Ostatnie wpisy
Zakładki:
Inne
Koszykarskie
Piłkarskie
Tam gdzie piszę
Zdjęcia
Tagi
|
Wpisy z tagiem: Seattle Supersonics
sobota, 20 sierpnia 2011
Kiedy większość kibiców NBA w Polsce zaczynała swoją przygodę z tą ligą, była to przeważnie połowa lat 90-tych. Już wtedy do potęg konferencji zachodniej należały takie zespoły jak Seattle Supersonics czy Phoenix Suns. Jednak nie zawsze obie te ekipy były tak mocne. Można by nawet powiedzieć, że rodziły się one w bólach. Początek ostatniego dziesięciolecia XX wieku to czas kiedy konferencja zachodnia w najlepszej lidze świata z roku na rok zyskiwała na sile. To właśnie wtedy zaczął się wyścig zbrojeń, który był ukierunkowany tylko na jeden cel - zdetronizować Chicago Bulls z mistrzowskiego tronu. Mało teraz już kto pamięta, ale w tamtym okresie najlepszym zawodnikiem nie najsłabszych Phoenix Suns był niejaki Jeff Hornacek. Tak, to ten sam zawodnik, którego wszyscy chyba zapamiętają jak „dostawkę” do duetu Stockton - Malone w Utah. To właśnie też ten zawodnik miał chyba najbardziej specyficzny rytuał przed rzucaniem rzutów wolnych. Jego pocieranie czoła w latach 90-tych znali chyba wszyscy. Na otwarcie sezonu 1991/92 władze NBA zaplanowały między innymi mecz właśnie Phoenix Suns oraz Seattle Supersonics. Seattle, które nieśmiało dobijało się do tej czołówki na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. W tym dobijaniu się miał im pomóc duet stworzony z Gary Paytona i Shawna Kempa. Jak im to wyszło w rezultacie wszyscy wiemy. Jednak warto zobaczyć początki ich wspólnego grania. Tym bardziej, że proponowany dziś przeze mnie mecz jest opatrzony starym ale jakże miłym dla ucha polskim komentarzem. Zapraszam więc wszystkich do obejrzenia tego prawie 50-minutowego skrótu.
poniedziałek, 14 lutego 2011
Sezon 1995/96 oraz kończący je finał pomiędzy Chicago Bulls a Seattle Supersonics jest dla mnie osobiście na swój sposób wyjątkowy. To właśnie na ten okres datuję swoje rozpoczęcie na dobre przygody nie tylko z NBA ale i w ogóle koszykówką. Jeden czy też dwa sezony wcześniej pamiętam, że trafiałem na różnego rodzaju mecze na różnych stacjach telewizyjnych od przypadku do przypadku i przez to pamiętam je jak przez mgłę. Natomiast ten sezon kiedy Michael Jordan wrócił na dobre utkwił mi w pamięci na dobre. Możliwość śledzenia na bieżąco poczynań różnych zespołów NBA pojawiła się za sprawą dwóch źródeł przekazu. Jedną z nich była wchodząca w tamtych latach telewizja kablowa u moich dziadków którzy mieszkają w bloku. To za jej sprawą i takich niemieckich telewizji jak DSF oraz SAT1 mogłem zapoczątkować rozwijanie jak się okazało mojej pasji. Do dziś nie zapomnę zdziwienia mojej babci która nie potrafiła pojąć dlaczego siedzę po nocach i oglądam „jakiś tam sport”. Z dziadkiem było trochę łatwiej ponieważ on od zawsze był fanem sportu szeroko rozumianego więc to, że ktoś czeka na jakiś mecz, a później go ogląda bez względu na jego godzinę nie było dla niego takim zaskoczeniem. Drugim źródłem NBA w tamtych czasach był mój sąsiad, a właściwie to jego ojciec który był zarówno fanem sportu jak i też wszelkich nowinek technicznych. Jedną z takich nowinek w latach 90-tych była antena satelitarna. Z tego co teraz pamiętam pierwsze anteny tego typu nie był sprawą tanią, dlatego też ich powszechność nie była zbyt wielka. Tak się jednak dobrze złożyło, że zarówno mój sąsiad jak i jego ojciec także lubili koszykówkę dlatego też byłem u nich dość częstym gościem. Dochodziło czasem już nawet do tego, że kiedy mój kolega stracił większe zainteresowanie basketem i NBA to wtedy wpadałem w odwiedziny praktycznie do jego ojca aby z nim obejrzeć kolejny mecz. Teraz gdy o tym myślę może wydawać się to dziwne, jednak bez wątpienia był to niezapomniany czas do którego lubię wracać. Jednak żeby nie było tak sentymentalnie to jeszcze kilka słów o meczu, który mam dziś okazję dla was zaprezentować. Pierwszy mecz finału NBA w 1996 roku zapowiadał się jako walka najbardziej efektownego tandemu z Seattle w osobie Paytona i Kempa przeciwko nowostworzonej wielkiej trójce z Chicago czyli Jordan, Pippen oraz Rodman. Już ten mecz pokazał że dla graczy Ponaddźwiękowców będzie bardzo ciężko coś ugrać z niezwykle zmotywowanymi Bykami. Oprócz świetnej postawy wielkich gwiazd Bulls, swoją małą wojnę rozpoczął także Dennis Rodman, który oprócz skupienia się na zbiórkach starał się także z całych sił wyprowadzić z równowagi Shawna Kempa oraz przede wszystkim Franka Brickowskiego. Momentami było to wręcz zabawne patrząc na to jakich sztuczek używał prowokator z Chicago. Jest to jednak tylko kilka pomniejszych powodów dla których warto obejrzeć ten mecz. Dlatego też serdecznie zachęcam do ściągania, a także do wpisywania w komentarzach swoich propozycji meczów do wrzucenia w kolejnym tygodniu.
poniedziałek, 10 stycznia 2011
Sezon NBA jest długi i męczący. W pierwszej kolejności oczywiście dla samych zawodników, którzy muszą wytrzymać trudy minimum 82 spotkań w ciągu kilku miesięcy. Również kibice potrafią być zmęczeni śledzeniem wielu meczów, które na pozór nie maja większego znaczenia dla całej ligi. Są jednak wśród nich takie spotkania w których dzieje się coś co warto zobaczyć i przez co przejdą one już na stałe do bogatej historii NBA. Lata 90-te to jak wiadomo złoty okres rozkwitu najlepszej koszykarskiej ligi świata. Głównie za sprawą wielu zawodników, którzy tworzyli w tamtym czasie markę oznaczoną trzyliterowym skrótem. Takimi zawodnikami w tamtym czasie byli Shawn Kemp oraz Dominique Wilkins. Pierwszy z nich w sezonie 1992/93 można by powiedzieć, że był dopiero na początku swej drogi i przygody z NBA ponieważ był to jego dopiero czwarty rok gry i wydawało się że najlepsze lata przed nim. Dominique Wilkins zaś był już prawdziwą legendą Atlanty i graczem dzięki któremu o Jastrzębiach mówiono częściej niż o wielu innych zespołach które być może na to bardziej zasługiwały. Stało się jednak tak, że 2 lutego 1993 roku drużyny Antlanty Hawks i Seattle Supersonics spotkały się ze sobą w meczu, który przede wszystkim dla gwiazdy gospodarzy był okazją do zapisania się na stałe w historii swego klubu. Dla Dominique’a Wilkinsa przed pierwszym gwizdkiem w tym starciu brakowało zaledwie 21 punktów aby zostać najlepszym strzelcem w historii swego klubu. Shawn Kemp na pewno nie chciał mu ułatwiać osiągnięcia tego celu.
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||