Ostatnie wpisy
Zakładki:
Inne
Koszykarskie
Piłkarskie
Tam gdzie piszę
Zdjęcia
Tagi
|
Wpisy z tagiem: euroleague
poniedziałek, 12 września 2011
Koszykarski EuroBasket na Litwie trwa sobie w najlepsze. Kiedy jednak koszykarze zakończą zmagania to bardzo szybko wielu z fanów przerzuci swoje zainteresowanie na rozgrywki ligowe w poszczególnych krajach, a przede wszystkim na zmagania w Eurolidze. Zanim jednak to się stanie to przypomnijmy coś sobie. Rozgrywki Euroligi na starym kontynencie to taki odpowiednik piłkarskiej Ligi Mistrzów gdzie rywalizują ze sobą najlepsze zespoły. Na przestrzeni wielu wielu lat system rozgrywek zmieniał się kilkukrotnie. Sama nazwa tych zmagań także przechodziła różne metamorfozy z lepszym lub też gorszym efektem. Zawsze jednak na brak kibiców i zainteresowania nie można było narzekać. Głównie dzięki faktowi rywalizacji nie tyle klubowej co międzynarodowej. W wielu krajach ten fakt był niemal ważniejszy niż sam wątek sportowy. Takie są jednak realia zmagań w europejskich pucharach. Tak jak tydzień temu zaprezentowałem wam 6 ostatnich finałów EuroBasketu, tak dziś zapraszam do zapoznania się z pierwszą z dwóch części meczów z serii finałów Euroligi. Na pierwszy ogień pójdą mecze z lat 2002-2006. Te lata to okres w dużej mierze dominacji w Europie izraelskiego Maccabi Tel Aviv. Zespół jaki udało się zbudować w tym mieście, praktycznie co roku zapewniał działaczom i kibicom w Izraelu awans do bardzo ścisłej czołówki z finałami włącznie. W jednym z najbardziej pamiętnych dla mnie osobiście finałów jakie miałem okazję oglądać na żywo, to właśnie ekipa z Tel Avivu dosłownie rozstrzelała swoich rywali z Bolonii wygrywając aż 118:74! Potęgował to jeszcze fakt, że cały Final Four w 2004 roku organizowany był właśnie w Tel Avivie, więc chyba nie muszę nikomu mówić co działo się na hali w Izraelu. Po prostu zapraszam do pobierania i oglądania tych wszystkich widowisk. A już za tydzień kolejna dawka w postaci finałów z lat 2007-2011!
wtorek, 15 lutego 2011
Zaczynając cykl moich notek „Zbiornik sportowy” zastanawiałem się czy aby w ciągu 7 dni każdego tygodnia będzie działo się na tyle dużo aby zarówno pisać na bieżąco notki, a także mieć coś jeszcze w zanadrzu na ten cykl. Miniony tydzień pozbawił mnie jednak wszelkich złudzeń na temat niedoboru tematów o których można by coś napisać. Dlatego też już nie przedłużam i zapraszam do zapoznania się z tymi tematami na które nie znalazło się miejsce oraz czas w minionym tygodniu. Swoją wędrówkę po halach i stadionach całego świata rozpocznę od Faro, gdzie polscy piłkarze rozegrali kolejny towarzyski mecz w ramach przygotowań do Euro 2012. Zwycięstwo nad znacznie wyżej sklasyfikowaną w rankingu FIFA i UEFA drużyną Norwegii, musi w jakiś sposób na pewno cieszyć. Jednak styl w jakim zostało ono osiągnięte już nie tak bardzo. Pierwsze co rzucało się w oczy w tym meczu to praktycznie kompletny brak jakichkolwiek sytuacji strzeleckich dla naszego zespołu. Jedyną sytuację którą na efektowną bramkę zamienił Robert Lewandowski zawdzięczamy tylko i wyłącznie przebłyskowi wielkiego talentu jakim obdarzony jest ten chłopak. Oprócz formacji ataku było jeszcze kilka innych elementów, które Franciszek Smuda i jego podopieczni na pewno muszą wyeliminować. pomijając jednak to wszystko, to komentarze pomeczowe graczy z Norwegii, którzy twierdzili że Polacy byli najsłabszym zespołem z jakim się ostatnio zmierzyli są trochę śmieszne. Bo skoro „wielcy” Norwedzy potrafili wcześniej odprawić z kwitkiem „wielkich” Francuzów i Niemców, a nie potrafili Polaków to o czyjej słabości w tym meczu to świadczy? Poprzedni tydzień był jednak zdominowany przede wszystkim przez wydarzenia na parkietach koszykarskich w kraju i za oceanem. W środku tygodnia w jednym czasie miały miejsca dwa wydarzenia które były skrajnie różne pod względem emocjonalnym. Najpierw gruchnęła wiadomość o pożegnaniu się z posadą trenera szkoleniowca Utah Jazz, Jerry’ego Sloan’a. Trener ten pracował z drużyną nieprzerwanie od 1988 roku czyli jakby nie patrzeć 23 lata. 23! Innym tego typu „zjawiskiem” w zawodowym współczesnym sporcie jest już chyba tylko Alex Ferguson w Manchesterze United. Tym bardziej boli fakt, że rozstał się on z zespołem na skutek konfliktu z Deronem Williamsem czyli pierwszym rozgrywającym Utah i gwiazdą całej NBA. Jak donoszą źródła za oceanem w tym całym konflikcie zarząd klubu udzielił poparcia zawodnikowi, a nie trenerowi i to ostatecznie przelało szalę goryczy. Wraz z odejściem Sloana z Utah Jazz kończy się nie tylko okres jego pracy ale także pewna era w NBA. Jeszcze nie tak dawno wydawało się że w lidze NBA może dziać się wiele ale to że Jerry Sloan będzie prowadził Utah Jazz będzie niemal że wieczne. Niestety tak nie jest. Ciekawe tylko jak teraz z tym faktem czuje się Deron Williams.
Zaraz po tym przykrym wydarzeniu oczy wszystkich zwróciły się ku Bostonowi gdzie przyjechał zespół Los Angeles Lakers. Jednak to nie na sam mecz tego wieczora czekali wszyscy. Głównym wydarzeniem tego wieczora była walka Raya Allena o zostanie najlepszym strzelcem za 3 punkty w całej historii NBA. Gracz Celtics nie trzymał swoich kolegów oraz miliony widzów długo w niepewności. Tą sprawę załatwił już w pierwszej kwarcie meczu.
Ray Allen najprawdopodobniej na długie lata zostanie na tym fotelu lidera tej klasyfikacji. Drugim w kolejności aktywnym grającym jeszcze zawodnikiem jest Jason Kidd. Ma on jednak stratę do swego kolegi "jedynie" 1400 takich rzutów. Zza wielkiej wody wróćmy teraz jeszcze na nasze parkiety gdzie w piątek i sobotę w gdyńskiej hali rozegrano turniej Final Four Pucharu Polski koszykarzy. Udział w nim wzięły zespoły Asseco Prokomu Gdynia, Anwilu Włocławek, Trefla Sopot oraz Polpharmy Starogard Gdański. Tym ostatnim dawano najmniejsze szanse na osiągnięcie końcowego sukcesu, jednak jak się okazało nie miało to najmniejszego znaczenia w czysto sportowej rywalizacji. Już ich piątkowa potyczka z Asseco przyniosła wiele emocji kibicom zebranym w hali oraz przy relacji w PLK TV. Praktycznie przez całe spotkanie gracze z Kociewia starali się kontrolować przebieg meczu i utrzymywać kilkupunktową przewagę nad faworytami. Końcówka jedna była bardzo nerwowa i o wszystkim decydowały ostatnie sekundy.
Finał w którym Polpharma spotkała się z Anwilem Włocławek była po raz kolejny popisem Farmaceutów. Potwierdziła ona tym samym że jej wyśmienita forma z ostatnich tygodni nie jest tylko dziełem przypadku ale efektem ciężkiej pracy całego zespołu. MVP finału został Robert Skibniewski który wydaje się że odnalazł w końcu swoje miejsce na polskich boiskach i ma jeszcze szansę aby wybić się ponad polską ligową szarzyznę. Kociewskie Diabły wygrywając pojedynek finałowy zostały także zespołem, który w nowej formule Pucharu Polski z rozgrywkami grupowymi, nie przegrał ani jednego spotkania. Dlatego tym bardziej podopiecznym Zorana Stretenovica należą się słowa uznania.
Największym przegranym tych rozgrywek jest rzecz jasna Asseco Prokom Gdynia, które w tym sezonie przegrywa wszystko jak leci. Gracze z nad morza pożegnali się już do tej pory z rozgrywkami VTB oraz Euroligi, a teraz polegli na własnym parkiecie w rozgrywkach krajowych. Czy to jest jakiś sygnał do tego, że już w tym roku możemy mieć zmianę na fotelu mistrza Polski? Zobaczymy. Na zakończenie dzisiejszej zbieraniny z poprzedniego tygodnia dorzucam jeszcze krótkie zestawienie buzzer beaterów z tegorocznych dotychczasowych rozgrywek Euroligi. Uprzedzając trochę fakty muszę przyznać że pierwsze miejsce jest jak najbardziej zasłużone. Enjoy!
sobota, 03 kwietnia 2010
W czwartkowy wieczór swoja przygodę z tegorocznymi rozgrywkami Euroligi zakończyli koszykarze Tomasa Pacesasa którzy ulegli w ostatnim meczu potentatowi z Pireusu 70:86, i w całej serii 1:3. Pomimo jednak niekorzystnego wyniku drużyna z Polski nie ma powodu aby wstydzić się czegokolwiek. Wręcz powinna być dumna z samej siebie że zaprezentowała się tak korzystnie jak dawno żaden inny polski zespół na tle europejskich potentatów. Oprócz jednak polsko-greckiego starcia grały też inne pary drużyn o awans do Final Four które w tym roku od będzie się we Francji, a dokładniej w samym Paryżu. Moja uwagę zdecydowanie najbardziej przykuła para serbsko-izraelska czyli Partizan Belgrad przeciwko Maccabi Tel Aviv. Innymi słowy kopciuszek przeciwko potentatowi. Drużyna z Bałkanów przez ostatnie lata zmagała się przede wszystkim nie z przeciwnikami na parkiecie, a różnymi instytucjami z powodu ogromnych kłopotów finansowych jakie dopadły ten klub. Pomimo to nic nie stanęło na przeszkodzie aby wyeliminować wielokrotnie bogatszy i bardziej utytułowany w minionych latach zespół z Izraela. Tak naprawdę decydujące było spotkanie numer jeden, kiedy to gracze Maccabi osiągnęli wydawało się wysoką przewagę punktową którą będą już kontrolować do końca meczu. Nie przewidywali jednak że zespół z Bałkanów to zespół przede wszystkim walczący. Walczący wszędzie i o wszystko. Gdy zawodnikom Partizana udało się kilka akcji w meczu poczuli oni „krew”, a wiadomo co robi rekin kiedy tylko poczuje swoim pobliżu świeżą krew - rozszarpuje ofiarę na strzępy. Tak też było i tym razem kiedy to Maccabi przegrywając spotkanie numer jeden stracili także, a może i przede wszystkim, przewagę własnego parkietu w tej rywalizacji. A co oznacza strata takiego bonusa z zespołem Partizana przekonało się już wielu przeciwników. Hala „Belgrade Arena” w której były rozgrywane mecze numer 3 i 4 jest jedną z najbardziej lub też może i najbardziej gorącą halą w całej Eurolidze. To właśnie tu ponad 21 tysięcy fanatycznych kibiców dopingowało swój zespół i wspierało go w każdym słabszym momencie. W ostatnim czwartkowym meczu doszło nawet do sytuacji kiedy to po serii gwizdków sędziowskich na niekorzyść gospodarzy na parkiet zaczęły lecie różne przedmioty typu plastikowe kubeczki, monety czy też zapalniczki. Warto wspomnieć o tym że jednym z sędziów prowadzących to spotkanie był nasz polski sędzia Marek Ćmikiewicz. Faktem jest jednak to że między innymi takim zachowaniem kibice wywierają niesamowita presję na każdym kto stara się być w meczu przeciwko nim. W takich okolicznościach nie dziwi więc fakt że Partizan dwa mecze we własnej hali wygrał i awansował do najlepszej czwórki zespołów starego kontynentu. A wyglądało to tak:
Niesamowita atmosfera która jest do spotkania praktycznie tylko w Europie. Gdyby tegoroczny Final Four odbywał się w Belgradzie, Partizan byłby na pewno jednym z faworytów imprezy. A tak osobiście liczę że sprawi on i tak dużą niespodziankę i awansuje przynajmniej do wielkiego finału w Paryżu. A tam wydarzyć się może praktycznie wszystko. Takie widowiska z taką oprawą jak to na Bałkanach są to kolejne argumenty za tym, aby nie łączyć na siłę NBA i Europy tak jak głośniej lub ciszej się mówi od jakiegoś czasu. Wraz z ewentualnym wejściem NBA do Europy, na pewno byłyby próby wprowadzenia modelu kibicowania prosto z NBA, czyli mówiąc dosadnie „piknikowego”. Pomijając już to że raczej w takim Belgradzie nie byłoby to możliwe to straciliby na tym praktycznie wszyscy. Patrząc też na to z drugiej strony, czysto sportowej, ciekawym eksperymentem byłby mecz o dużą stawkę pomiędzy Partizanem a na przykład drużyną z Los Angeles Lakers z Kobem Bryantem na czele, czy też Cleveland Cavaliers z LeBronem Jamesem. Ciekawe czy takie największe gwiazdy, z większym naciskiem tego drugiego, wytrzymałyby taką presję ze strony nie tyle zespołu co całego otoczenia.
wtorek, 30 marca 2010
Mało brakowało a byłaby katastrofa. Koszykarze Asseco Prokomu Gdynia wręcz prosili się w drugiej połowie dzisiejszego meczu z Olympiacosem Pireus o to aby to przeciwnik wyjeżdżał z Polski z decydującym zwycięstwem. Tak jak powiedział to komentujący to spotkanie w C+ Jacek Łączyński, „Asseco przestraszyło się możliwości że ten mecz może wygrać”. Tak też to wyglądało na parkiecie. Zanim jednak graczom zespołu z Polski zaczęły się trząść ręce i zaczęli oni popełniać jeden za drugim głupi błąd, to w pierwszej połowie wyglądali oni jak profesorowie na tle graczy z Grecji. Olympiacos w tym meczu zagrał diametralnie inaczej niż w meczu numer dwa kiedy to dosłownie rozstrzelali w końcówce Asseco. Tym razem cieniem gracza sprzed kilku dni i lidera swojej ekipy był Kleiza, który sprawiał wrażenie że myślami jest zupełnie gdzie indziej niż nad polskim morzem. Gracze największego formatu jednak potrafią się podnieść w najważniejszych momentach i tak też zrobił Litwin który rzutem za 3 punkty pozwolił swojej drużynie zmniejszyć starty w końcówce meczu do dwóch punktów. Na szczęście jednak jego ostatni rzut który mógł dać remis grekom został zablokowany przez Logana. Z drugiej strony boiska na największe pochwały na pewno zasługują Daniel Ewing i Qyntel Woods. To oni długimi momentami ciągnęli grę całego zespołu. Jakie wnioski można wysnuć przed czwartkowym meczem? Na pewno taki że to zwycięstwo pozwoli namacalnie uwierzyć graczom Asseco że z faworyzowanym Olympiacosem można nie tyle powalczyć co po prostu wygrać. Na pewno też trzeba mieć świadomość że goście nie zagrają już drugiego tak słabego meczu jak dziś. Fakt że ta słabość w jakimś stopniu wynikała z dobrej gry gospodarzy, jednak też w sporej mierze to nie był dzień greków. Po raz kolejny można było zobaczyć przestoje w grze obydwu drużyn i nie jest to żadnym odkryciem ale Asseco musi się tego pozbyć lub przynajmniej zminimalizować, ponieważ rozpędzony Olympiacos to bardzo często zabójczy Olympiacos. Te i zapewne mnóstwo jeszcze innych czynników składa się na to że w czwartek w hali w Gdyni będziemy świadkami kolejnego świetnego spektaklu.
czwartek, 25 marca 2010
Z dużą dozą prawdopodobieństwa było można sądzić że dzisiejsze starcie Olympiacosu Pireus z Asseco Prokomem Gdynia w drugim meczu fazy play off Euroligi zakończy się dużym zwycięstwem gospodarzy. Jednak końcowy wynik 90:73 nie do końca oddaje to co działo się w gorącej greckiej hali. Dla polskiej drużyny znowu zabrakło czegoś co grecka drużyna ma w nadmiarze czyli doświadczenia. Już początek spotkania pokazał że grecy wyszli na ten mecz z zupełnie innym nastawieniem niż we wtorkowy wieczór. To oni od początku meczu chcieli narzucić swój styl gry i trzeba przyznać że udało im się to znakomicie. Po raz kolejny Linas Kleiza udowodnił dlaczego warto było wydać na niego potężne pieniądze. Właśnie takimi spotkaniami spłaca on swoisty kredyt zaufania jakim obdarzyli go greccy działacze podpisując z nim kontrakt. Dzisiejszego wieczora zapisał on na swoim koncie 26 punktów oraz 9 zbiórek(najwięcej w swoim zespole) co złożyło mu się na znakomity wskaźnik eval 35. Swoje dołożyli po raz kolejny Teodosic w postaci 14 punktów oraz niewidoczny w pierwszym meczu Papaloukas zdobywca 20 punktów. Jednak to co porażało w tym meczu to łatwość zdobywanych punktów przez tych graczy. Bez różnicy czy był przy nich obrońca czy też nie, zawsze kończyło to się w taki sam sposób. Sposób który zarezerwowany jest tylko dla graczy wybitnych, a tak się nieszczęśliwie składa że w greckim zespole graczy wybitnych jest co najmniej kilku. Po drugiej zaś stronie boiska Asseco miało problemy z kilkoma elementami gry które w pierwszym meczu wychodziły przez długi czas idealnie. Na pewno zbyt wiele piłek dali sobie zebrać sprzed nosa gracze Asseco po niecelnych rzutach przeciwników. 10 zbiórek w ataku to potencjalnie 20 łatwych punktów Olympiacosu czyli jednym słowem dużo za dużo. Poza Woodsem inni gracze nie byli już tak skuteczni jak w pierwszym meczu co było wodą na młyn dla greków. Nieskuteczność ta wynikała w wielu momentach z fatalnego shot selection, a nawet kiedy rzuty były oddawane w dobrym momencie z dobrych pozycji to nie znajdywały one drogi do kosza tak jak w pierwszym meczu. Pomimo tych wszystkich mankamentów po 30 minutach gry gospodarze prowadzili różnicą zaledwie 4 punktów i wydawało się jeszcze że wszystko jest możliwe. Wydawało się. Szybkie 7 punktów Olympiacosu i po zawodach. Zagotowały się głowy graczom polskiego zespołu. Końcówka to już tylko popis siły greków i budowanie przewagi. Czy Asseco stać jeszcze na to aby urwać choć jeden mecz w tej serii swemu znakomitemu przeciwnikowi? Po raz kolejny można znaleźć kilka argumentów „za” jak i też kilka argumentów „przeciw”. Jednak w tym sezonie w gdyńskiej hali przegrywały już takie zespoły jak Armani Jeans Mediolan, Real Madryt czy też CSKA Moskwa, więc dlaczego by też nie Olympiacos? W trakcie dwóch pierwszych meczów Asseco dało kilka dobitnych dowodów na to że nie jest to na pewno niemożliwe. I tej wersji należy się trzymać ;) BTW. Asseco w pierwszych dwóch meczach wygrało 5 z 8 kwart, ciekawe prawda? | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||