Wpisy z tagiem: Dirk Nowitzki

piątek, 12 sierpnia 2011

Dallas Mavericks w minionym sezonie NBA spełnili zarówno swoje marzenia jak i też marzenia swoich kibiców. Fanów, którzy przez ostatnie ponad 10 lat nie mieli łatwo, ponieważ musieli oni znosić różnego rodzaju upokorzenia. Jednak tak jak to w życiu bywa wszystko ma swój kres.

W tegorocznej finałowej rywalizacji w NBA bardzo wiele osób trzymało kciuki za powodzenie Mavericks. Część po prostu czekała na porażkę Miami i LeBrona Jamesa, a część rzeczywiście dobrze życzyła przedstawicielom teksasu. Ja jednak bardzo dobrze pamiętam początki budowy tego zespołu, kiedy to Dallas Mavericks byli jednym z najbardziej nielubianych. Szczególnie w Europie ta ekipa nie cieszyła się zbyt dużą popularnością. W dużej mierze była to zasługa niemieckiej stacji DSF, która wręcz do znudzenia pokazywała mecze zespołu w którym występował niejaki Dirk Nowitzki. Jeśli ktoś pod koniec XX wieku widział jakiś zwiastun telewizyjny na meczu NBA na DSF to mógł być niemal na sto procent przekonany, że będzie to mecz Dallas. Pytanie brzmiało tylko kto tym razem będzie ich przeciwnikiem. Tym bardziej musiało to irytować wszystkie kraje dookoła, które w tamtym czasie nie miały swoich przedstawicieli w najlepszej lidze świata. Tak wychodowana niechęć do tego zespołu w jakimś stopniu przetrwała we mnie do dziś.

Ale pomimo to dziś w ramach kolejnego wakacyjnego torrenta proponuję obejrzenie właśnie Dallas w starciu z potęgą tamtych i nie tylko czasów czyli los Angeles Lakers. Zespół z Miasta Aniołów w tamtym czasie dzięki pojawieniu się w ich składzie takiego gracza jak Shaquille O’Neal z miejsca stał się głównym pretendentem do mistrzostwa. Dallas zaś dopiero do tego miana aspirowało. Jak daleko byli od tego celu można sobie zobaczyć między innymi właśnie w tym starciu. Ogląda się je o tyle dobrze, że jest ono okraszone kultowym już komentarzem hiszpańskiego wirtuoza spikerki czyli autora tegoż oto słynnego fragmentu meczu.

Nawet nie znając języka hiszpańskiego słucha się tego znakomicie.

Tak więc zapraszam dziś do ściągania i obejrzenia meczu pomiędzy Los Angeles Lakers, a Dallas Mavericks z 27 grudnia 1999 roku.

DOWNLOAD

wtorek, 14 czerwca 2011

Dzień po zakończeniu wielkiego finału NBA przyszedł czas na podsumowanie czegoś mniejszego czyli minionego tygodnia. Tak jak pisałem już tydzień temu, czas pomiędzy rozgrywkami ligowymi to czas kiedy czasami dzieje się bardzo dużo. Nie zawsze ma to bezpośredni związek ze sportem jednak w ogólnym rozrachunku bardzo go dotyczy.

Kiedy koncern ITI przejmował piłkarski klub Legię Warszawa ten fakt miał praktycznie tyle samo zwolenników co i przeciwników. Przez te kilka lat praktycznie nie było ani chwili kiedy na linii koncern-klub-kibice był totalny spokój i zawieszenie broni. Ta walka chyba jednak znudziła się już niektórym, bo jak donoszą różne media Legia jest na sprzedaż. Nie wiadomo na ile są to prawdziwe informacje ale nawet w każdej plotce jest ziarnko prawdy.

A w Białymstoku środowisko piłkarskie w ostatnim tygodniu rozmawiało w dużej mierze przede wszystkim o stadionie. Obiekcie który miał już połowicznie cieszyć na jesień tego roku a wszystko wskazuje na to, że przyjdzie na niego poczekać znacznie dłużej. Wszystko za sprawą zerwania umowy przez miasto z dotychczasowym wykonawcą czyli Eiffage. Co to oznacza dla Białegostoku, jego mieszkańców oraz samej Jagiellonii? To wszystko okaże się w czasie ale szkoda, że nie wszystko idzie tak jak sobie wcześniej zaplanowano. Białystok zasługuje na porządny obiekt wybudowany przez porządną firmę.

O stosunkach i kontaktach na linii Polski Związek Koszykówki i Maciej Lampe można by napisać sporych rozmiarów opowiadanie. W ostatnich dniach życie dopisało kolejny rozdział tej opowieści. Polski Związek Koszykówki oświadczył, że podstawowy zawodnik naszej kadry nie odbiera telefonów ani maili dlatego też najprawdopodobniej nie będzie nas reprezentował na zbliżającym się Eurobaskecie na Litwie. Wystarczyło jednak kilka dni aby przy pomocy dziennikarzy TVP Sport coś udowodnić. I kto tutaj mija się z prawdą?

Na szczęście kadra U-18 nie ma takich problemów i spokojnie przygotowuje się do swoich turniejów tego lata. A po drodze jeszcze raz za razem kogoś solidnie leje. Ostatnio reprezentację Rosji.

Drugi z naszych eksportowych podkoszowych czyli Marcin Gortat planuje rozkręcić projekt pod tytułem GortatTV. Zapowiada się ciekawie.

We Wrocławiu to lato jest także bardzo gorące ponieważ trwają gorączkowe przygotowania do nowego sezonu PLK w którym zadebiutuje/powróci Śląsk Wrocław. Praktycznie każdego dnia pojawiają się jakieś informacje na ten temat. Fajnie widzieć, że nawet pomimo tego że najprawdopodobniej Śląsk od początku nie będzie potęgą na krajowym podwórku to wiele spraw zmierza w dobrą stronę.

W życiu trzeba mieć szczęście. Coś na ten temat wiedzą na przykład dziennikarze i fotoreporterzy, którzy mieli okazję relacjonować zdarzenia z jednego najsłynniejszych wyścigów samochodowych na świecie czyli 24 Le Mans. Dlaczego te kilka osób miało szczęście?

Sport w którym używa się różnego rodzaju sprzętów także ma to do siebie, że czasami owy sprzęt potrafi się dziwnie zachowywać. Na przykład tak.

Na zakończenie dzisiejszej notki wracam jeszcze do wczorajszej nocy i jednego z jej głównych bohaterów. Bardzo dobra produkcja.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Minionej nocy sezon NBA 2010/2011 dobiegł do szczęśliwego końca. Szczęśliwego dla jednych, a gorzkiego dla drugich. Tymi drugimi okazali się Miami Heat, którzy przegrali finałową rywalizację w stosunku 2-4. Pomimo że stawałem w tej rywalizacji na ten zespół to muszę teraz przyznać że porażka była całkowicie zasłużona.

Miami Heat z całą swoją „wielką trójką” jak pokazało życie są dopiero na początku drogi do ich upragnionego mistrzostwa. W tym roku wygrało przede wszystkim doświadczenie, determinacja i żelazna konsekwencja w dążeniu do postawionego sobie celu. Celu który został wyznaczony już 10 lat temu przez tego człowieka.

 

Kiedy Mark Cuban przychodził w 2000 roku do klubu z Dallas, ekipa z teksasu była „jedną z wielu” w szeregach NBA. Na przestrzeni lat dzięki mniej lub bardziej przemyślanym ruchom zarówno szalonego prezesa Dallas stali się liczącą siłą na zachodzie NBA. Mark Cuban wszedł jednak do ligi z takim przytupem, że od swego pierwszego dnia w NBA aż po dziś zapłacił prawie 2 miliony dolarów kar za komentowanie decyzji sędziowskich czy też innych tego typu. Oprócz tego w międzyczasie Mavericks stali się też synonimem porażek w rozgrywkach playoffs na ich różnym etapie. Zarówno tych cichych, których można było się teoretycznie spodziewać, jak i też tych o których mówiło się bardzo długo. Najlepszym przykładem była seria z Golden State Warriors z 2007 roku, kiedy to rozstawieni z pierwszym numerem Mavericks nie sprostali dopiero ósmym Wojownikom. W międzyczasie pojawił się też i epizod finałowy gdzie w 2006 roku starli się po raz pierwszy z Miami Heat. Wtedy jednak mając przeciwnika „na widelcu” czyli prowadząc już 2-0 w serii i mając na wyciągnięcie ręki zwycięstwo w meczu numer 3, przegrali 4 kolejne mecze i tytuł powędrował na Florydę. Jednak nie tym razem.

Zarówno mecz numer 6 jak i też cały finał NBA był przedstawiany jak starcie „młodość vs. doświadczenie”. Było to widać na każdym kroku ponieważ Dallas to typowy zespół weteranów, którzy wiele lat czekali na swoją szansę na zdobycie mistrzostwa NBA. Aż 7 z nich miało na swoim koncie ponad 10 sezonów spędzonych w NBA, a zdecydowanym rekordzistą jest Jason Kidd dla którego był to już 16 rok na parkietach najlepszej ligi świata. Te całe tony doświadczenia były wręcz idealnie widoczne w meczu z minionej nocy. To było momentami wręcz nieprawdopodobne z jakim spokojem i konsekwencją grali przedstawiciele zachodu w tym finale. Dirk uważany za jednego z najlepszych koszykarzy w historii NBA także udowodnił wszystkim dlaczego zasługuje na to miano.

Początek spotkania to popis LeBrona Jamesa, na którego po meczu numer 5 spadła lawina krytyki za uciekanie od odpowiedzialności w decydujących momentach spotkania. Szybkie zdobycie 9 punktów mogło dawać nadzieję fanom Heat, że King James zrobi wszystko aby udowodnić w tym meczu swoją wyższość nad rywalami. Nic jednak z tego ponieważ Dallas zastosowali prosty trik, który polegał na pozwoleniu się wyszumieć „młodości”, a następnie przejściu do ataku. Pierwsza polowa tego meczu była bardzo elektryczna. Czuć było w powietrzu atmosferę wielkiego wydarzenia i walki o „być albo nie być”.

Po drugiej stronie parkietu wszyscy przecierali oczy ze zdumienia patrząc na to co dzieje się w drużynie Mavericks. Z jednej strony ten na którego większość liczyła czyli Dirk Nowitzki pudłował rzut za rzutem. Nie ważne czy był to bliski półdystans, daleki dystans, rzut przez ręce czy też z czystej pozycji. Piłka po prostu tego wieczora nie słuchała się Niemca. Na szczęście dla przyjezdnych drużynę poderwał niezawodny Jason Terry, który już po pierwszej połowie miał 19 punktów. Jednak nie były to zwykłe punkty. Były to punkty zdobywane z zimna krwią z najróżniejszych pozycji zarówno bliżej jak i dalej kosza gospodarzy. Obrona Heat nie potrafiła sobie z tym poradzić w żaden konstruktywny sposób. Zresztą z grą w ataku też nie było lepiej. Zero zagrywek, zero myślenia, zero jakiekolwiek koncepcji z każda kolejna minuta dawał się coraz bardziej we znaki Heat. Przy takiej nerwowości nic dziwnego, że już w pierwszej połowie puszczały im nerwy.

Drugie 24 minuty to już przede wszystkim Dirk Redemption. Po pierwszej słabej połowie w jego wykonaniu wszyscy zastanawiali się dlaczego tak się dzieje, że Niemiec nie potrafi się w tym meczu wstrzelić. Być może było to chwilowe zarażenie się tym samym „wirusem niemocy w decydujących chwilach meczu” jakim zakażony jest w tej chwili LeBron James. Jeśli tak to Maviericks bardzo szybko znaleźli odtrutkę na paskudztwo i zaaplikowali ją swemu liderowi. Na efekty nie trzeba było czekać zbyt długo. Z każdą kolejną minutą niemiecki bombowiec bombardował kosz gospodarzy, a Ci wydawali się kompletnie bezbronni wobec tego „aktu przemocy”. Jedna z osób śledząca ten mecz i dzieląca się swoimi wrażeniami z meczu na bieżąco na Twitterze podsumowała to w sposób wręcz IDEALNY.

Niemiec jednak nie działał w tym meczu w pojedynkę. Oprócz wspomnianego wcześniej Jasona Terry’ego swoja cegiełkę, a właściwie słusznych rozmiarów pustak dołożył też Tyson Chandler. Nie widać tego w statystykach ale jego walka na tablicach momentami była wręcz niesamowita. Zbieranie lub też przede wszystkim zbijanie piłek znad kosza w ataku do swoich partnerów to było coś czego Dallas bardzo często potrzebowało jak powietrza. A Chandler im to powietrze zapewniał. Pisząc o osobach które przyczyniły się do wygranej zarówno w tym meczu jak i też całych finałach nie sposób nie wspomnieć tu o takich graczach jak Jason Kidd(DO-ŚWIAD-CZE-NIE), JJ Barea(szalone wejścia pod kosz), DeShawn Stevenson(seryjne trójki!) czy też Brian Cardinal(świetna obrona). Każdy z nich po tych finałach może czuć, że wywalczony tytuł należy się im w takim samym stopniu jak i reszcie partnerów.

A co w Miami? LeBron James nie będzie miał łatwego lata. Z jednej strony sam będzie czuł, że przegrał, zawalił, dał ciała czyli po prostu „zlebronił”. A wszyscy życzliwi jego osobie na pewno nie dadzą mu o tym szybko zapomnieć. Dwyane Wade ma już jeden pierścień na swojej dłoni jednak apetyt miał znacznie większy i na jego zaspokojenie będzie miał znowu cały rok. Chris Bosh tymi finałami udowodnił, że nie jest graczem pierwszoplanowym. Pytanie tylko czy dorośnie kiedykolwiek do tego aby nim kiedyś być. Patrząc już pod kątem następnego sezonu w poszukiwaniu zmian myślę, że pomimo wszystko trzeba coraz bardziej spoglądać w stronę ławki trenerskiej. Do ogarnięcia tego gwiazdozbioru na parkiecie wydaje się, że wręcz idealnie pasuje Pat Riley. Jednak to czy ten lub inny szkoleniowiec zdecyduje się przejąć pałeczkę po kolejnym przegranym tego sezonu czyli Erikowi Spoelstrze to już temat na kolejne miesiące.

Teraz oddajmy hołd i pozwólmy się cieszyć nowym mistrzom NBA anno domini 2011 czyli Dallas Mavericks!



Jeśli komuś jeszcze jest mało tego finału to zapraszam na łamy Czwartej-Kwarty, gdzie Swoimi spostrzeżeniami na temat tych finałów i nie tylko dzielą się także Adam Szczepański i Maciej Jamrozik.

Dallas Mavericks po zwycięstwie w 6 meczu nad Miami Heat 105:95 sięga po swoj pierwszy tytuł mistrzowski w historii klubu. Niestety. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że robi to całkowicie zasłużenie.

 

Teraz czas na parę godzin snu, a później kilka moich przemyśleń na temat ostatniego meczu i zapewne całych finałów. Stay tuned!

środa, 08 czerwca 2011

Końcówka finałowego meczu NBA numer dwa już na stałe przeszła do chlubnej historii najlepszej ligi świata. Wydawało się, że ewentualne powtórzenie takiego wyczynu będzie prawie że nie możliwe. Jak się jednak okazało nie była to prawda ponieważ już w meczu numer cztery mieliśmy prawdziwą powtórkę z rozrywki.

Magia tych finałów polega przede wszystkim na tym, że nie ma tu zdecydowanego faworyta rywalizacji. Pomimo tego, że Miami przystępowało do tej serii z lepszej pozycji to nie zawsze widać to na koszykarskim parkiecie. Duża w tym zasługa oczywiście samego Dallas, które dzielnie stawia opór potrójnej sile ze wschodniego wybrzeża. Przed czwartym spotkaniem Mavericks mieli jeden poważny problem w postaci choroby Dirka Nowitzkiego. Było robione wszystko aby filar ataku Teksańczyków został postawiony na nogi przed tym spotkaniem. Czy ta sytuacja czegoś wam nie przypomina?

O zwycięstwie Miami w meczu numer 3 w dużej mierze zadecydowała dobra postawa Chrisa Bosha. To właśnie jego celny rzut na kilka sekund przed końcem meczu zapewnił Żarom wyjście na prowadzenie w serii. Przez to też Dallas zostało postawione pod ścianę w następnym meczu ponieważ kolejna porażka oznaczałaby zmniejszenie ich szanse na mistrzostwo do całkowitego minimum. Spotkanie z minionej nocy było jednak przede wszystkim w pierwszej połowie popisem wcześniej wspomnianego bohatera czyli Chrisa Bosha. Podkoszowy Miami w pierwszych 24 minutach zapisał na swoim koncie już 18 punktów przy przyzwoitej skuteczności. Tylko przyzwoitej ponieważ kilka jego niecelnych rzutów nie tyle mogło co wręcz musiało znaleźć się w koszu gospodarzy. Niestety Bosh jak to Bosh. W drugiej połowie w jej najważniejszych momentach całkowicie zniknął.

Jednak zanim nastąpiła druga połowa to Miami wydawało się być jeszcze bardziej zmotywowane niż w dotychczasowych meczach. Pomimo początkowej przewagi Dallas szybko otrząsnęli się z tego i próbowali narzucić swój styl gry. Przede wszystkim wychodziła im walka o zbiórki na atakowanej tablicy. Już w pierwszych 16 minutach mieli oni na swoim koncie aż 10 takich zbiórek przy biernej postawie zawodników gospodarzy z Tysonem Chandlerem na czele.

Kiedy w czwartej kwarcie Miami wyszło już na 9-punktowe prowadzenie wydawało się, że zarówno losy tego meczu jak i najprawdopodobniej mistrzostwa zaczynają być przesądzone. Jednak Dallas nie dało zapomnieć o sobie. Jak za kolejnym już dotknięciem czarodziejskiej różdżki Dallas nagle znowu zaczęło gonić rywala. Duża w tym zasługa Tysona Chandlera który z minuty na minutę stawał się coraz większym tytanem gry nie tylko w ataku ale przede wszystkim obronie. A co na to Miami? Nic, kompletnie nic. Stanęli jak wryci, przestali trafiać i kompletnie po raz kolejny zgubili gdzieś koncepcję swojej gry. Erik Spoelstra, szkoleniowiec  Żarów też im jakoś specjalnie nie pomagał.

W decydujących chwilach tego meczu jak zwykle wszystko było na barkach potężnego Niemca, który przez większość tego wieczora był niewidoczny. Kiedy jednak trzeba było wziąć sprawy w swoje ręce to Dirk jak zwykle był na posterunku.

I w taki też oto sposób została obalona teoria, że na Niemca jest jakiś sposób w obronie. W meczu numer 2 nie poradził sobie z nim w decydującej akcji Chris Bosh, a minionej nocy Udonis Haslem. Wprawdzie Miami miało jeszcze szansę na wyrównanie ale niedochwyt piłki przez Dwyane Wadea w ostatniej akcji spowodował, że rzut rozpaczy nie doszedł do celu i w serii mamy remis 2-2. Co oprócz kolejnej straty dużej przewagi punktowej było powodem porażki Heat? LeBron James, a właściwie jego brak w tym meczu. 8 punktów w całym spotkaniu to jego najgorszy wynik w całej karierze jeśli chodzi o występy w playoffs. Pocieszający dla kibiców tego zespołu jest fakt, że drugi tak słaby mecz gwiazdy zespołu raczej się już nie powtórzy.

I tak oto mecz numer 5 wyrasta nam o ile to jeszcze możliwe na jeszcze bardziej emocjonujące spotkanie. Dallas praktycznie walczą o życie ponieważ ewentualne dwa ostatnie mecze odbędą się na Florydzie. Miami od początku tej serii wydaje się zespołem mocniejszym jednak jak widać na razie nie potrafią tego jakoś znacząco udokumentować. Czy uda im się to już jutro?

 
1 , 2