Ostatnie wpisy
Zakładki:
Inne
Koszykarskie
Piłkarskie
Tam gdzie piszę
Zdjęcia
Tagi
|
Wpisy z tagiem: Miami Heat
poniedziałek, 13 czerwca 2011
Minionej nocy sezon NBA 2010/2011 dobiegł do szczęśliwego końca. Szczęśliwego dla jednych, a gorzkiego dla drugich. Tymi drugimi okazali się Miami Heat, którzy przegrali finałową rywalizację w stosunku 2-4. Pomimo że stawałem w tej rywalizacji na ten zespół to muszę teraz przyznać że porażka była całkowicie zasłużona. Miami Heat z całą swoją „wielką trójką” jak pokazało życie są dopiero na początku drogi do ich upragnionego mistrzostwa. W tym roku wygrało przede wszystkim doświadczenie, determinacja i żelazna konsekwencja w dążeniu do postawionego sobie celu. Celu który został wyznaczony już 10 lat temu przez tego człowieka.
Kiedy Mark Cuban przychodził w 2000 roku do klubu z Dallas, ekipa z teksasu była „jedną z wielu” w szeregach NBA. Na przestrzeni lat dzięki mniej lub bardziej przemyślanym ruchom zarówno szalonego prezesa Dallas stali się liczącą siłą na zachodzie NBA. Mark Cuban wszedł jednak do ligi z takim przytupem, że od swego pierwszego dnia w NBA aż po dziś zapłacił prawie 2 miliony dolarów kar za komentowanie decyzji sędziowskich czy też innych tego typu. Oprócz tego w międzyczasie Mavericks stali się też synonimem porażek w rozgrywkach playoffs na ich różnym etapie. Zarówno tych cichych, których można było się teoretycznie spodziewać, jak i też tych o których mówiło się bardzo długo. Najlepszym przykładem była seria z Golden State Warriors z 2007 roku, kiedy to rozstawieni z pierwszym numerem Mavericks nie sprostali dopiero ósmym Wojownikom. W międzyczasie pojawił się też i epizod finałowy gdzie w 2006 roku starli się po raz pierwszy z Miami Heat. Wtedy jednak mając przeciwnika „na widelcu” czyli prowadząc już 2-0 w serii i mając na wyciągnięcie ręki zwycięstwo w meczu numer 3, przegrali 4 kolejne mecze i tytuł powędrował na Florydę. Jednak nie tym razem. Zarówno mecz numer 6 jak i też cały finał NBA był przedstawiany jak starcie „młodość vs. doświadczenie”. Było to widać na każdym kroku ponieważ Dallas to typowy zespół weteranów, którzy wiele lat czekali na swoją szansę na zdobycie mistrzostwa NBA. Aż 7 z nich miało na swoim koncie ponad 10 sezonów spędzonych w NBA, a zdecydowanym rekordzistą jest Jason Kidd dla którego był to już 16 rok na parkietach najlepszej ligi świata. Te całe tony doświadczenia były wręcz idealnie widoczne w meczu z minionej nocy. To było momentami wręcz nieprawdopodobne z jakim spokojem i konsekwencją grali przedstawiciele zachodu w tym finale. Dirk uważany za jednego z najlepszych koszykarzy w historii NBA także udowodnił wszystkim dlaczego zasługuje na to miano. Początek spotkania to popis LeBrona Jamesa, na którego po meczu numer 5 spadła lawina krytyki za uciekanie od odpowiedzialności w decydujących momentach spotkania. Szybkie zdobycie 9 punktów mogło dawać nadzieję fanom Heat, że King James zrobi wszystko aby udowodnić w tym meczu swoją wyższość nad rywalami. Nic jednak z tego ponieważ Dallas zastosowali prosty trik, który polegał na pozwoleniu się wyszumieć „młodości”, a następnie przejściu do ataku. Pierwsza polowa tego meczu była bardzo elektryczna. Czuć było w powietrzu atmosferę wielkiego wydarzenia i walki o „być albo nie być”. Po drugiej stronie parkietu wszyscy przecierali oczy ze zdumienia patrząc na to co dzieje się w drużynie Mavericks. Z jednej strony ten na którego większość liczyła czyli Dirk Nowitzki pudłował rzut za rzutem. Nie ważne czy był to bliski półdystans, daleki dystans, rzut przez ręce czy też z czystej pozycji. Piłka po prostu tego wieczora nie słuchała się Niemca. Na szczęście dla przyjezdnych drużynę poderwał niezawodny Jason Terry, który już po pierwszej połowie miał 19 punktów. Jednak nie były to zwykłe punkty. Były to punkty zdobywane z zimna krwią z najróżniejszych pozycji zarówno bliżej jak i dalej kosza gospodarzy. Obrona Heat nie potrafiła sobie z tym poradzić w żaden konstruktywny sposób. Zresztą z grą w ataku też nie było lepiej. Zero zagrywek, zero myślenia, zero jakiekolwiek koncepcji z każda kolejna minuta dawał się coraz bardziej we znaki Heat. Przy takiej nerwowości nic dziwnego, że już w pierwszej połowie puszczały im nerwy. Drugie 24 minuty to już przede wszystkim Dirk Redemption. Po pierwszej słabej połowie w jego wykonaniu wszyscy zastanawiali się dlaczego tak się dzieje, że Niemiec nie potrafi się w tym meczu wstrzelić. Być może było to chwilowe zarażenie się tym samym „wirusem niemocy w decydujących chwilach meczu” jakim zakażony jest w tej chwili LeBron James. Jeśli tak to Maviericks bardzo szybko znaleźli odtrutkę na paskudztwo i zaaplikowali ją swemu liderowi. Na efekty nie trzeba było czekać zbyt długo. Z każdą kolejną minutą niemiecki bombowiec bombardował kosz gospodarzy, a Ci wydawali się kompletnie bezbronni wobec tego „aktu przemocy”. Jedna z osób śledząca ten mecz i dzieląca się swoimi wrażeniami z meczu na bieżąco na Twitterze podsumowała to w sposób wręcz IDEALNY.
Niemiec jednak nie działał w tym meczu w pojedynkę. Oprócz wspomnianego wcześniej Jasona Terry’ego swoja cegiełkę, a właściwie słusznych rozmiarów pustak dołożył też Tyson Chandler. Nie widać tego w statystykach ale jego walka na tablicach momentami była wręcz niesamowita. Zbieranie lub też przede wszystkim zbijanie piłek znad kosza w ataku do swoich partnerów to było coś czego Dallas bardzo często potrzebowało jak powietrza. A Chandler im to powietrze zapewniał. Pisząc o osobach które przyczyniły się do wygranej zarówno w tym meczu jak i też całych finałach nie sposób nie wspomnieć tu o takich graczach jak Jason Kidd(DO-ŚWIAD-CZE-NIE), JJ Barea(szalone wejścia pod kosz), DeShawn Stevenson(seryjne trójki!) czy też Brian Cardinal(świetna obrona). Każdy z nich po tych finałach może czuć, że wywalczony tytuł należy się im w takim samym stopniu jak i reszcie partnerów. A co w Miami? LeBron James nie będzie miał łatwego lata. Z jednej strony sam będzie czuł, że przegrał, zawalił, dał ciała czyli po prostu „zlebronił”. A wszyscy życzliwi jego osobie na pewno nie dadzą mu o tym szybko zapomnieć. Dwyane Wade ma już jeden pierścień na swojej dłoni jednak apetyt miał znacznie większy i na jego zaspokojenie będzie miał znowu cały rok. Chris Bosh tymi finałami udowodnił, że nie jest graczem pierwszoplanowym. Pytanie tylko czy dorośnie kiedykolwiek do tego aby nim kiedyś być. Patrząc już pod kątem następnego sezonu w poszukiwaniu zmian myślę, że pomimo wszystko trzeba coraz bardziej spoglądać w stronę ławki trenerskiej. Do ogarnięcia tego gwiazdozbioru na parkiecie wydaje się, że wręcz idealnie pasuje Pat Riley. Jednak to czy ten lub inny szkoleniowiec zdecyduje się przejąć pałeczkę po kolejnym przegranym tego sezonu czyli Erikowi Spoelstrze to już temat na kolejne miesiące. Teraz oddajmy hołd i pozwólmy się cieszyć nowym mistrzom NBA anno domini 2011 czyli Dallas Mavericks! Jeśli komuś jeszcze jest mało tego finału to zapraszam na łamy Czwartej-Kwarty, gdzie Swoimi spostrzeżeniami na temat tych finałów i nie tylko dzielą się także Adam Szczepański i Maciej Jamrozik. Dallas Mavericks po zwycięstwie w 6 meczu nad Miami Heat 105:95 sięga po swoj pierwszy tytuł mistrzowski w historii klubu. Niestety. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że robi to całkowicie zasłużenie. Teraz czas na parę godzin snu, a później kilka moich przemyśleń na temat ostatniego meczu i zapewne całych finałów. Stay tuned!
niedziela, 12 czerwca 2011
Podsumowań mijającego sezonu dziś ciąg dalszy. Tym razem na tapetę idą zagrania, które teoretycznie prawdziwym sportowcom nie przystoją. Ale to tylko teoria. Praktyka jednak mówi, że wielu graczy zadziornych to gracze po prostu grający z pasją i poświęceniem. A że czasem wynika z tego coś nienajlepszego... Lata 90-te w historii NBA będą już na zawsze zapamiętane jako dekada w której walki zarówno sportowej jak i tej innej na parkietach NBA nie brakowało. Ludzie którzy wspominają te czasy podają to nawet za atut ligi w tamtym czasie. Pod czym ja mógłbym się nawet podpisać ale jednak nie zawsze. Nie mniej jednak wielkie batalie pomiędzy na przykład New York Knicks a Miami Heat czy Chicago Bulls to były piękne starcia. Czy jednak w obecnych czasach jest „gorzej” pod tym względem? Obejrzyjcie więc sobie 10-minutowy mix ze wszystkimi tego typu zagraniami z minionego sezonu. Przekonacie się, że w dzisiejszych czasach spięcia i bójki także występują w niemałej ilości. Pozwoliłem też sobie zrobić małą statystykę tego filmu. Mianowicie policzyłem jakie zespoły ilukrotnie przewinęły się przez ten mix. I co mi takiego wyszło? Otóż tak wygląda zestawienie bójek z tego klipu: 1. Boston Celtics 14 2. Miami Heat 12 - Los Angeles Lakers 12 4. New York Knicks 10 5. Los Angeles Clippers 7 6. San Antonio Spurs 6 7. Cleveland Cavaliers 5 - Washington Wizards 5 - Atlanta Hawks 5 - Orlando Magic 5 11. Denver Nuggets 4 - Indiana Pacers 4 - Oklahoma City Thunder 4 - Phoenix Suns 4 - Portland Trail Blazers 4 - Sacramento Kings 4 17. Charlotte Bobcats 3 18 Chicago Bulls 2 - Dallas Mavericks 2 - Detroit Pistons 2 - Memphis Grizzlies 2 - Milwaukee Bucks 2 - New Orleans Hornets 2 - Philadelphia 76ers 2 - Utah Jazz 2 26. Golden State Warriors 1 - Houston Rockets 1 - Minnesota Timbervolwes 1 - Toronto Raptors 1 30. New Jersey Nets 0 Co można zaobserwować z tego zestawienia? Oczywiście pierwsze miejsce nie powinno nikogo chyba dziwić. Drugie jednak już chyba tak ponieważ Miami Heat nie są raczej powszechnie uważani za twardzieli, a jednak jak widać nie oszczędzają się w tego typu sytuacjach. New York Knicks w tym roku także w tym roku oprócz sportowo także i w tym elemencie zaczęli nawiązywać do lat 90-tych. I o ile ten klip zawiera wszystkie spięcia z tego sezonu to „nagroda fair play” należy się dla New Jersey Nets, którzy poddali się już na początku rozgrywek i nie walczyli już w żaden sposób przez resztę gier.
sobota, 11 czerwca 2011
Już tylko jeden lub też maksymalnie dwa mecze pozostały do zakończenia sezonu w NBA. Minione rozgrywki obfitowały w wiele różnych efektownych zagrań i akcji. Jednak jak co roku najwięcej entuzjazmu wywoływały potężne wsady. W ostatnich dniach pojawił się w internecie film, który zebrał w jedno miejsce 50 najefektowniejszych z nich. Przynajmniej w teorii ponieważ ja uważam, że brakuje w tej kompilacji jeszcze kilku, które na to na pewno zasłużyły. Pierwszymi z brzegu są wsady niekwestionowanego lidera pod tym względem w NBA czyli Blake’a Griffin’a. Jednak i tak pomimo to warto sobie przypomnieć jak bardzo efektowny był miniony sezon.
piątek, 10 czerwca 2011
Kilka godzin temu zakończyło się piąte spotkanie finałów NBA. Było to kolejne starcie które dostarczyło wielu emocji, zwrotów akcji czy nieoczekiwanych zdarzeń. Mogę nawet powiedzieć, że tego wszystkiego było tak dużo, że nawet teraz zaczynając tą notkę nie wiem jeszcze od czego zacznę. Spróbuję to zrobić od końca czyli dokładniej rzecz biorąc od czwartej kwarty. Jednym z głównych pytań jakie było zadawane przed meczem numer 5 w Dallas było to czy LeBron James da radę? Po zakończonym meczu już wiemy, że nie dał rady. To właśnie dziś miał wręcz idealna okazję aby udowodnić wszystkim, że nazywanie go najlepszym koszykarzem NBA nie jest to tylko czcze gadanie. W sytuacji kiedy Dwyane Wade w trakcie meczu doznaje kontuzji „Król James” powinien poczuć się do odpowiedzialności i wziąć na siebie ciężar gry w decydujących chwilach. Niestety nie wziął, a nawet nie próbował co dziwi i zaskakuje jednocześnie. Jedyne 2 punkty w tej części gry gracz Miami zdobył na kilkanaście sekund przed końcem kiedy losy jego zespołu były już przesądzone. Jeśli zespół z Florydy przegra ten finał to James będzie największym jego przegranym.
Po drugiej zaś stronie parkietu szaleli tego wieczora gracze Mavericks którzy idealnie ustawili sobie w tym meczu swoje celowniki. Oglądało się to wprost z niedowierzaniem z jaką łatwością gospodarze trafiają kolejne rzuty z dystansu. Bez różnicy czy była to przygotowana pozycja czy też i nie. Po prostu tego dnia rzut „siedział” niemal każdemu kto wszedł na parkiet. Efektem tego tylko jeden jedyny gracz jaki pojawił się tego wieczora w American Airlines Arena nie zdobył żadnego punktu. Cała pozostała 18 zapisała się w meczowym protokole w rubryce punktów. Niesamowite.
Tak samo jak niesamowite były pojedyncze zagrania podkoszowych Mavericks czyli Tysona Chandlera oraz cichego bohatera tego meczu Briana Cardinala. O ile po tym pierwszym można było się spodziewać takiej a nie innej postawy tak typowanie tego drugiego na X-Factora tego meczu było dość ryzykowne. A jednak. Zaledwie kilkoma akcjami przede wszystkim w obronie poderwał on zespół i udowodnił, że nie przez przypadek znajduje się na parkiecie. To między innymi też za jego sprawą Dwyane Wade w tym meczu nabawił się kontuzji swojego biodra. Po drugiej stronie boiska gracze podkoszowi zupełnie nie istnieli. Ani Chris Bosh, ani Udonis Haslem nie zagrali tak jakby można od nich tego oczekiwać. Chris w meczu numer 5 zupełnie nie przypominał tego walczącego i biorącego na siebie ciężar gry zawodnika jakim był w poprzednim spotkaniu. Tak naprawdę jedynym jasnym punktem tego wieczora ponownie był Dwyane Wade na którego jak się teraz okazuje można liczyć zawsze. Momentami w pierwszej połowie niezłym wsparciem dzięki trafianym kolejnym trójkom dobrym wsparciem był też Mario Chalmers. Jak się okazuje po tym meczu jest to jedyny zawodnik w historii NBA, który ma stuprocentową skuteczność rzutów z połowy z finałach NBA. Przed nami mecz numer 6 w Miami. Liczba znaków zapytania w tej serii z każdym kolejnym meczem zamiast się zmniejszać to rośnie wręcz w zastraszającym tempie. Wiadomo na pewno, że Miami Heat stoją teraz pod ścianą i są w identycznej sytuacji jak Los Angeles Lakers rok temu kiedy wracali do własnej hali przegrywając 2-3. Czy tym razem także przewaga własnego parkietu zadecyduje o końcowym rozstrzygnięciu? Czy może Dallas, które poczuło już realną krew nie wypuści swojej zdobyczy z ręki? Co na to wszystko King James? Czy już po niedzielnym wieczorze wszyscy będziemy mogli jechać na ryby? Czy może będziemy świadkami zawsze niezwykle emocjonującego Game 7? Oj wiele jest jeszcze tych pytań... | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||