Wpisy z tagiem: Żubry Białystok

niedziela, 29 maja 2011

Konferencja szkoleniowa „Basket 2011” w Turośni Kościelnej przeszła już do historii. Jednak dziś chciałbym jeszcze na chwilę wrócić do tego wydarzenia z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego że warto, a po drugie dlatego że moje słowa będę mógł poprzeć materiałami wideo.

O konferencji w Turośni Kościelnej na Podlasiu pisałem już jakiś czas temu. Wtedy swoją uwagę, a przez to i w naturalny sposób tekst, poświęciłem jej uczestnikom. Tym razem skupię się przede wszystkim na głównej gwieździe(świadomie użyte określenie) tego wydarzenia czyli trenerze Terrym Leytonie. Jak już wspominałem wcześniej jest to trener, który zrobił na mnie naprawdę duże wrażenie. Zarówno jako szkoleniowiec z międzynarodowym doświadczeniem, a także przede wszystkim jako człowiek. Zacznijmy jednak od początku czyli właściwie od końca.

 

Gdy wykłady zbliżały się już do nieuchronnego końca, a trener spieszył się już na pociąg powrotny postanowił się jeszcze podzielić pewnymi swoimi życiowymi doświadczeniami, które odcisnęły na nim niewątpliwie piętno. Piętno w dobrym znaczeniu tego słowa. Posłuchajcie zresztą sami.

Podczas ponad 7 godzin w ciągu dwóch dni wykładów szkoleniowiec pochodzący z USA mówił i nauczał w kilku aspektach koszykarskiego rzemiosła. Jednym z nich była na przykład technika rzutu. Według mnie było to o tyle ciekawe, że teoretycznie każdy z polskich trenerów, a szczególnie tych zajmujących się młodzieżą, powinien mieć swój sposób na nauczanie tego elementu gry. Nie przypominam sobie jednak aby „polska myśl szkoleniowa” na przestrzeni ostatnich jakichś 20 lat wychowała aż tak wielu prawdziwie wybitnych strzelców. Tak naprawdę żeby się tak dobrze przyjrzeć naszym rozgrywkom ligowym to takowych z polskim paszportem było zaledwie kilku bo nawet nie kilkunastu. Pierwsze nazwiska jakie przychodzą mi na myśl w tym kontekście to Andrzej Pluta i niejaki Adrian Małecki. Jednak temu drugiemu swego czasu bardziej niż trener potrzebny był jakiś psycholog. Zmierzam jednak do tego, że to dość uboga lista jak na tyle lat szkolenia. I nie przemawia do mnie argument, że w naszym kraju po prostu nie ma talentów. Talent według mnie to tylko dodatek do dobrze poprowadzonej i ukierunkowanej pracy. Dlatego chciałbym dziś na przykład pokazać jak w dużym skrócie tego ważnego elementu gry naucza Terry Layton

Jednak sama technika rzutu to nie wszystko. Chyba każdy kto interesuje się koszykówką albo sam grał lub gra w kosza zna takich zawodników, którzy na treningach wypadają znakomicie w praktycznie większości elementów gry. Kiedy jednak przychodzi mecz wszystko się zmienia jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Dlatego też już na treningu do pewnych sytuacji graczy trzeba przyzwyczajać. Jak? Na przykład tak.

Żeby jednak trening nie był tylko zbiorem kilku ćwiczeń przeplatanych grą w kosza Terry Layton namawia aby wprowadzać do każdej jednostki treningowej różnego gry i zabawy koszykarskie. Większość z nich ma na celu zwiększenie rywalizacji i rozluźnienie atmosfery podczas zajęć. Jednak też dzięki temu na każdym treningu zawodnicy mogą konkurować z najlepszymi graczami na świecie. Takimi na przykład jak Derrick Rose.

Tego typu pomysłów, gier i zabaw podczas tej konferencji było znacznie więcej. Jednak żeby je wszystkie zobaczyć trzeba było po prostu przyjechać i samemu je zobaczyć. Niektórzy trenerzy, a właściwie w tym wypadku trenerki miały nawet przez chwilę okazję porywalizować między sobą.

I w taki oto sposób i takimi metodami swoje wykłady przeprowadzał Terry Layton. Tak jak już wspomniałem szkoleniowiec oprócz ćwiczeń typowo młodzieżowych pokazywał też inne bardziej już profesjonalne zagrywki czy też filozofie gry. Jednak zbierając to wszystko w całość mam obraz świetnie spędzonych dwóch dni z których jeśli tylko ktoś chciał mógł bardzo dużo wynieść dla samego siebie. Trzeba było tylko chcieć.

sobota, 28 maja 2011

Wszystko na to wskazuje że miesiąc czerwiec będzie stał pod znakiem streetballowych imprez na Podlasiu. Po Mechaniak Streetball i Streetball Ełk dziś mam okazję zaprosić na kolejna imprezę, która zajmie kolejny weekend czerwca. A będzie to nie byle jaka impreza, ponieważ będzie ona najprawdopodobniej najbardziej masową z tej całej trójki.

Już 3 rok z rzędu Podlaski Klub Koszykówki Żubry Białystok wziął się za organizację cyklicznego eventu czyli Ratusz Basket 2011. Po dwóch latach z rzędu kiedy basket gościł z samym centrum miasta tym razem turniej przesuwa się odrobinę dalej ale czy na pewno będzie to gorsze miejsce? Jednego czego na pewno nie można odmówić temu miejscu to reprezentacyjności. A o jakim miejscu mowa? Otóż w tym roku zarówno młodsi jak i też starsi koszykarze zagrają sobie na dziedzińcu Pałacu Branickich czyli jednej ze sztandarowych  wizytówek stolicy Podlasia. Impreza podobnie jak i w latach poprzednich rozłożona jest na dwa dni, a dokładnie 11 i 12 czerwca. Wszyscy koszykarze swoje mecze rozegrają na boiskach o wymiarach 9x9 metrów. Chłopcy i dziewczęta będą podzieleni na takie kategorie:

Chłopcy:
Grupa M1 - rocznik 1999 - 2000
Grupa M2 - rocznik 1997 - 1998
Grupa M3 - rocznik 1995 - 1996
Grupa M4 - rocznik 1992 - 1994
Grupa M5 - rocznik 1991 i starsi

Dziewczęta:
Grupa K1 - rocznik 1999 - 2000
Grupa K2 - rocznik 1996 - 1998
Grupa K3 - rocznik 1992 - 1995
Grupa K4 - rocznik 1991 i starsze

Wszyscy z nich otrzymają pamiątkowe koszulki

Oprócz samego turnieju będą też miały miejsce konkursy rzutów osobistych, rzutów za 3 punkt oraz rzutu z 20 metrów gdzie główną nagrodą będzie czek wartości 1000zł ufundowany przez firmę Spalding.

Cały regulamin turnieju oraz formularz zgłoszeniowy znajdziecie w linku pod spodem

REGULAMIN & ZGŁOSZENIE

Jeśli ktoś nie jest jeszcze zdecydowany czy wziąć udział w tej imprezie to zapraszam do obejrzenia zdjęć z ubiegłorocznych edycji z roku 2009 i 2010.

poniedziałek, 23 maja 2011

W historii podlaskiego basketu wiele było emocjonujących i zaciętych meczów. Były to zarówno mecze decydujące o awansach bądź spadkach białostockich zespołów z lig na różnym szczeblu rozgrywek jak i też jedne z wielu spotkań ligowych. Taki też mecz chciałbym dziś wam zaprezentować.

Sezon 2000/2001 w podlaskim baskecie będzie już na zawsze zapamiętany jak rok heroicznej walki o ekstraklasę zakończony niepowodzeniem w dramatycznych okolicznościach. Kiedy emocje po tej walce opadły przyszedł czas rozliczeń i zastanowienia się co dalej. Efektem tych podsumowań była konkluzja że kolejny rok, a jak się później okazało i wiele kolejnych lat będzie znacznie słabsze. Zarówno sportowo jak i też finansowo-organizacyjnie.

W sezonie 2001/2002 białostocki zespół przystępował z pozycji w której nic nie musi, a jedynie może. Było to dość wygodna pozycja pozycja startowa na pokazanie swoich umiejętności w tamtym okresie czasu dla takich zawodników jak Tomasz Przewrocki czy Daniel Puchalski, który nazywany był „Panem Ekspedycją” za sprawą wygrania popularnego w tamtym czasie reality show. W ubiegłym tygodniu prezentowałem wam mecz, który kończył zmagania ligowe podlaskiego zespołu w tamtych rozgrywkach. Dziś cofnę się trochę w czasie i powrócę jeszcze do sezonu regularnego w którym miało miejsce spotkanie z Resovią Rzeszów. Starcie które trzymało kibiców w napięciu do samego końca.

Ten mecz oglądany z perspektywy czasu pokazuje jak niewiele tak naprawdę potrzeba aby rozwalić generalnie koszykówkę w takich miastach jak Białystok czy też właśnie Rzeszów.

Image Hosted by ImageShack.us Image Hosted by ImageShack.us Image Hosted by ImageShack.us 

DOWNLOAD

środa, 18 maja 2011

W miniony weekend mała miejscowość, można by nawet powiedzieć wieś na Podlasiu, zamieniła się w koszykarskie centrum szkoleniowe. Wszystko to za sprawą kolejnej już edycji Konferencji Szkoleniowej „Basket 2011”. Tym razem głównym wykładowcą i niejako autorytetem był znakomity Terry Layton. Tę niewątpliwą okazję do pogłębienia swojej wiedzy w zakresie szkolenia nie wszyscy jednak wykorzystali w należyty sposób.

Zanim jednak zacznę się dzielić swoimi wrażeniami oraz spostrzeżeniami ze spędzonych dwóch dni na tej imprezie, chciałbym podkreślić z jakiej pozycji piszę dzisiejszy tekst. Mianowicie chodzi mi o to, że wszystkie swoje uwagi oraz odczucia odbieram, a teraz także przekazuję, przede wszystkim jako człowiek chcący dla polskiego basketu jak najlepiej i człowiek, dla którego ten sport jest naprawdę czymś ważnym. Ale OK, do rzeczy.

Tegoroczną konferencję w Turośni podzieliłbym tak naprawdę na dwie części - jasną oraz ciemną. Dlaczego tak? Ponieważ jasna była fascynująca, interesująca, ciekawa, a momentami po prostu zabawna. O drugiej zaś bym najchętniej zapomniał lub w ogóle sprawił, żeby jej po prostu nie było. Najważniejsze jest jednak, „żeby minusy nie przysłoniły nam plusów”, jak mawiał klasyk gatunku. I tak też będę starał się myśleć podczas pisania tego tekstu, który macie okazję teraz czytać. Praktycznie cała jasna strona tych dwóch dni wiąże się z osobą szkoleniowca, jaki zawitał na Podlasie za sprawą zaproszenia Jacka Zaniewskiego, czyli głównego organizatora tej imprezy. Terry Layton, bo o nim mowa, to prawdziwa skarbnica wiedzy, jeśli chodzi o koszykówkę zarówno amerykańską jak i też światową, oraz także o samą dziedzinę, jaką jest szkolenie. Powiedzieć, że jest jednym z 25 ekspertów FIBA rozsianych po całym świecie to mało. Napisać, że w swoim życiu jako zawodnik, trener oraz ekspert FIBA odwiedził prawie 80 krajów na całym świecie to także mało. Tak samo zresztą niewiele jakby napisać o nim taką ciekawostkę jak na przykład to, że w latach swojej młodości uczył się on i grał w tej samej szkole, o której jest słynny film Coach Carter. Trudno zresztą napisać „po krótce” wszystkie jego osiągnięcia i sukcesy, ponieważ było ich tak wiele, że ich lista potrafi naprawdę zadziwić. Wszystkich zainteresowanych odsyłam w TO miejsce, aby sami mogli się o tym przekonać.

Jednak jego sukcesy czysto sportowe to tylko jego jedna strona, druga strona zaś, ta bardziej ludzka i normalna, jest również warta uwagi i dużego szacunku. Bo jak można inaczej pisać o człowieku, który dzień, w którym dowiedział się o tym, że ma raka przełyku nazywa jednym z lepszych dni w swoim życiu? Jak sam mówił, ta choroba pokazała i uzmysłowiła mu wiele rzeczy, których wcześniej nie widział lub też może po prostu nie chciał widzieć. Pozwoliła mu też przewartościować swoje życie, a także zobaczyć ilu przyjaciół tak naprawdę posiada. Pomimo takich przeżyć na przestrzeni wielu lat nie stracił on w żaden sposób pogody ducha, otwartości na innych ludzi czy też nawet takiej zwykłej sympatii, jaką budził swoją osobą zarówno u mnie jak i też innych uczestników tej konferencji. Wracając jednak do czysto sportowej jego strony, to pomimo że nie mam żadnych udokumentowanych kwalifikacji, aby to oceniać, to widać było gołym okiem, kto tu jest fachowcem, a kto tylko słuchaczem. Czasami nawet aż za bardzo.

Jest w Polsce takie powiedzenie, które mówi, że w naszym kraju nie możemy mieć autorytetów, ponieważ zawsze będziemy dążyli do tego, aby taki autorytet w jakiejkolwiek dziedzinie zniszczyć, zmiażdżyć lub co najgorsze zrównać do naszego poziomu. Niestety w ciągu tych dwóch dni kilkukrotnie dostałem przykłady na potwierdzenie tej tezy. Konferencję w Turośni odwiedzili zarówno profesjonalni trenerzy, którzy chcieli poszerzyć swój warsztat i dowiedzieć się czegoś nowego i ciekawego od „kolegi po fachu” oraz trenerzy zespołów młodzieżowych, pracujący często w szkołach podstawowych lub gimnazjalnych. Niestety niektórzy z nich zachowywali się tak, jakby wszystkie rozumy pozjadali, wszystko już umieli, a na konferencję trafili przez przypadek lub za karę. Ostentacyjne gadanie, robienie sobie żartów czy innego tego typu akcje podczas wykładów Terry’ego Laytona nie były odosobnione. W moim odczuciu szczytem było w jednym z przypadków granie na swojej komórce w jakieś klocki, tetrisy czy tym podobne. Można by powiedzieć, że i co z tego, że takie rzeczy miały miejsce? Ale ja wychodzę z być może błędnego założenia, że po to się jedzie czasami przez pół Polski, wydaje pieniądze i poświęca swój czas, że nawet jeśli się nie przyda, to przynajmniej przyniesie trochę satysfakcji. Choćby ze zwykłego szacunku można by się czasem opanować i skupić na tą godzinę czy dwie na tym, co mówi osoba, która jest znacznie bardziej wykształcona i doświadczona niż wszyscy trenerzy razem wzięci na tej konferencji. Niektórych jednak to zadanie przerasta. Jeśli tak wyglądają wykłady na innych konferencjach tego typu w innych regionach naszego kraju, to jest to być może jedna z odpowiedzi lub przynajmniej podpowiedzi, dlaczego poziom polskiego szkolenia jest na tak niski.

Jeszcze zanim Terry Layton na dobre wyszedł z sali sportowej, na której odbywały się zajęcia, można już było usłyszeć komentarze w stylu „co on tam wie”, „ameryki nie odkrył” czy też „to samo mógłby powiedzieć Polak”. Ale właśnie w tym rzecz, że nie powiedział! Nie powiedział, bo niestety nie mamy w naszym kraju szkoleniowców z takim bagażem doświadczeń. Plus jak widać do tego nie potrafimy korzystać z tych, którzy robią nam uprzejmość i przyjeżdżają do nas edukować „polską myśl szkoleniową”. Było jeszcze kilka innych sytuacji, które mnie osobiście jako obserwatora dość mocno uderzyły. Na przykład taka, że po sobotnim ostatnim wykładzie na sali sportowej trener z USA zaproponował wspólne oglądanie różnych materiałów na DVD, jakie przywiózł ze sobą. Jak się później okazało chętnych do tego typu spędzenia wieczoru brakowało. Tak samo zresztą jak i do oglądania 4. meczu finału PLK pomiędzy Turowem a Asseco. Pomimo że oczywiście nie był to żaden obowiązek, to jednak pokazuje w dużym stopniu, jakimi ci ludzie są pasjonatami swego zawodu i ogólnie koszykówki. Wieczorna integracja przebiegała jednak sprawnie. Większość rozmów i konkluzji wynikających z rozmów pomiędzy uczestnikami można by streścić kilkoma określeniami: nie da się, nie ma pieniędzy oraz nie ma warunków. Tak więc moje pytanie skierowane do osób, które tak sądzą brzmi następująco: To co was jeszcze trzyma przy tym zawodzie, skoro jest aż tak źle?! Nawet biorąc poprawkę na fakt, że nasz naród jest wręcz stworzony do narzekania na wszystko i wszystkich, to taka postawa mnie po prostu irytuje. Aż czasami chciałoby się powiedzieć, że nikt nikogo do niczego nie zmusza oraz nie trzyma na siłę, droga wolna. Jest tyle pięknych innych zawodów, w których być może ktoś by się zaczął naprawdę realizować i spełniać, a przy tym nie męczyłby zarówno siebie jak i wszystkich innych dookoła.

I tak oto minęły mi dwa dni na z jednej strony kapitalnym spotkaniu ze światowej klasy szkoleniowcem, z którym miałem okazję porozmawiać nie tylko o koszu, ale też i o kilku innych tematach, a z drugiej strony na zobaczeniu, jak wypada przy tym takie „polskie piekiełko”. I nie wygląda to dobrze, mówiąc bardzo łagodnie. Ja natomiast cieszę się, że z tego wyjazdu wróciłem bogatszy o pewną wiedzę, jakiej wcześniej nie miałem i która pod pewnymi względami dała mi do myślenia. Żałuję tylko, że nie miałem ze sobą dyktafonu, który pozwoliłby mi udokumentować moje rozmowy z Terrym Laytonem, abym mógł się nimi podzielić także tutaj na blogu. Jednak w przeciągu kilku najbliższych dni postaram się mieć materiały wideo, które są w mojej opinii najbardziej warte pokazania szerszej publiczności. Tak więc stay tuned!

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Jako że Święta Wielkanocne trwają w najlepsze to jest to świetny czas aby zrobić wam prezent. Pisząc Wam mam tu na myśli przede wszystkim pasjonatów koszykówki z Podlasia ale i nie tylko. Koniec lat 90-tych oraz początek lat „zerowych” to czas kiedy koszykówka w Białymstoku przeżywała swoje prawdziwe wzloty i upadki. Warto dziś jednak wrócić do tych lepszych dni.

Pomimo tego że koszykówka w Białymstoku w ogólnej świadomości mieszkańców tego miasta umarła już jakiś czas temu to kiedyś zajmowała ona bardzo ważna pozycję. Dla wielu może to brzmieć śmiesznie w tej chwili ale w tamtych czasach nawet Jagiellonia nie mogła rywalizować o względy potencjalnego kibica z zarówno koszykarkami jak i koszykarzami. Czasy świetności Włókniarza Białystok oraz Dojlid Białystok to tez czasy kiedy duża rzesza młodych ludzi została zarażona pasją z jaką mają do czynienia w różny sposób do dnia dzisiejszego. W tym także i ja.

Początek lat „zerowych” to okres kiedy podjęto walkę o przywrócenie dla Białegostoku ekstraklasy. Przez praktycznie dwa lata postawiono wszystko na jedną kartę aby tylko uzyskać upragniony awans. I było blisko osiągnięcia tego celu, bardzo blisko. W finale playoff 1 ligi spotkały się ze sobą drużyny Mirpolu Białystok oraz Noteci Inowrocław. Były to finały niezwykle emocjonujące z wieloma zwrotami akcji i wydarzeń. Co więcej były to finały dziwne ponieważ ani jednego meczu w 5-meczowej serii nie wygrali gospodarze. Pech chciał, że przewagę własnego parkietu w tej rywalizacji miała drużyna z Białegostoku. W decydującym spotkaniu o losach pojedynku i awansu do ekstraklasy zawarzył rzut na półtorej sekundy do końca niejakiego Kevina Turnera. Pamiętam też że po tym rzucie zimna krew próbował tez zachować ówczesny rozgrywający zespołu z Białegostoku czyli Andrzej Sinielnikow. Kiedy wspomniany wcześniej rzut odnalazł drogę do kosza on postanowił jeszcze zawalczyć i oddać prawdziwy rzut rozpaczy. Pamiętam wtedy że w tym całym amoku mało kto zwrócił uwagę na ten fakt ale po tym rzucie spod niemal że własnego kosza piłka odbiła się najpierw od tablicy, później od obręczy, a następnie dopiero nie wpadła. Zabrakło zaledwie kilku centymetrów ale jednak zabrakło.

Powracając myślami do tamtych czasów wiem, że to właśnie te mecze najbardziej utkwiły w pamięci i świadomości kibiców z regionu. Jednak ów finał poprzedził wcale nie mniej emocjonujący półfinał z ówczesnym także faworytem do awansu czyli zespołem Alpen Gold Poznań. Jeśli ktoś chciałby sobie przypomnieć tamte czasy to zapraszam do ściągania i oglądania materiału z tamtych lat. Jeśli ktoś zaś by chciał inny mecz  tego okresu to może zobaczyć w TYM miejscu listę tych meczów związanych z podlaskim basketem i napisać swoją prośbę w komentarzach pod ta notką. Postaram się ja spełnić.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

DOWNLOAD

 
1 , 2 , 3 , 4