zaczynając tą notkę nie wiem jeszcze od czego zacznę. Spróbuję to zrobić od końca czyli dokładniej rzecz biorąc od czwartej kwarty. Jednym z głównych pytań jakie było zadawane przed meczem numer 5 w Dallas było to czy LeBron James da radę? Po zakończonym meczu już wiemy, że nie dał rady. To właśnie dziś miał wręcz idealna okazję aby udowodnić wszystkim, że nazywanie go najlepszym koszykarzem NBA nie jest to tylko czcze gadanie. W sytuacji kiedy Dwyane Wade w trakcie meczu doznaje kontuzji „Król James” powinien poczuć się do odpowiedzialności i wziąć na siebie ciężar gry w decydujących chwilach. Niestety nie wziął, a nawet nie próbował co dziwi i zaskakuje jednocześnie. Jedyne 2 punkty w tej części gry gracz Miami zdobył na kilkanaście sekund przed końcem kiedy losy jego zespołu były już przesądzone. Jeśli zespół z Florydy przegra ten finał to James będzie największym jego przegranym.
Po drugiej zaś stronie parkietu szaleli tego wieczora gracze Mavericks którzy idealnie ustawili sobie w tym meczu swoje celowniki. Oglądało się to wprost z niedowierzaniem z jaką łatwością gospodarze trafiają kolejne rzuty z dystansu. Bez różnicy czy była to przygotowana pozycja czy też i nie. Po prostu tego dnia rzut „siedział” niemal każdemu kto wszedł na parkiet. Efektem tego tylko jeden jedyny gracz jaki pojawił się tego wieczora w American Airlines Arena nie zdobył żadnego punktu. Cała pozostała 18 zapisała się w meczowym protokole w rubryce punktów. Niesamowite.
Tak samo jak niesamowite były pojedyncze zagrania podkoszowych Mavericks czyli Tysona Chandlera oraz cichego bohatera tego meczu Briana Cardinala. O ile po tym pierwszym można było się spodziewać takiej a nie innej postawy tak typowanie tego drugiego na X-Factora tego meczu było dość ryzykowne. A jednak. Zaledwie kilkoma akcjami przede wszystkim w obronie poderwał on zespół i udowodnił, że nie przez przypadek znajduje się na parkiecie. To między innymi też za jego sprawą Dwyane Wade w tym meczu nabawił się kontuzji swojego biodra. Po drugiej stronie boiska gracze podkoszowi zupełnie nie istnieli. Ani Chris Bosh, ani Udonis Haslem nie zagrali tak jakby można od nich tego oczekiwać. Chris w meczu numer 5 zupełnie nie przypominał tego walczącego i biorącego na siebie ciężar gry zawodnika jakim był w poprzednim spotkaniu. Tak naprawdę jedynym jasnym punktem tego wieczora ponownie był Dwyane Wade na którego jak się teraz okazuje można liczyć zawsze. Momentami w pierwszej połowie niezłym wsparciem dzięki trafianym kolejnym trójkom dobrym wsparciem był też Mario Chalmers. Jak się okazuje po tym meczu jest to jedyny zawodnik w historii NBA, który ma stuprocentową skuteczność rzutów z połowy z finałach NBA. Przed nami mecz numer 6 w Miami. Liczba znaków zapytania w tej serii z każdym kolejnym meczem zamiast się zmniejszać to rośnie wręcz w zastraszającym tempie. Wiadomo na pewno, że Miami Heat stoją teraz pod ścianą i są w identycznej sytuacji jak Los Angeles Lakers rok temu kiedy wracali do własnej hali przegrywając 2-3. Czy tym razem także przewaga własnego parkietu zadecyduje o końcowym rozstrzygnięciu? Czy może Dallas, które poczuło już realną krew nie wypuści swojej zdobyczy z ręki? Co na to wszystko King James? Czy już po niedzielnym wieczorze wszyscy będziemy mogli jechać na ryby? Czy może będziemy świadkami zawsze niezwykle emocjonującego Game 7? Oj wiele jest jeszcze tych pytań...
środa, 09 marca 2011
Przed sezonem zespół z Miami był tym który rozgrzewał głowy, wyobrażenia i marzenia kibiców na całym świecie. Wydawało się że po sprowadzeniu na wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych trzech wielkich gwiazd drużyna będzie prawdziwym niemal samograjem. Rzeczywistość jednak bardzo szybko sprowadziła te wszystkie plany na ziemię i na Florydzie mają problem. Duży problem.
Mógłbym dziś w tym miejscu napisać jak bardzo źle grają gracze z Miami. Jak nieumiejętnie potrafią rozwiązywać decydujące momenty swoich meczów. Być może nawet starałbym się udowodnić, że potrzeba tak radykalnych zmian jak zmiana na ławce trenerskiej. Jednak po co to robić skoro mogą za mnie przemówić statystyki oraz pewien materiał wideo. Wiadomo że w lidze NBA nie każdy mecz jest tak samo ważny. Nie w każdym z nich teoretycznie silniejsze zespoły spotykają się z sobie równymi. Jednak wiadomo nie od dziś to, że aby wygrać mistrzostwo NBA wcześniej czy później trzeba się jednak zmierzyć z tymi najlepszymi w danym sezonie. Miami także musiało takie mecze w tym sezonie rozegrać i oto Male zestawienie tego jak w nich wypadło. Heat vs. Celtics - 0-3 Heat vs. Bulls - 0-3 Heat vs. Spurs - 0-1 Heat vs. Mavericks - 0-2 Heat vs. Knicks(z Melo) - 0-1 Heat vs. Lakers - 1-0 Bilans 1-10 z sześcioma czołowymi drużynami w tej lidze mówi o tym zespole bardzo wiele. Nawet biorąc pod uwagę fakt że mistrzostwo wygrywa się w playoffs, a nie w sezonie regularnym. Widać gołym okiem, że Miami na ewentualne mistrzostwo gotowe jeszcze nie jest i nie wiadomo kiedy tak naprawdę będzie. Na pewno nie będzie dopóki będą rozgrywać końcówki wielu swoich spotkań w taki oto sposób.
Oglądając coś takiego, aż prosi się żeby na ławkę Heat wrócił Pat Riley. To byłby chyba w zaistniałej sytuacji najrozsądniejszy transfer czwartej już gwiazdy w tym zespole.
środa, 14 lipca 2010
Ostatnie dni trwającego w najlepsze lata są bardzo gorące. Oprócz tradycyjnych anomalii temperaturowo-pogodowych w ostatnich dniach kibiców NBA rozgrzewa też lato transferowe które jest już na chwilę obecną jednym z najgłośniejszych tego typu okresów w ostatnich latach, a być może i dekadach. Największego smaku dodaje do tego jednak fakt, że to dopiero tylko przygrywka przed pasjonującym sezonem. Miami Heat pod przewodnictwem Pata Rileya, po ściągnięciu w swoje szeregi Chrisa Bosha oraz przede wszystkim LeBrona Jamesa, stworzyli wraz z będącym już tam od lat Dwaynem Wadem swoistą trzygłową Hydrę. Jednak zaraz po euforii związanej z zakontraktowaniem tych trzech graczy przyszła też oczywiście refleksja w postaci że jak na razie wspomniana Hydra ma zaledwie trzy głowy ale nie ma nóg na których będzie się utrzymywać w najbliższych latach. Dlatego też rozpoczęło się wielkie polowanie na kolejnych role players którzy wspomogli by w walce o tytuł ten zespół. Określenie polowanie nie jest jednak chyba najcelniejsze ponieważ to sami gracze wręcz sami zgłaszają swój akces do tego aby związać się z klubem z Florydy na najbliższe lata i być częścią tworzącej się być może historii. Co więcej za każdą z tych ofert poszło też konkretne działanie w postaci obniżenia swojej pensji w sposób wręcz niesamowity jak na warunki NBA. Przykład oczywiście poszedł w pierwszej kolejności z góry kiedy to trzej czołowi gracze zdecydowali się, a właściwie nie mieli tak naprawdę większego wyboru, aby obniżyć swoje pensje o dobre kilkanaście milionów dolarów w stosunku do tego co mogli by otrzymać w innych klubach. Oczywiście nie bez znaczenia jest też fakt że na Florydzie nie obowiązuje podatek dochodowy tak więc strata jest w dużej mierze pozorna, ale jednak jest. Podobnie też zrobili Mike Miller oraz Udonis Haslem którzy w nadchodzących latach będą wspomagać oraz odwalać „czarną robotę” za swoich bardziej medialnych kolegów. Przesądzona też jest już praktycznie przeprowadzka Zydrunasa Ilgauskasa którzy zapewni Heat spokój pod obiema tablicami. Tak na dobrą sprawę do tak zbudowanego już zespołu potrzeba by było praktycznie jeszcze kilku kosmetycznych zmian i można by uznać że Miami stali się już pełnoprawnym faworytem do mistrzostwa, a nie tylko takim na papierze jak to miało miejsce do tej pory. W kolejce jednak czekają jeszcze tacy gracze jak Jerry Stackhouse czy Juwan Howard lub też zapewne kilku innych których wymyśli sobie „brylantowy Pat” lub też sami się do niego zgłoszą. Na tą całą sytuację przygląda się z boku reszta ligi z Los Angeles Lakers i Kobe Bryantem na czele. O ile jeszcze na początku wydawało się że nie robi to na nim większego znaczenia, to ostatnio zaczął on coraz bardziej włączać się w prace mające na celu skłonienie poszczególnych graczy do zawitania na najbliższe miesiące do LA. Jego największym sukcesem jak do tej pory jest zatrzymanie w drużynie Dereka Fishera który „romansował” już z Heat. Tak więc jednym słowem walka o kolejny tytuł i o to aby Phil Jackson przeszedł do historii jako jedyny trener który czterokrotnie(!) doprowadzał zespoły do Three-peat zaczęła się na dobre tego gorącego lata!
Pomimo że drużyna z filmu bliska mi nie jest, to przyznaję że owy materiał świetnie oddaje to co nas czeka w niedalekiej przyszłości.
piątek, 09 lipca 2010
Cały koszykarski świat czekał na tą decyzję. Jedni czekali w napięciu ponieważ dzięki tej decyzji mogli być bardzo szczęśliwymi ludźmi. Inni zaś czekali ponieważ mieli już dość słuchania i czytania na ten temat. Na szczęście kilka godzin temu wszystko stało się jasne. LeBron James, dwukrotny zdobywca nagrody MVP w poprzednich latach, ogłosił że od nowego sezonu zagra w barwach Miami Heat razem z Dwaynem Wadem oraz Chrisem Boshem. Te kilka krótkich acz bardzo wymiernych słów padło minionej nocy:
Raz na jakiś czas w lidze NBA dzieję się tak, że za sprawą sprawnych ruchów menadżerskich oraz zbiegu różnych okoliczności w jednym z klubów tworzy się zespół, który już przed rozpoczęciem rozgrywek staje się głównym kandydatem do zdobycia mistrzostwa. Przykładów takich działań w ostatnich dwóch dekadach zebrało się kilka. Zaczynając od sezonu 1996/97 kiedy Houston Rockets skusili do przyjścia Charlesa Barkleya, który dołączył do Clydea Drexlera oraz Hakeema Olajuwona. W sezonie 2003/04 kolejny taki zespół powstał w Los Angeles, gdzie ramię w ramię starali się walczyć tacy gracze jak Kobe Bryant, Shaquille O’Neal, Karl Malone oraz Gary Payton. Ostatnim tego typu zespołem była drużyna Boston Celtics z sezonu 2006/07 kiedy to do Paula Pierca dołączyli tacy gracze jak Ray Allen oraz przede wszystkim Kevin Garnett. Jednak pomiędzy tymi wszystkimi zespołami z lat ubiegłych a tegorocznymi Miami Heat jest jedna, ale tak naprawdę podstawowa różnica. Jest to niewątpliwie fakt że wszystkie z tych wcześniejszych drużyn powstawały w dużej mierze z szeroko rozumianej desperacji. Zarówno klubów które za wszelką cenę chciały osiągnąć sukces, jak i samych zawodników którzy widząc upływające kolejne lata chcieli zdobyć bardzo często swoje pierwsze mistrzostwa u schyłków swoich karier. W dwóch z trzech wymienionych przeze mnie przykładów ta sztuka się nie udała i tylko bostońscy Celci spełnili oczekiwania wszystkich tych którzy wierzyli w powodzenie tego projektu od początku. Jednak w porównaniu do tych zespołów Miami Heat są w zupełnie innej sytuacji. Pomimo tego że Dwayne Wade, Chris Bosh oraz LeBron James już teraz są graczami z absolutnego topu tej ligi, to potencjalnie najlepsze lata swojej gry cała ta trójka ma jeszcze przed sobą. Jak na razie tylko Dwayne Wade, który niejako zaprosił na Florydę swoich znajomych, miał okazję zaznać smaku zwycięstwa i zdobycia mistrzostwa w sezonie 2003/04. Jak na takiego gracza jakim jest D-Wade jeden tytuł to zdecydowanie i można śmiało stwierdzić, że jego apetyt na kolejny jest równie duży jak i dwóch pozostałych graczy z wielkiej trójki. Pierwszym pytaniem jakie nasuwa się patrząc obecny na skład Miami jest to: „Jak do cholery uda im się podzielić jedną piłką?”. Teraz jednak jeszcze nikt o tym realnie nie myśli bo teraz w Miami trwa wielka impreza na cześć tworzenia się historii.
Na ile w tym całym transferowym zamieszaniu jest udziału władz klubu z Miami, a ile samych zawodników którzy się po prostu dogadali, być może nigdy się nie dowiemy. Jednak taki obrót wydarzeń sprawił że w przeciągu zaledwie kilku dni Miami Heat stali się klubem który w odczuciu większości osób teraz można tylko kochać albo też tylko nienawidzić. Najlepszy tego wyraz dali fani Cleveland Cavaliers, dotychczasowego pracodawcy Jamesa, którzy chwilę po ogłoszeniu jego decyzji wyszli na ulice swego miasta gdzie zaczęli palić koszulki swego dotychczasowego ulubieńca. W kilku innych też miastach, w których po cichu liczono na to że być może King James wybierze właśnie ich, czuć na pewno pewien niedosyt który w późniejszym czasie może przejść w zwykłą niechęć zarówno do tego gracza jak i całego zespołu. Dźwięczne hasło „Beat Heat!” może być przebojem w kilku najbliższych latach w wielu halach NBA. | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||