Ostatnie wpisy
Zakładki:
Inne
Koszykarskie
Piłkarskie
Tam gdzie piszę
Zdjęcia
Tagi
|
Wpisy z tagiem: San Antonio Spurs
sobota, 13 sierpnia 2011
Na przestrzeni lat w NBA występowali gracze naprawdę różni. Dobrzy, źli, mądrzy, głupi, nudni lub interesujący. Jednak jednego z graczy nie można jednoznacznie przypisać do żadnej z tych grup. Dennis Rodman, bo o nim mowa, był graczem po prostu unikalnym. I za tą unikalność w dużym stopniu został wyróżniony.
Minionej nocy odbyła się coroczna uroczystość przyjęcia kolejnych znakomitości ze świata koszykówki do Galerii Sław. Głównym bohaterem tego wieczoru, na którego zwrócone były wszystkie pary oczu był Dennis Rodman. Koszykarz tak samo genialny co kontrowersyjny. Historiami z jego biografii można by zapewne obdzielić kilka innych osób i dzięki temu można by mówić także i o każdej z tych osób, że była ona kontrowersyjna. Żeby tak spisać wszystkie jego większe i mniejsze występki w jednym miejscu, na pewno jedna notka na moim czy jakimkolwiek innym blogu to byłoby za mało. Paradoksem był jednak fakt, że pomimo tych wszystkich „dookołakoszykarskich” historii, to zawsze sport stał dla niego na pierwszym miejscu. To właśnie koszykówka i poświecenie dla niej ratowało mu nie raz tyłek. Jak bardzo pokręconym, a zarazem niezwykle uczuciowym człowiekiem po przejściach jest Dennis Rodman, pokazało jego wystąpienie minionej nocy. Z czego ja zapamiętam Dennisa Rodmana? Znajdzie się na pewno kilka rzeczy. Pierwszą biografię profesjonalnego koszykarza jaką przeczytałem w swoim życiu była właśnie książka „Zły do szpiku kości”. Pomimo tego, że wtedy wielu rzeczy nie wiedziałem i jak się okazało po latach nie rozumiałem, to pochłonąłem ją w zaledwie kilka dni. Pamiętam, że w domu dziwiono się, jak to jest, że lektur szkolnych nie czytam, a „jakąś tam biografię” po prostu pochłaniam. Poza tym dla mnie, czyli dla kogoś kto NBA zaczął się interesować w połowie lat 90-tych, Robak zaistniał w świadomości najpierw za sprawą swoich ekscesów w San Antonio, a następnie po przeprowadzce do Chicago. Jako że wtedy wszystkie oczy były zwrócone na powracającego Michaela Jordana, każdy interesował się także i tymi, którzy zaczęli go otaczać. Phil Jackson tworząc po raz drugi zespół na miarę Three Peat, wykonał ogromną pracę, aby Dennis za sprawą swojego krnąbrnego charakteru nie był balastem, który pociągnie za sobą zespół. Sam Rodman idealnie wpasował się w mistrzowską ekipę i był jej ogromną częścią. Jego wkład w dominację Bulls pod koszem był nieoceniony. Jego talent do zbiórek zna praktycznie każdy. Jednak to co mi zaimponowało najbardziej w tamtym okresie to jego postawa w finałach 1996 roku przeciwko Seattle Supersonics. To co on wyprawiał w tych meczach w sferze tak zwanego „mental game”, to była prawdziwa sztuka. Sztuka, której na pewno nie opanował niejaki Frank Brickowski. To właśnie pojedynki tego duetu były ozdobą tych finałów. Dennis miał przy tym niezły ubaw. Łapane nagminnie faule zarówno osobiste jak i też techniczne doprowadzały do tego, że Sonics zamiast skupić się na grze w kosza byli ciągle od tego odciągani. Nie przypominam sobie w żadnych innych finałach takiej sytuacji, kiedy można wygrać z kimś nie do końca grając w kosza. A Dennis to uczynił z wielkim kunsztem ku uciesze fanów Bulls. Mówić czy tez pisać o Dennisie Rodmanie można na wiele sposobów. Myśleć jednak moim zdaniem należy w przede wszystkim dobry sposób. To właśnie Dennis, mierzący zaledwie tylko kilka centymetrów ponad dwa metry, wyniósł kategorię zbiórek na poziom, jakiego cała NBA nigdy nie widziała. Jednak zbiórki to nie była jedyna jego zaleta. Była też i indywidualna obrona oraz atak, który w drugiej fazie kariery zszedł na trochę dalszy plan. Warto sobie jednak przypomnieć, jak wielkim skarbem dla NBA był ten gracz i dlaczego jego wstąpienie do Galerii Sław jest w stu procentach zasłużone. Zapraszam na koniec do obejrzenia dwóch mixów z najlepszymi akcjami Dennisa Rodmana w każdym z klubów, w jakich występował w swojej karierze. Naprawdę warto!
wtorek, 03 maja 2011
Interesującymi i emocjonującymi wydarzeniami sportowymi na boiskach i parkietach całego świata w ostatnich dniach można by obdzielić pozostałe kilka miesięcy. Wiele z tych zdarzeń wiąże się z nieoczekiwanymi zwrotami akcji oraz skandalami z sędziami w tle.
Na pierwszy ogień idzie nasza ekstraklasa piłkarska gdzie trwa już końcowy wyścig o mistrzostwo kraju. Jak na razie jednak ów wyścig bardziej przypomina wyścig żółwi, a nie jakichś sprinterów. W ostatniej kolejce porażkę na własnym stadionie nieoczekiwanie poniosła Wisła Kraków, którą zaskoczył Górnik Zabrze. Dwubramkowej wgranej zespołu ze Śląska spodziewali się zaledwie nieliczni. Jednak chyba jeszcze mniej osób przewidywało, że goniąca Wisłę Jagiellonia także straci komplet punktów na wyjeździe w Bytomiu. Do straty pierwszej bramki ekipa z Podlasia prezentowała się co najmniej przyzwoicie, ale po jej stracie zespół się rozsypał jak domek z kart. Druga i trzecia bramka jeszcze w pierwszych 45 minutach była znakomitym tego potwierdzeniem. Na nic zdała się gonitwa i strzelone dwa gole w drugiej połowie. I takim oto sposobem została zaprzepaszczona szansa na zrównanie się punktami z liderem. Zresztą dwoma wnioskami jakie nasuwają mi się po tej kolejce to po pierwsze fakt, że mam nieodparte wrażenie jakby w tym sezonie po pierwsze nikt z czołowych zespołów nie chciał zdobyć mistrzostwa i nikt na nie nie zasłużył. Drugi zaś to taki że jeśli Wisła utrzyma się na czołowym miejscu do końca rozgrywek to będzie to bardziej zasługa nieporadności Jagielloni niż atutów samej Wisły. Piłkarski świat ostatnio niemal co chwilę śledzi kolejne odcinki spektaklu pod wiele mówiącym tytułem El Clasico czyli starcia Barcelony i Realu na różnych frontach. Po remisowej potyczce ligowej oraz finale Pucharu Króla gdzie Realowi w końcu udało się zdetronizować na jakimkolwiek froncie Dumę Katalonii, przyszedł czas na Ligę Mistrzów. Rozgrywki na których Realowi zależało najbardziej po tym jak praktycznie stracili szansę na dogonienie Barcelony w lidze hiszpańskiej. Jednak mecz w Madrycie nie potoczył się po myśli gospodarzy mówiąc bardzo łagodnie. Głównie za sprawą geniuszu Messiego.
Kapitalna akcja kapitalnego zawodnika przypieczętowała niemal awans do londyńskiego finału Barcelony gdzie zmierzą się tam najprawdopodobniej z Manchesterem United. To może być prawdziwie godny finał tych rozgrywek. Przenieśmy się jednak na koszykarskie parkiety gdzie dzieje się nie mniej ciekawych rzeczy. Na pewno za oceanem gdzie liga NBA zakończyła pierwsza rundę rozgrywek playoffs w której nie brakowało niespodzianek. Największa z nich to na pewno odpadnięcie już w pierwszej rundzie San Antonio Spurs, którzy nie sprostali Memphis Grizzlies. Nawet pomimo tego, że wiele i postronnych kibiców i ekspertów przewidywało taki rozwój wypadków to jednak pożegnanie się najwyżej rozstawionego zespołu Zachodu z rozgrywkami już tak wcześnie to jednak sensacja. Inną na pewno niespodzianką było odpadnięcie z Atlantą Hawks ekipy z Orlando która ten rok może spisać na straty. Próba przebudowy w trakcie sezonu nie przyniosła oczekiwanych efektów i teraz w trakcie lata menagment Magic czeka sporo pracy i sporo trudnych decyzji. Jednak jeśli chcą oni się liczyć w grze przynajmniej w takim samym stopniu jak w latach ubiegłych to nie ma zmiłuj. A w Polsce ostatnie dni to przede wszystkim odbijające się dużym echem w środowisku koszykarskim dwie sytuacje z dwóch niezwykle ważnych meczów gdzie praktycznie główne role zagrali sędziowie. Jedna z nich miała na szczycie naszej ligi czyli w TBL gdzie w piątym meczu pomiędzy Turowem Zgorzelec a Treflem Sopot doszło do takiej sytuacji: Trefl odwołał się od tej sytuacji jednak protest został odrzucony. Najśmieszniejsze dla mnie w tym wszystkim jest jednak to, że całej tej afery by nie było gdyby nie jeden fakt. Oto i on: Gdyby Kikowski trafił w teoretycznie banalnej sytuacji Trefl cieszył by się ze zwycięstwa i zapewne nie pisał żadnych protestów, a tak może sobie pluć w brodę i przygotowywać się do meczu numer 7 już w najbliższą środę ponownie w Zgorzelcu. Inna kontrowersyjna sytuacja miała miejsce w drugiej lidze, gdzie o awans walczą zespoły z Torunia i Kutna. Prawdziwe zespoły gwiazd jak na polskie warunki drugiej ligi były tworzone z tylko jedna myślą - awans. Kutno mogło po to sięgnąć już w minionych dniach kiedy to miało 2 mecze we własnej hali. Sobotnie spotkanie zakończyło się ich 5-punktowym zwycięstwem i w niedzielę była już prawdziwa wojna o drugą ligę. Jaki był finał tej wojny? Jeśli ktoś jeszcze nie widział niech sam zobaczy: Piłka po tym decydującym rzucie był jeszcze w locie wznoszącym czy już opadającym? Oto jest pytanie ;) Decydujący mecz o awansie już w najbliższą środę w Toruniu. Będzie się działo. I na zakończenie jeszcze dwie ciekawostki znalezione w ostatnim tygodniu. Najpierw koszykarski projekt Bayernu Monachium oraz Shaq za młodu kiedy jeszcze nie był takim „medialnym potworem”. Obie z tych rzeczy polecam. Tagi:
Barcelona
jagiellonia
Memphis Grizzlies
San Antonio Spurs
Trefl Sopot
Turów Zgorzelec
wisła kraków
00:07, torontos ,
Zbiornik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 kwietnia 2011
San Antonio Spurs praktycznie przez całe tegoroczne rozgrywki zadziwiali wszystkich swoją dobrą grą. Gracze z Teksasu przystępowali do rywalizacji w pierwszej rundzie playoffs z pozycji zdecydowanego lidera. Te plany i przewidywania jednak bardzo szybko zostały zweryfikowane przez Memphis Grizzlies, które jest o krok przed wysłaniem na ryby swoich przeciwników.
Po dwóch pierwszych meczach tej serii w San Antonio był niespodziewany remis 1-1 po tym jak Grizzlies wyrwali gospodarzom już mecz otwarcia. Paniki jednak nie było bo wiadomo, że Spurs są zespołem na tyle doświadczonym i ogranym że są w stanie wygrać z każdym i wszędzie. Nawet w kipiącej dzięki kibicom hali Niedźwiadków. Jednak jak się okazało gospodarze meczu numer 3 i 4 wspięli się na wyżyny swoich umiejętności i ku zaskoczeniu wygrali oba spotkania co stworzyło im komfortową sytuację dzięki prowadzeniu w serii 3-1. Dzięki temu zyskali oni nie tylko przewagę własnego parkietu ale także przede wszystkim 3 szanse na to aby sprawić ogromną niespodziankę i odprawić najlepsza drużynę zachodu już w pierwszej rundzie. Dzisiejsze spotkanie numer 5 przez bardzo dług czas układało się tak jakby sobie tego życzyli fani Niedźwiadków. Gracze tego zespołu wytrzymywali presję i prowadzili bardzo długi czas w tym meczu. Nadeszła jednak końcówka… Po tym starciu Spurs nadal przegrywają w serii 2-3 ale takie zwycięstwo jak to może ich bardzo mocno podbudować co może mieć z kolei niebagatelne znaczenie w meczu numer 6. A Grizzlies? Grizzlies w moim odczuciu postawili się w dzisiejszym meczu pod ścianą. Kolejny mecz pomimo, że będzie miał numer 6 to dla nich będzie to walka o prawdziwe być albo nie być. Nie wyobrażam sobie że Niedźwiadki mogą wygrać ewentualny 7 mecz w San Antonio i dlatego muszą załatwić tą serię najszybciej jak się da. Po dzisiejszej nocy na ryby zaś mogą się już udać dwa zespoły, których tak na dobrą sprawę gdyby nie było w playoffs to nikt by nie zauważył. Ekipy z Philadelphii i Denver przegrały swoje serie po 1-4 z ekipami Heat i Thunder. Tak więc już w niedzielę zaczyna się chyba jedna z najbardziej oczekiwanych serii w tych playoffs czyli Heat-Celtics. Będzie się działo.
wtorek, 07 września 2010
Dla wielu młodszych kibiców którzy NBA interesują się od zaledwie kilku lat, liga zaczyna się i kończy na takich graczach jak LeBron James, Kobe Bryant czy też Dwayne Wade. Niewielu z nich dostrzega bogatą historię jaką do zaoferowania ma ta liga dla swych zarówno starszych jak i młodszych odbiorców. Dlatego też dziś zaproponuję małe dokształcanie. Wniosek o tym że dla młodszego pokolenia fanów liga zaczyna się i kończy na graczach którzy występują obecnie wysnułem na podstawie kilku przypadkowych rozmów odbytych w ostatnich dniach. Dlatego też postanowiłem na przekór tej tezie udostępnić dziś mecz który jest zupełnym jej zaprzeczeniem. Pojedynek z 31 stycznia 1984 roku pomiędzy San Antonio Spurs a New York Knicks to prawdziwy popis gwiazd jakie brylowały na parkietach NBA w tamtych czasach. Tak naprawdę wystarczyłoby wspomnieć że mecz tej jest praktycznie prywatnym pojedynkiem Georga Gervina z Bernardem Kingiem. Jednak oprócz nich na parkiecie występują tacy gracze jak Mike Mitchell, Artis Gilmore czy też Bill Cartwright. Szczególnie ten ostatni występuje w zupełnie innej roli niż tej jaką znamy z czasów Chicago Bulls, kiedy w najlepszym wypadku pełnił rolę zadaniowca. W sezonie 1983/84 osiągał on nawet statystyki 17 punktów i ponad 8 zbiórek na mecz. I choćby dlatego warto zobaczyć ten mecz do czego zachęcam.
poniedziałek, 10 maja 2010
Drużyna Phoenix Suns minionej nocy odbiła sobie wszystkie poprzednie lata w których w rozgrywkach playoffs miała to „szczęście” trafiać na San Antonio Spurs. I praktycznie każde w tych starć kończyło się porażką i upokorzeniem graczy z Arizony. Jednak nie tym razem! Steve Nash i spółka potwierdzili to wszystko o czym się mówi o nich już od dawna, a mianowicie to że jest to zespół gotowy na walkę o najwyższe laury. Walkę z szansą na powodzenie.
Tak wyglądał lider Suns w tym meczu kiedy w jednej z akcji miał bliskie spotkanie z łokciem Tima Duncana. Jednak to uderzenie nie wybiło z głowy Steva Nasha myśli o zejściu z parkietu i oddanie pałeczki prowadzenia meczu dla swoich partnerów. Kanadyjczykowi jedynie założono 6 szwów nad prawym okiem i wrócił on na parkiet w wielkim stylu. Kiedy mecz wchodził w decydującą jego fazę kapitan Suns najpierw trafił ważny rzut za 3 punkty, a następnie w kolejnym zagraniu wykonał akcję 2+1. Oprócz samego zdobywania punktów znakomicie też obsługiwał swoich partnerów podaniami po których padały kolejne kosze przybliżające Suns ku „odkupieniu”.
Ten człowiek był drugim najważniejszym ogniwem tego niewątpliwego sukcesu Phoenix. Amare w tym spotkaniu zapisał na swoim koncie 29 i 5 zbiórek ,jednak jego gra była jeszcze bardziej efektywna niż mogą pokazać te suche cyferki. To on wraz z kolegami zatrzymał Tima Duncana który wydawał się być przed tą serią największym zagrożeniem ze strony Spurs. Nic jednak z tych rzeczy nie nastąpiło ponieważ to była seria „Matrixa”. Zawodnik który był już swego czasu praktycznie na wylocie z klubu z Phoenix, udowadnia swoją grą w ostatnim czasie że pozbycie się go byłoby bardzo dużym błędem. Z drugiej jednak strony już od wielu lat większość osób mu kibicujących oczekiwało od niego gry na takim poziomie. Tak więc można by napisać że lepiej późno niż wcale.
Suns w tej chwili mają jedną z najszerszych, jeśli nie najszerszą, ławkę w NBA. Praktycznie każdy gracz jaki zaczyna mecz z ławki rezerwowych, po wejściu na parkiet wnosi do gry Słońc cos pozytywnego. W czwartym meczu gracze z ławki zdobyli 41 punktów, czyli o 10 więcej od swoich odpowiedników po drugiej stronie boiska. Im dalej będą się rozwijać te playoffy i im bardziej gracze pierwszych piątek będą bardziej zmęczeni, tym większe znaczenie będzie miał ten aspekt. Poza tym wszyscy czekają na powrót do zespołu po kontuzji Robina Lopeza który może okazać się na wagę złota w walce z podkoszowymi Lakers, z którymi zapewne spotkają się w finale konferencji zachodniej. Jednak póki co radość w Phoenix jest ogromna i tego im już nikt nie odbierze. Starcie z ekipą z LA zapowiada się niesamowicie.
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||