Ostatnie wpisy
Zakładki:
Inne
Koszykarskie
Piłkarskie
Tam gdzie piszę
Zdjęcia
Tagi
|
Wpisy z tagiem: Utah Jazz
poniedziałek, 18 lipca 2011
Danych obietnic trzeba dotrzymywać. Tak mówi od wieków znana zasada i nakazuje zwykła przyzwoitość. Dlatego też i ja dziś wywiążę się z danej obietnicy i zaprezentuję mecz, który już na stałe wpisał się w wielką historię NBA. To właśnie tym meczem wielki koszykarz zakończył swoją wielką karierę w wietrznym mieście. Jednak chcąc napisać kilka słów o tym meczu już na samym początku napotykam się na jeden ale dość ważny problem. Mianowicie jak napisać coś nowego i zarazem ciekawego o spotkaniu, które było już omówione i przewałkowane na wszelkie możliwe sposoby przez ostatnich już 13 lat. Tak, to już ponad 13 lat minęło od meczu numer 6 w finałach 1998 roku. Całe finały z tego sezonu były niesamowicie ciekawe i pod kilkoma względami niezwykłe. Nie często się zdarza aby dwa lata z rzędu w ostatecznej rywalizacji wzięły udział te same zespoły. Tak się jednak stało i w przeciwieństwie do roku 1997, za drugim razem już coraz więcej osób obstawiało zwycięstwo Jazzmanów. Tym bardziej, że posiadali oni przewagę własnego parkietu w serii best of seven. Po dwóch pierwszych niezwykle zaciętych meczach gdzie pierwszy z nich zakończył się dogrywką był stan 1-1. Oczywiście główna w tym zasługa Michaela Jordana, który był najlepszym strzelcem obydwu spotkań. Dwoił się on i troił jakby podświadomie czuł, że mogą to być jego ostatnie nie tylko ostatnie finały ale też i ostatnie mecze w karierze. Cała drużyna z Chicago była tego świadoma i dlatego w tym stanie mobilizacji i skupienia osiągnęła w 3 meczu jeden z najlepszych wyników w historii finałów. W pierwszym starciu w wietrznym mieście Byki zmiażdżyły rywali aż 96:54. To była prawdziwa demolka i pokaz możliwości obronnych Chicago. Kiedy po 4 meczach było już 3-1 wszyscy szykowali się na wielka fetę i świętowanie kolejnego już three peat. Tylko nie Karl Malone, John Stockton i reszta załogi. Oni pokrzyżowali świąteczne plany i sprawili że rywalizacja przeniosła się ponownie do Utah. A w Utah jak to w Utah. Hala przed meczem jak zwykle drżała w posadach od dopingu kibiców, podczas prezentacji urządzono tradycyjny już pokaz fajerwerków, a wszyscy liczyli, że będziemy świadkami 7-meczowej serii. Tylko nie MJ i jego ekipa. Jak wyglądało to ostatnie starcie? Pomimo że większość osób już widziała je mnóstwo razy to nie zaszkodzi zrobić to jeszcze raz. Tym razem z polskim komentarzem ówczesnych komentatorów TVN czyli Wojciechem Michałowiczem i Mirosławem Noculakiem.
wtorek, 11 maja 2010
Szybkie mamy w tym roku playoffy w NBA. Minionej nocy kolejne już dwa zespoły zameldowały się w finałach swoich konferencji. Do Phoenix Suns na zachodzie dołączyli koszykarze Los Angeles Lakers którzy również wygrali nadspodziewanie gładko swoja serię, a także Orlando Magic którzy po dosłownym rozniesieniu Atlanty Hawks w czterech meczach będą teraz oczekiwać na rywala z pary Cleveland-Boston.
Po rywalizacji Los Angeles Lakers i Utah Jazz wiele osób bardzo wiele sobie obiecywało. Jak jednak pokazał czas były to oczekiwania mocno na wyrost. Głównymi sprawcami takiego stanu rzeczy byli przede wszystkim sami gracze z Kalifornii. Nie można ich jednak winić za to że znakomicie byli przygotowani na starcie z Jazzmenami i mieli zawsze odpowiedź na ich poczynania. Tylko trzeci mecz w tej serii miał realną szansę zakończyć się zwycięstwem Utah, jednak Kobe Bryant i spółka dowieźli zwycięstwo 111-110 do szczęśliwego dla nich końca wyprowadzając stan serii na 3-0. W całej historii NBA było już 88 takich przypadków kiedy jeden z zespołów wygrał 3 mecze nie przegrywając żadnego i w żadnej z tych serii nie udało się przeciwnikowi doprowadzić do szczęśliwego końca. Nie inaczej było i tym razem. Deron Williams zarówno przez cały sezon jak i w pierwszej rundzie playoff był prawdziwym motorem napędowym swego zespołu, tak w starciu z Jeziorowcami był bezradny pomimo nienajgorszych osiągnięć statystycznych ale przede wszystkim osamotniony. Po drugiej stronie boiska znajdowało się kilku graczy którzy mogli rozstrzygnąć losy każdego z meczów na korzyść Lakers. W ostatnim meczu prym wiedli Paul Gasol który uzyskał 33 punkty oraz Kobe Bryant który uzyskał jedno oczko mniej. Mam nadzieję że w serii Z Phoenix tak łatwo Jeziorowcy już mieć nie będą.
Seria pomiędzy Orlando i Atlantą była jedną z najbardziej jednostronnych w całej historii NBA. Już pierwsza runda w której Orlando gładko odprawiło swego przeciwnika, a Atlanta męczyła się niemiłosiernie z pokontuzjowanymi Bucks, zapowiadała że zwycięzca tej pary może być tylko jeden. Jednak rozmiary tego zwycięstwa były niewątpliwym zaskoczeniem. W pierwszym spotkaniu Magicy nie wygrali w „normalny” sposób swego spotkania, oni po prostu zdeklasowali swego przeciwnika 114-71 i tym samym na dobre wybili z głów zawodników Jastrzębi myśli o jakiejkolwiek walce. To co musi też najbardziej cieszyć też kibiców na Florydzie to fakt, że do odnoszenia kolejnych zwycięstw nie potrzebują oni heroicznych wyczynów swego lidera Dwighta Howarda. W pierwszej rundzie kiedy lider Magic dzięki agresywnej grze Bobcats był wielokrotnie sfrustrowany co objawiało się nadmierną liczbą fauli, wydawało się że będzie to dobry sposób dla kolejnych zespołów aby zatrzymać w dużej mierze cały zespół. Nic jednak bardziej mylnego bo w potyczce z Atlantą drużyna Orlando wyglądała jak dobrze naoliwiony i pracujący na najwyższych obrotach robot który zaprogramowany jest tylko na jedno, wygrywanie. Innymi ważnymi częściami tego robota są tacy gracze jak Carter, Nelson czy też ostatnio Pietrus. Jeśli dodać do tego że od czasu do czasu swoje „5 minut” ma Marcin Gortat to Orlando staje się zespołem który po prostu chce się oglądać. Kibice w Orlando już tylko czekają kogo teraz pozamiatają.
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||