Wpisy z tagiem: wisła kraków

czwartek, 25 sierpnia 2011

We wtorek większość kibiców piłki nożnej w Polsce emocjonowało się walką Wisły Kraków o Ligę Mistrzów. Walką to może zbyt duże słowo w kontekście tamtego spotkania ale jednak. Dziś już mniej ochoczo garstka ludzi zmusiła się do obejrzenia meczu Legii Warszawa do Ligi Europejskiej. Ci którzy zdecydowali się na tak karkołomny krok zostali za to solidnie wynagrodzeni.

Po pierwszym spotkaniu w zespole z Warszawy panował przede wszystkim niedosyt. Niedosyt spowodowany wynikiem remisowym 2:2, który w odczuciu wielu osób powinien być znacznie lepszy. Tak przynajmniej długimi momentami nakazywała wręcz myśleć gra legionistów. Niestety głupie błędy i niewystarczająca koncentracja nie pozwoliła osiągnąć polskiemu zespołowi bardziej zadowalającego wyniku. Na szczęście jednak nie wszystko jeszcze było stracone. Jak ulał wręcz pasowało tu określenie „dopóki piłka w grze…”. Jednak co innego teoria, a co innego życie.

Zanim rozpoczął się w Moskwie mecz, Legia otrzymała pierwszy cios polegający na niewpuszczeniu do Rosji 150-osobowej grupy kibiców, która miała wspierać polski zespół. Ci jednak fani, którym udało się dotrzeć do stolicy wschodniego mocarstwa godnie ich zastąpili. Długimi momentami 60-osobową grupę było bardzo dobrze słychać w przekazie telewizyjnym z wielkiego stadionu na Łużnikach. Jednak w początkowej fazie meczu na niewiele się to zdawało. Już po 20 minutach i w sumie marnej grze Warszawianie przegrywali 0:2. Czy ktoś w tej chwili wierzył jeszcze na pomyślny obrót sprawy? Ja przyznaje się bez bicia, że kompletnie nie. Co więcej. Po celnie wykonanym karnym przez gracza Spartaka, odwróciłem się plecami do ekranu monitora w celu zdrzemnięcia się i regeneracji sił po pierwszym od wielu miesięcy morderczym dniu na siłowni.

Nie długo jednak trwała moja drzemka, bo już chwilę później byłem zmuszony się odwrócić rozbudzony reakcją komentatora Polsatu Sport po bramce na 1:2 Kucharczyka. Tak tego samego Kucharczyka, która czasami sprawiał wrażenie jakby był „zagubiony w akcji”. Zresztą w tej bramkowej dla niego sytuacji też jakby znalazł się sam na sam jakby przez przypadek. Na całe jednak szczęście huknął z całych sił pod poprzeczkę, a nie nad nią i dzięki temu odżyły nadzieje. Nadzieje co chwila podsycane o dziwo dobrą gra Legii i wyprowadzanymi raz po raz atakami. Nie wiem jak innym ale mi wtedy stanęła przez oczami pierwsza połowa z Warszawy kiedy to Legioniści tłamsili rywala ze wschodu. Bramka Rybusa to był z jednej strony majstersztyk, a z drugiej sporych rozmiarów fuks. Ale kto by się tym przejmował w takich chwilach. Legia wróciła z dalekiej podróży i wyrównała nie tylko stan tego meczu ale też i całej rywalizacji.

Przed rozpoczęciem drugiej polowy miałem tylko jedną obawę. Taką aby Legionistów strzelona bramka w końcówce pierwszej części nie uskrzydliła na tyle, że nagle polecą do ataku zapominając, że Kucharczyk został sam z tyłu. O dziwo tak się i nie stało ponieważ pomimo tego, że legia autentycznie atakowała i dążyła do wygrania tego meczu to robiła do naprawdę z głową. Oczywiście, atakując nie można się pozbyć błędów z tyłu ale Spartak był tego wieczora na tyle nieporadny, że nie potrafił w żaden sposób tego wykorzystać.

I gdy już zapewne wiele osób łącznie z niektórymi piłkarzami było myślami przy dogrywce nastąpiła złota akcja. Akcja zakończona niesamowitym strzałem człowieka, który ma chyba najbardziej piłkarskie nazwisko jakie tylko można chyba mieć. Janusz Gol, bo o nim mowa, oddał swój strzał życia. Jeszcze nigdy jego bramka nie ucieszyła tak wielu osób i nie dała takiego sukcesu jego drużynie. Może być on pewny, że zarówno o tym meczu jak i ma się rozumieć o nim samym jeszcze przez wiele lat będzie opowiadało się z przejęciem. No chyba, że Legia już w tym roku zacznie pisać swoją nową, fajną i do tego europejska historię. Chyba każdy fan polskiej piłki tego by właśnie chciał.

Obejrzyjmy więc raz jeszcze wszystkie bramki z tego spotkania, które są okraszone oryginalnym rosyjskim komentarzem. Warto zaczekać do ostatniego gola i reakcji na niego komentatora.

I takim oto sposobem Legia poprawiła humory wszystkim tym, którzy byli zawiedzeni wtorkowym spektaklem. Teraz możemy już tylko oczekiwać na jutrzejsze losowanie i kolejnych rywali, którzy staną na drodze Warszawian. Emocji nie powinno zabraknąć.

środa, 24 sierpnia 2011

„A miało być tak pięknie” mogą sobie mówić po wczorajszym wieczorze wszyscy, którzy ściskali kciuki za Wisłę Kraków. Ale już tradycyjnie od 15 lat trzeba się obejść tylko smakiem i zapomnieć o rozgrywkach dla najlepszych zespołów na starym kontynencie. Mnie jednak po rewanżowym meczu dręczy coś innego.

Nie wiem czy to są tylko moje odczucia, czy może także je ma. Jednak rewanżowe spotkanie Wisły Kraków z APOEL-em Nikozja było wręcz bliźniaczo podobne do stoczonego dokładnie 6 lat wcześniej pojedynku z Panathinaikosem Ateny. Co mogło świadczyć o tym, że są to spotkania tak bardzo do siebie podobne? Zacznijmy więc ta wyliczankę od początku.

- Mecz pomiędzy Panathinaikosem, a Wisłą został rozegrany 23 sierpnia 2005 roku. Mecz pomiędzy APOEL-em, a Wisłą 23 sierpnia 2011 roku. Podobnie? Podobnie.

- W obu przypadkach Wisła Kraków przystępowała do rywalizacji z bramkową zaliczka z pierwszego meczu. 6 Lat temu z dwubramkową, a wczoraj z jednobramkową ale to w dalszym ciągu była zaliczka.

- W obydwu tych starciach to gospodarze praktycznie przez cale mecze byli stroną nacierającą, a Wisła jedynie skupiła się na odpieraniu ataków. W obu przypadkach robiła to dość nieudolnie.

- W obu tych meczach doprowadzała do sytuacji w których przegrywała już różnica dwóch goli i miała prawdziwy nóż na gardle.

- Przy stratach goli w tych dwóch przypadkach wydatny udział mieli bramkarze.

- Rzeczony wcześniej nóż oddalał się, dzięki trafieniom Polaków. W Atenach Radosława Sobolewskiego, a w Nikozji Cezarego Wilka.

- Obaj przeciwnicy Wisły niestety znajdywali w sobie schowane wcześniej pokłady energii i potrafili strzelić jeszcze bramkę w regulaminowym czasie gry.

- Zarówno Panathinaikos jak i też APOEL robił to w 87 minucie. Ciekawe, prawda?

- Niestety ostatnie podobieństwo jest najbardziej bolesne dla polskiego futbolu. Otóż oba te pojedynki prowadziły do jednego - pożegnania się z marzeniami o Champions League.

Myślę, że tych zaledwie 9 punktów w zupełności wystarczy aby mówić o przeżytym wczoraj piłkarskim dejavu.

A co jeszcze można napisać o meczu w Wisły w Nikozji? Na przykład to, że dawno już nie widziałem tak rozpaczliwie broniącego się przed strata bramki polskiego zespołu. Co gorsza ta obrona nie trwała od 85 czy też 70 minuty. Podopieczni trenera Maaskanta już od samego początku wyglądali tak jakby „obrona Częstochowy” to była ich taktyka na ten mecz. Tak więc to nie mogło się skończyć dobrze. Nie wiem też na ile te gadanie o piekielnej pogodzie na Cyprze ma racje bytu, ponieważ ani na Cyprze, ani chociażby w Grecji jeszcze nigdy nie byłem. Jednak naprawdę momentami wyglądało to tak, jakby Wiślacy nie mieli czym oddychać. Wybicie piłki jak najdalej od siebie traktowali jako okazję do zaczerpnięcia świeżego powietrza, którego było i tak jak na lekarstwo.

Czy są jakieś pozytywy po tym meczu? Sportowo raczej nie. Może tylko fakt, że na 6 rozegranych spotkań eliminacyjnych do Ligi Mistrzów Wiślacy wygrali aż 5 z nich co się wcześniej nie zdarzało. Przegrali jednak TEN mecz, najważniejszy mecz. Innym pocieszeniem i otarciem łez może być fakt, że Krakowianie nie żegnają się jeszcze z pucharami bo czeka ich walka w Lidze Europejskiej. Choć jeśli ich gra ma wyglądać tak jak wczoraj to ja już zaczynam się obawiać o wyniki.

wtorek, 23 sierpnia 2011

W ubiegłym tygodniu pisząc swoje podsumowanie minionych 7 dni zwróciłem uwagę na mnogość wydarzeń. Jak się okazało nie był to jednostokowy przypadek ponieważ dziś także nie będzie brakować mi tematów o jakich chciałbym wam wspomnieć. A więc do dzieła.

Już za kilkanaście godzin być może polski zespół w końcu znajdzie się w upragnionej piłkarskiej Lidze Mistrzów. Aby tak się stało potrzebny jest jeszcze „tylko” dobry mecz i korzystny rezultat w Nikozji. Jednak tak samo jak ewentualny debiut zaliczą w tym sezonie piłkarze z Krakowa, tak i zadebiutują młodzi piłkarze. Gdzie? W specjalnie przygotowanych dla nich rozgrywkach na wzór dorosłej Ligi Mistrzów o nazwie NextGen Series. Pomysł wydaje się trafiony, biorąc pod uwagę fakt ilu znakomitych zawodników każdego roku wypuszczają ze swoich klubów największe europejskie firmy. Projekt skierowany jest do graczy 18 i 19-letnich.

Wracając jeszcze do zespołu z Krakowa i jego walki i Champions League, to ich decydujące spotkanie poprowadzi Viktor Kassai. Widać, że ktoś w UEFA dostrzegł wagę tego pojedynku i oddelegował odpowiedniego człowieka. Na gorącym Cyprze zimna głowa węgierskiego arbitra będzie bardzo w cenie.

Pozostając jeszcze w temacie poniekąd futbolu, zapraszam do przeczytania wywiadu z Maciejem Szczęsnym. Rozmowy o tym jak ten obecny trener bramkarzy w Koronie Kielce ma wiele uznania dla pracującego jako szkoleniowiec Jagiellonii Czesława Michniewicza. Trochę dziwna podszyta ironią rozmowa.

Przejdźmy jednak do dyscypliny ważniejszej z mojego punktu widzenia czyli koszykówki. Echa wypowiedzi i decyzji Marcina Gortata do dziś odbijają się w mediach bardzo głośno. Miniony tydzień przyniósł kolejne „podbicie tonu” w tej sprawie. Imię i nazwisko naszego jedynaka w NBA pojawiło się tym razem w kontekście jego ewentualnego występu w meczu kończącym karierę legendy polskiej koszykówki czyli Andrzeja Pluty. Jak dla mnie jest to średni pomysł zapraszanie Marcina na taki mecz. Przy całej mojej sympatii do niego to akurat tego wieczora nie jest on we Włocławku zupełnie potrzebny.

We Wrocławiu po powstaniu dwóch koszykarskich Śląsków nie ma chwili nudy. Zanim koszykarze jednego czy drugiego zespołu wybiegli na parkiet w sezonie 2011/12 to już jest gorąco. Głównie za sprawą różnych wypowiedzi jakie pojawiają się w mediach. Wywiadem tygodnia we „wrocławskiej sprawie” jest rozmowa Szczepana Radzkiego z Radosławem Hyżym. Dolewanie oliwy do ognia trwa w najlepsze. Ale przecież akurat po Radosławie nie spodziewaliśmy się, że będzie tym co łagodzi atmosferę, prawda?

Szczepan w minionym tygodniu pochylił się także nad sprawą ewentualnego występu Asseco Prokom Gdynia komercyjnej lidze VTB. Już w tamtym roku był szeroka dyskusja na ten temat i wszystko na to wskazuje, że w tym sezonie ona powróci. Ja po roku doświadczeń także muszę się przychylić do zdania, że nie ma takiej opcji aby Asseco nie uczestniczyło w rozgrywkach od samego początku. Jest to zbyt duża strata dla polskiej ligowej rzeczywistości.

Świetny materiał przygotował też Łukasz Cegliński, który po prostu trzeba przeczytać. Choćby po to, żeby dowiedzieć się tego, że Polska reprezentacja koszykarzy w dawnych latach odnosiła sukcesy. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że była to zupełnie inna rzeczywistość to warto o tym wiedzieć.

Czy w tym roku nasi koszykarze odniosą jakiś sukces na Eurobaskecie? Jest to bardzo wątpliwe ale tak czy inaczej wszystkie mecze naszej kadry będzie można zobaczyć w TVP.

Na prawie zakończenie jeszcze wspomnę o dwóch projektach jakie ujrzały światło dzienne w minionym tygodniu i zasługują na to aby dowiedziało się o nich jak najwięcej osób. Pierwsza z tych inicjatyw to coś o nazwie „Stalówka Kosz!”. Zawsze sobie bardzo cenię zapał ludzi, którzy chcą archiwizować w różny sposób historię polskiego basketu. Nawet jeśli jest to tylko tak na prawdę jej mały wycinek.

Projektem patrzącym bardziej do przodu, a nie wstecz jest strona Youth Stats. Dzięki niej każdy kto będzie chciał sprawdzić jak radzą sobie polscy zawodnicy w różnych rozgrywkach ligowych w naszym kraju będzie mógł to sprawdzić w jednym miejscu. Wielkie brawa za pomysł i wdrożenie go w życie.

Na definitywne zakończenie jeszcze film o wyprawie młodych zawodników Georgetown na mecz towarzyski aż do Chin. Słowo klucz? TOWARZYSKI.

czwartek, 18 sierpnia 2011

Przeważnie bywa tak, że „najtrudniejszy jest pierwszy krok”, jak mówią słowa słynnej polskiej piosenki. Wczorajszego wieczora jednak piłkarzom Wisły Kraków taki krok udało się wykonać, ku bramom raju, jak w Polsce jest postrzegana Liga Mistrzów. Pokonanie APOEL-u Nikozja sprawia jednak tylko to, że droga jest odrobinę krótsza, ale wciąż niezwykle wyboista.

Przed spotkaniem wśród zawodników polskiego zespołu, którzy udzielali wywiadów dla kilku telewizj, panował umiarkowany optymizm. Każdy mówił o pełnym skupieniu i walce od początku do końca. Trener Maaskant poszedł nawet o krok dalej, kiedy przyznał, że nawet bezbramkowy remis będzie sukcesem Wisły. Czy jednak aby na pewno byłby to sukces? Dla mnie to zaczęło pachnieć lekkim asekuranctwem i ewentualnym przygotowywaniem „gruntu po porażkę”. Tylko w dwóch polskich stajach telewizyjnych, które transmitowały ten mecz, w studiach przedmeczowych co chwila wspominano, co zyska Wisła po awansie. Która z tych postaw jest lepsza? Każda ma swoje plusy i minusy, jednak na szczęście zawsze jest tak, że wszystkie te rozmowy, przewidywania, nadzieje czy ambicje weryfikują dwie rzeczy - boisko i rozgrywany na nim mecz.

Jeśli ktoś przed tym meczem nie interesował się zbytnio piłką cypryjską i liczył, że do Krakowa przyjedzie wystraszony zespół z Cypru, to musiał być mocno zaskoczony. Podopieczni Ivana Jovanovića od pierwszych minut rzucili się na gospodarzy. Słowa o tym, że APOEL przyjechał do Polski po zwycięstwo nagle stały się bardziej realne niż kiedykolwiek. Wysoki pressing ze strony już napastników cypryjskiej ekipy to nie było to, na co byli przygotowani Wiślacy. Nawet jeśli wiedzieli teoretycznie, że może to nastąpić, to w praktyce radzenie sobie z tym nie wychodziło im najlepiej. Dwaj poprzedni rywale w minionych rundach kwalifikacyjnych Champions League ani przez chwilę nie zmusili polskiego zespołu do takiej gry, jaką musieli oni prezentować wczorajszego wieczora. Każda strata piłki, czy to w obronie, czy też w środku pola, pachniała kontrą rywali. Niewątpliwie pomagało im w tym świetne wyszkolenie techniczne, jakie prezentowali. Nic w tym jednak dziwnego, jeśli w składzie ma się tylu Brazylijczyków czy też Portugalczyków.

Z biegiem jednak kolejnych minut Wisła coraz bardziej przyzwyczajała się do panujących zasad na zielonej murawie i starała się im dostosowywać. Jednak ataki w pierwszej połowie były bardzo nieporadne i co najważniejsze niezbyt często kończone strzałami, które realnie mogłyby zmusić bramkarza rywali do jakiegoś wysiłku. Najgroźniejszą sytuację pierwszych 45 minut miał Patryk Małecki, kiedy to po dośrodkowaniu z prawej strony i złym wyjściu goalkeepera z bramki, piłka niemal trafiła w niego, a następnie przeleciała nad poprzeczką. To było jednak trochę mało jak na spore oczekiwania panujące przed meczem. Co się jednak nie odwlecze to…

Gol Patryka Małeckiego był pierwszym straconym przez APOEL w tym sezonie. Bramka ta pozwoliła na pewno trochę odetchnąć Wiślakom, z których jakby spadł duży ciężar odpowiedzialności. W międzyczasie kibice sobie poużywali jeszcze na obecnym na tym spotkaniu Franciszku Smudzie, którego kilkukrotnie spytali swojsko „Smuda! Co?! Małecki!!!”. W sumie pytanie było jak najbardziej słuszne, ponieważ ten chłopak zasługuje na to, aby dostać szansę, a nie obrażać się na niego czy też po prostu go „nie lubić”. To nie ten poziom panie selekcjonerze.

Wracając jeszcze do meczu, a właściwie pomeczowych reakcji, to trener gości uważał, że jego zespół przegrał zupełnie niezasłużenie. I patrząc na dużą część tego spotkania, nie trudno się z nim nie zgodzić. Jednak nie jest to łyżwiarstwo figurowe, żeby przyznawać punkty za wrażenie artystyczne. Z drugiej strony, trener Maaskant powiedział bardzo ważną, a zarazem budującą rzecz:

- Najszczęśliwszy byłem jednak po meczu, gdy wszedłem do szatni. Widziałem, że zawodnicy nie są zbyt rozentuzjazmowani. Poczułem tylko, że moi gracze wiedzą, że zrobili dopiero pierwszy krok, by awansować do Ligi Mistrzów. Jestem zadowolony z wyniku, bo dzięki temu na Cyprze będziemy mogli grać tak, jak najbardziej lubimy, czyli z kontry.

Cypryjczycy więc mają jeszcze do dyspozycji 90, a może i więcej minut, aby udowodnić swoją wyższość nad polskim zespołem. Tego, że w rewanżu będzie gorąco, w przenośni i dosłownie, można więc być pewnym. Oby tylko cypryjska  aura, z którą podobno nawet Grecy mają kłopoty, nie sprawiła, że będziemy oglądać powtórkę z Aten i starcia z Panathinaikosem. Liga Mistrzów jest już zarazem tak blisko i tak daleko.

środa, 17 sierpnia 2011

Już dziś oraz jutro trzy polskie zespoły piłkarskie zagrają o swoją lepszą przyszłość, bliższą lub dalszą. Wisła Kraków po raz kolejny zapuka do bram Ligi Mistrzów, a Legia Warszawa ze Śląskiem Wrocław będą próbować się dobić do Ligi Europejskiej. Zadanie to jak zwykle nie jest proste, ale też i nie niewykonalne, tak jak bywało to w latach poprzednich.

Wisła Kraków od samego początku wstąpienia w struktury klubowe pana Cupiała cierpi na polski „syndrom Champions League”. Przejawia się to tym, że niemal co roku pod Wawelem mówi się, że ten sezon będzie przełomowy i będziemy walczyć o awans do tych elitarnych rozgrywek. Jednak jak to wychodzi w praktyce, nie trzeba chyba nikomu przypominać. Trzeba jednak przypomnieć na przykład lata, kiedy to na drodze do rozgrywek grupowych stawali naprzeciwko Wisły rywale w postaci Realu Madryt czy tez wielkiej Barcelony. W starciu z takimi tuzami ciężko nawet myśleć o pozytywnym rozstrzygnięciu, a co dopiero wywalczyć je na boisku. Były też lata, kiedy to Wisła była bardzo blisko spełnienia swego marzenia. Najbardziej jaskrawym przykładem jest rywalizacja z greckim Panathinaikosem Ateny, kiedy to w Krakowie udało się wygrać w stosunku 3:1, a w Atenach działy się piłkarskie cuda. Po raz kolejny bez happy endu dla polskiego zespołu. O wpadkach w postaci odpadania z rozgrywek z jakimiś teoretycznie słabszymi rywalami nawet nie będę już wspominał. Wystarczająco dużo inni popastwili się nad Wiślakami w tamtym okresie.

W tym roku ma być jednak inaczej. Dzięki reformie rozgrywek Ligi Mistrzów Wisła nie miała już szans wpaść na zespoły pokroju europejskich gigantów futbolu. Nie oznacza to jednak, że droga do fazy grupowej będzie dużo łatwiejsza. Oczywiście klasa tych zespołów jest zupełnie inna, ale przeciwnikom także bardzo zależy na tym, aby uzyskać awans do finansowego eldorado. Los sprawił, że tym razem Wiślacy zmierzą się z cypryjskim APOEL-em Nikozja. Czy było to dobre losowanie? Gracze i działacze z Krakowa nie powinni narzekać. Bardziej powinni się skupić na sobie i na swojej grze, a wtedy wszystko będzie w ich rękach, a właściwie nogach. W dwóch pierwszych rundach Wisła wygrała wszystkie swoje 4 mecze i bez większych problemów awansowała do tej fazy. Jest to o tyle ważne, że zawodnicy, którzy teraz występują pod Wawelem, są skupieni na jednym celu, jaki im przyświeca i po prostu go realizują. Brak męczarni w poprzednich rundach to dla mnie zaskoczenie, miłe zaskoczenie. APOEL ma już za sobą start w Lidze Mistrzów i w tych spotkaniach to może być ich jakiś atut. Tym bardziej, że wielu zawodników z tamtego składu występuje do dziś w zespole z Cypru. Co jeszcze świadczy na korzyść rywali Krakowian? Pierwszy mecz na wyjeździe, czyli w Polsce, a decydujący rewanż u siebie. Z jednej strony jest to przewaga psychologiczna, a z drugiej pewien balast, z którym muszą sobie poradzić. Zadaniem Wiślaków jest jak największe utrudnienie im tego. Pierwsze starcie już dziś o 20:45. 

W czwartek zaś do rywalizacji o mniej prestiżową, ale równie potrzebną fazę grupową Ligi Europejskiej zawalczą zawodnicy Legii Warszawa oraz Śląska Wrocław. Dla obu tych klubów ewentualny awans z różnych powodów potrzebny jest niemal jak powietrze. Legioniści zmierza się ze znacznie silniejszym rywalem niż będzie miał zespół z Wrocławia, a mianowicie Spartakiem Moskwa. Kiedy tylko ta drużyna została wylosowana, większość mediów zaczęła wspominać „stare, dobre czasy”, czyli lata 90-te i pojedynki z ówczesnym Spartakiem. Pojedynki de facto przegrane. Jednak od tamtego czasu zmieniło się wiele, ale nie to, że to Spartak wystąpi w roli faworyta, a Legia zaledwie pretendenta. Spragnionym jakiegokolwiek sukcesu Warszawiakom awans ten pozwoliłby na chwilę spokojnie odetchnąć i powiedzieć, że w końcu im się coś także udało. Poziom frustracji by spadł o kilka punktów procentowych i życie na Łazienkowskiej byłoby pod kilkoma względami lepsze. Czy jednak czysto sportowo ten zespół jest gotowy na to wyzwanie? Poprawę w grze Legii w tym sezonie i w stosunku do poprzedniego sezonu widać gołym okiem. Jednak tu nasuwają się dwa pytania. Pierwsze to czy można było grać gorzej niż w ubiegłym roku oraz drugie czy skok jakościowy w grze drużyny z Warszawy jest na tyle duży, aby przeskoczyć kolejnego rywala. Połowiczną odpowiedź na to pytanie poznamy już w czwartek, kiedy to w Warszawie o godzinie 18:00 odbędzie się pierwszy z meczów. 

Śląsk Wrocław jako debiutant na tym poziomie rozgrywek stoi przed zadaniem wyeliminowania z gry Rapidu Bukareszt. Zespołu, który dla przeciętnego kibica w Polsce zapewne niewiele mówi, ale jak się pewnie okaże, może narobić sporo krzywdy polskiemu zespołowi. Podopieczni charyzmatycznego Oresta Lenczyka, aby myśleć o wygraniu tej rywalizacji, w moim odczuciu, muszą poprawić dwie rzeczy. Pierwsza z nich to skuteczność, ponieważ o ile w poprzedniej rundzie nieudane akcje Piotra Ćwielonga uszły płazem, to teraz Wrocławianie nie muszą mieć tyle szczęścia. Tutaj jeden celny strzał może zadecydować o być albo nie być w dalszej grze, tak więc warto by się nad tym aspektem gry jeszcze bardziej pochylić. A jest o co grać. W przypadku Śląska przede wszystkim o to, żeby nowy, świetny stadion, który jest już na ukończeniu, był zapełniany większą ilością widzów nie tylko kilka razy do roku na meczach z Lechem, Legią czy też Wisłą. Rywale z Ligi Europejskiej mogą ten komfort zapewnić niemal co tydzień. Nierozłącznym też aspektem ewentualnego awansu są gratyfikacje finansowe. Te również nie wyglądają tak najgorzej, ponieważ być może w uboższej siostrze Ligi Mistrzów nie zarabia się takich kroci, ale jak pokazał choćby Lech Poznań można tam podnieść z murawy również niezłe sumy pieniędzy. Trzeba tylko walczyć i wygrywać w kolejnych spotkaniach, a bonusy za te zwycięstwa same przyjdą. Czy Śląsk zbliży się do nich w jakiś znaczący sposób będzie można zobaczyć już o 20:00 w najbliższy czwartek. 

 
1 , 2 , 3 , 4