Ostatnie wpisy
Zakładki:
Inne
Koszykarskie
Piłkarskie
Tam gdzie piszę
Zdjęcia
Tagi
|
Wpisy z tagiem: Detroit Pistons
sobota, 27 sierpnia 2011
Ostatni wakacyjny weekend trwa sobie w najlepsze, a mi w tym czasie zebrało się na wspomnienia. Koszykarskie rzecz jasna. Zmuszony dziś do przejrzenia swoich meczów trafiłem na jeden, który jest niewątpliwie ważniejszy od pozostałych. Powodem dlaczego tak się dzieje jest fakt, że jest to jeden z tych meczów, które znam niemal na pamięć. Kiedy w latach 90-tych zaczynałem na dobre interesować się koszykówką nie sądziłem, że jakieś pojedyncze spotkanie tak bardzo utkwi mi w pamięci. A jednak. Dlaczego tak się stało? Może dlatego, że był to jeden z pierwszych meczów jakie samodzielnie uwieczniłem na kasecie VHS? Być może też dlatego, że nie mając wtedy dostępu do większej ilości spotkań widziałem to starcie, nie przesadzając, ponad 100 razy. Do dziś pamiętam, że gdy miałem kłopoty z zaśnięciem to włączałem sobie ten mecz i przy dźwięku komentarza pana Szaranowicza oddalałem się w krainę snów. I nie było to spowodowane bynajmniej tym, że był to komentarz nudny. Powiedziałbym, że ja go odbierałem zupełnie odwrotnie. Dochodziło nawet do tego, że wiele zwrotów z tego meczu do dziś mogę spokojnie sobie przypomnieć i powtórzyć, ponieważ znam je na pamięć. A co to był za mecz, który obejrzałem tak wiele razy? Było to starcie zespołów z Detroit i Phoenix. Obie z tych ekip w swoich składach w tamtym czasie posiadały prawdziwe gwiazdy. Jednak patrząc całościowo na oba zespoły nie były one w stanie wskoczyć na stałe do ścisłej ligowej czołówki, która walczyła o najwyższe laury. Pomimo tego, mecz rozgrywany w Palace Auburn Hills w Detroit, dostarczył zebranym fanom sporo emocji. Zapewnili je między innymi tacy gracze jak Charles Barkley, Michael Finley, Kevin Johnson, Grant Hill, Joe Dumars czy też Allan Houston. Całkiem spora dawka talentu jak na jedno spotkanie, prawda? Nie zdradzając przebiegu meczu dla osób, które go jeszcze nie widziały, napiszę tylko, że warto zostać przy nim do końca. Tym bardziej, że nie jest to całe spotkanie, a ponad 50-minutowy skrót z niego okraszony polskim komentarzem z TVP2.
poniedziałek, 15 sierpnia 2011
Koszykarskim bohaterem minionego już weekendu był niewątpliwie Dennis Rodman. Gracz, który niemal od zawsze szokował zarówno swoja grą jak i też swoim wyglądem. Młodsi kibice ligi NBA już tego zapewne nie pamiętają ale nie zawsze tak było. „Robak” jak był nazywany przez wszystkich przeszedł długą drogę podczas swojej kariery. Dennisa Rodmana większość kibiców zapamięta jako człowieka od obrony oraz maszynę od zbiórek. Jednak Dennis aby dostać się do NBA musiał w szkole średniej zaprezentować znacznie więcej niż te dwie umiejętności. W czasach Collegu uczęszczał od do Cook County College oraz Southeastern Oklahoma State University. Jednak do pierwszej z tych szkół chodził jedynie rok i grając w tamtejszym zespole notował na swoim koncie średnio ponad 17 punktów oraz 13 zbiorek. Niby nieźle ale Dennis wiedział, że stać go na więcej. Po przenosinach do nowej uczelni poprawił on swoją grę, a co za tym też idzie wyniki statystyczne. To, że w niemal każdym meczu zbierał ponad 15 piłek nie powinno nikogo dziwić. Jednak to, że dorzucał do tego ponad 25 punktów w każdym spotkaniu przy ponad 63-procentowej skuteczności już chyba trochę. Dzięki takiej postawie został on wyróżniony tytułem MVP i angażem w NBA przez Detroit Pistons. Po przyjściu do najlepszej ligi świata jak młody gracz, Robak musiał jednak podporządkować się pewnym schematom. W owym ówczesnym systemie gry w Detroit nie było jednak miejsca dla Dennisa-strzelca. W ciągu swoich pierwszych 4 lat gry w NBA tylko w drugim swoim sezonie średnia jego punktów wzbiła się ponad 10. Jak się później okazało był to jedyny taki sezon w całej jego karierze. Jednak to rozgrywki w latach 1990-91 okazały się dla niego przełomowe. Stał się on wtedy podstawowym graczem zespołu z Detroit i wyszedł on w pierwszej piątce w 77 z 82 spotkań i spędzał na parkiecie ponad 33 minuty. Miał więc dużo czasu aby skupić się na obronie oraz zbieraniu piłek sprzed nosów rywali. Granie przeciwko niemu w ataku było prawdziwą udręką ponieważ Rodman należał do tego wąskiego grona zawodników, którzy w obronie potrafili zatrzymać przeciwników niemal na każdej pozycji od 1 do 5. Dzięki temu miał on większą szansę na zbiórki, które właśnie w tych rozgrywkach po raz pierwszy wzniosły się na poziom ponad 12 w każdym meczu. I to właśnie z sezonu 1990-91 chciałbym dziś zaprezentować dla was mecz. Starcie Detroit Pistons z Denver Nuggets z 2 stycznia 1991 roku w którym będzie mogli zobaczyć takiego Denisa jakiego mało kto zna. Jeśli ktoś nie zna wyniku tego meczu i nie wie co się w nim działo niech nie odbiera sobie tej przyjemności i nie sprawdza tego przed obejrzeniem spotkania. Zapewniam jednak, że spędzony czas przy tym starciu nie będzie to czas stracony.
sobota, 13 sierpnia 2011
Na przestrzeni lat w NBA występowali gracze naprawdę różni. Dobrzy, źli, mądrzy, głupi, nudni lub interesujący. Jednak jednego z graczy nie można jednoznacznie przypisać do żadnej z tych grup. Dennis Rodman, bo o nim mowa, był graczem po prostu unikalnym. I za tą unikalność w dużym stopniu został wyróżniony.
Minionej nocy odbyła się coroczna uroczystość przyjęcia kolejnych znakomitości ze świata koszykówki do Galerii Sław. Głównym bohaterem tego wieczoru, na którego zwrócone były wszystkie pary oczu był Dennis Rodman. Koszykarz tak samo genialny co kontrowersyjny. Historiami z jego biografii można by zapewne obdzielić kilka innych osób i dzięki temu można by mówić także i o każdej z tych osób, że była ona kontrowersyjna. Żeby tak spisać wszystkie jego większe i mniejsze występki w jednym miejscu, na pewno jedna notka na moim czy jakimkolwiek innym blogu to byłoby za mało. Paradoksem był jednak fakt, że pomimo tych wszystkich „dookołakoszykarskich” historii, to zawsze sport stał dla niego na pierwszym miejscu. To właśnie koszykówka i poświecenie dla niej ratowało mu nie raz tyłek. Jak bardzo pokręconym, a zarazem niezwykle uczuciowym człowiekiem po przejściach jest Dennis Rodman, pokazało jego wystąpienie minionej nocy. Z czego ja zapamiętam Dennisa Rodmana? Znajdzie się na pewno kilka rzeczy. Pierwszą biografię profesjonalnego koszykarza jaką przeczytałem w swoim życiu była właśnie książka „Zły do szpiku kości”. Pomimo tego, że wtedy wielu rzeczy nie wiedziałem i jak się okazało po latach nie rozumiałem, to pochłonąłem ją w zaledwie kilka dni. Pamiętam, że w domu dziwiono się, jak to jest, że lektur szkolnych nie czytam, a „jakąś tam biografię” po prostu pochłaniam. Poza tym dla mnie, czyli dla kogoś kto NBA zaczął się interesować w połowie lat 90-tych, Robak zaistniał w świadomości najpierw za sprawą swoich ekscesów w San Antonio, a następnie po przeprowadzce do Chicago. Jako że wtedy wszystkie oczy były zwrócone na powracającego Michaela Jordana, każdy interesował się także i tymi, którzy zaczęli go otaczać. Phil Jackson tworząc po raz drugi zespół na miarę Three Peat, wykonał ogromną pracę, aby Dennis za sprawą swojego krnąbrnego charakteru nie był balastem, który pociągnie za sobą zespół. Sam Rodman idealnie wpasował się w mistrzowską ekipę i był jej ogromną częścią. Jego wkład w dominację Bulls pod koszem był nieoceniony. Jego talent do zbiórek zna praktycznie każdy. Jednak to co mi zaimponowało najbardziej w tamtym okresie to jego postawa w finałach 1996 roku przeciwko Seattle Supersonics. To co on wyprawiał w tych meczach w sferze tak zwanego „mental game”, to była prawdziwa sztuka. Sztuka, której na pewno nie opanował niejaki Frank Brickowski. To właśnie pojedynki tego duetu były ozdobą tych finałów. Dennis miał przy tym niezły ubaw. Łapane nagminnie faule zarówno osobiste jak i też techniczne doprowadzały do tego, że Sonics zamiast skupić się na grze w kosza byli ciągle od tego odciągani. Nie przypominam sobie w żadnych innych finałach takiej sytuacji, kiedy można wygrać z kimś nie do końca grając w kosza. A Dennis to uczynił z wielkim kunsztem ku uciesze fanów Bulls. Mówić czy tez pisać o Dennisie Rodmanie można na wiele sposobów. Myśleć jednak moim zdaniem należy w przede wszystkim dobry sposób. To właśnie Dennis, mierzący zaledwie tylko kilka centymetrów ponad dwa metry, wyniósł kategorię zbiórek na poziom, jakiego cała NBA nigdy nie widziała. Jednak zbiórki to nie była jedyna jego zaleta. Była też i indywidualna obrona oraz atak, który w drugiej fazie kariery zszedł na trochę dalszy plan. Warto sobie jednak przypomnieć, jak wielkim skarbem dla NBA był ten gracz i dlaczego jego wstąpienie do Galerii Sław jest w stu procentach zasłużone. Zapraszam na koniec do obejrzenia dwóch mixów z najlepszymi akcjami Dennisa Rodmana w każdym z klubów, w jakich występował w swojej karierze. Naprawdę warto!
wtorek, 12 kwietnia 2011
Wraz z kolejnym tygodniem czas na kolejną osobę, która swoimi tekstami i szeroko pojętą działalnością ubarwia polską koszykarską blogosferę. Przez ten cykl przewinęły się już osoby o bardzo odmiennych preferencjach jeśli chodzi o to komu kibicują w NBA. Jednak osoby która by kibicowała najsłabszemu zespołowi tego sezonu czyli Cleveland Cavaliers jeszcze nie było. Tak więc dziś będzie. Cezary Szwarc, bo o nim mowa, udziela się w polskim internecie przede wszystkim w dwóch miejscach - www.cavs.blox.pl oraz www.koszykowka.net. Do tego jeśli ktoś by chciał odwiedzić dzisiejszego bohatera na jego Twitterze to zapraszam pod TEN adres. Teraz jednak posłuchajmy jego opowieści. „Historia związana ze mną i z meczem, który postanowiłem Wam zaprezentować zaczęła się w końcówce września 2003 roku. Tak jest 2003, nie 1993... Przyszedłem na świat zbyt późno, aby jak wielu wspaniałych polskich kibiców móc oglądać, czy nawet czytać na bieżąco o grze Magica Johnsona, czy Michaela Jordana - żałuję. Zdążyłem właśnie rozpocząć czwarty rok nauki w szkole podstawowej. Poza nią byłem wielkim fanem FC Barcelony - tej piłkarskiej. Pewnego dnia moi Rodzice postanowili jednak zapytać mnie, czy nie chciałbym pójść na trening koszykówki, ponieważ polecał im to dyrektor szkoły. Ja osobiście, jak każdy "normalny" Polak wolałem piłkę nożną i trudno było przekonać mnie do rzucania dziwnie wielką piłką do kosza, który zresztą był za wysoko, żebym w ogóle mógł do niego dorzucić z odległości większej niż 3 metry... W końcu jednak uległem. Na starcie okazało się, że jako dzieciaki, będziemy grali na niższe kosze i mniejszymi piłkami - pierwszy plus - kolejne pozytywy pojawiały się już lawinowo! Z czasem zakochałem się w tym pięknym sporcie i dowiedziałem się co to NBA. Mniej więcej od początku 2004 roku zacząłem śledzić najlepszą ligę świata. Dostęp do niej miałem jednak bardzo ograniczony - jedynym źródłem informacji była dla mnie zwykła gazeta lokalna, czyli Express Bydgoski i jego dział sportowy. W połowie kwietnia - jak przypuszczam - pojawił się w niej spory artykuł z przewidywaniami tego, który zespół może zawojować ligę w playoffach. Zafascynowany widokiem, tak długiego - rzadko spotykanego - tekstu o NBA, postanowiłem zabrać się do czytania. Niestety nie mogłem się skupić... Moją uwagę przyciągało bowiem co chwilę dołączone zdjęcie z pewnym czarnoskórym, umięśnionym koszykarze z niespotykaną fryzurą i wieloma opaskami na ciele. Po podpisie dowiedziałem się, że nazywa się on Ben Wallace, a z tekstu i części zapowiedzi poświęconej Detroit Pistons wywnioskowałem, że jest świetni broniącym podkoszowym. Ben momentalnie stał się moim ulubionym koszykarzem, a "Tłoki" klubem, któremu kibicowałem w czasie playoffów. O zdobyciu mistrzostwa przez ekipę podopiecznych Larry'ego Browna dowiedziałem się po przyjściu ze szkoły, kiedy rodzice zdążyli już wrócić z pracy ze świeżutką gazetą. Nie sądziłem, że moi ulubieńcy poradzą sobie w pięciu meczach przeciwko faworyzowanym Lakers, więc moja radość była ogromna. Nie sądziłem, że jakakolwiek obrona w NBA może zatrzymać albo chociaż ograniczyć Shaqa, czy Kobe Bryanta... a jednak. Kiedy już zaczęły się wakacje odwiedziłem z rodzicami znajomego, który słysząc, że zacząłem trenować koszykówkę, zawołał mnie do telewizora. Kiedy przyszedłem po kilku sekundach, na ekranie leciał już piąty, ostatni mecz moich pierwszych Finałów NBA. Nie pamiętam już czy było to nagranie na kasecie, czy może akurat trwała retransmisja w TV, ale pamiętam, że był to pierwszy obejrzany przeze mnie mecz najlepszej koszykarskiej ligi świata. Kobe zagrał wtedy prawie całe spotkanie, ale trafiał na bardzo słabej skuteczności. Często na siłę próbował przejąć mecz, oddając bardzo trudne rzuty. O'Neal, który wydawał się w tamtych playoffach nie do powstrzymania, broniony przez Wallace'a (Bena) zaliczył tylko 2 oczka więcej (20) od swojego bezpośredniego rywala, co było sporym osiągnięciem, zważając na to jak - nie ukrywajmy - przeciętnym graczem w ataku był Big Bena. Numer #3 był za to dominatorem w obronie i na desce, gdzie wywalczył ponad 20 piłek (!). Dla mnie osobiście ta potyczka ma znaczenie symboliczne, jednak pomijając już samą świetną obronę tamtejszych Pistons, efektowność i rangę widowiska, jest to starcie, z którym wiąże się też wiele ciekawostek. Larry Brown zdobywając wtedy mistrzostwo NBA, stał się pierwszym trenerem w historii, któremu w swojej karierze udało się sięgnąć po najwyższe trofea zarówno w NBA, jak i w NCAA. Warty podkreślenia jest też fakt, że Game 5 jest ostatnim meczem w barwach Lakers jaki rozegrali Shaquille O'Neal i Gary Payton. Byłoby to też ostatnie spotkanie Karla Malone'a, gdyby nie to, że weteran już wcześniej wypadł z rotacji przez kontuzję. Do tego pamiętam jeszcze, że spotkanie komentował Doc Rivers - aktualny trener Celtics, który jeszcze w trakcie pojedynku obstawiał Bena Wallace'a, jako swojego kandydata do MVP Finałów. Koniec końców wyróżnienie powędrowało jednak do głównodowodzącego na parkiecie, czyli Chauncey'a Billupsa.”
środa, 02 marca 2011
Najlepsze pomysły rodzą się przypadkiem to prawda, która przewija się w naszych życiach praktycznie od zawsze. Nie inaczej jest i tym razem. Jakiś czas temu pomysł na jeden z udostępnionych przeze mnie torrentów był autorstwa znanego w blogosferze Macieja Kwiatkowskiego. Tym samym stał się on prekursorem i debiutantem w nowej mini serii na moim blogu pod nazwą „Najlepsze najlepszych” W ramach tej serii będę udostępniał wam mecze, które według różnych ludzi znanych z internetu bądź mających inne związki z koszykówką są warte obejrzenia. Dziś drugim po Maćku Kwiatkowskim autorem pomysłu na torrent jest mój redakcyjny kolega z Czwarta-Kwarta.com Maciej Jamrozik. Nie pozostaje mi więc już nic innego jak tylko oddać mu w tej chwili głos. „Mój wybór padł na drugi mecz finałów z 2004 roku pomiędzy Los Angeles Lakers a Detroit Pistons. Dlaczego właśnie ten mecz? Jest to pierwszy mecz NBA, który obejrzałem. Dzień po spotkaniu ojciec przywiózł mi je nagrane na taśmie VHS, a ja nie czekając długo, odpaliłem je i po raz pierwszy w życiu zobaczyłem, jak wygląda NBA "prawie" na żywo. Oczywiście byłem wielkim fanem Lakers, bo nie znałem za dużo drużyn (Charlotte Hornets! Do dziś pamiętam ich czapeczkę z daszkiem). Bardzo mnie dziwiło dlaczego Kobe, Shaq, Payton i Malone nie mogli pokonać grupy nieznanych mi wtedy Bad Boys II. Do tego Pistons jak dla mnie, dzieciaka, brzydko grali. Dziś z chęcią wrócę do tego spotkania. Detroit Pistons z tamtego okresu pod wodzą Larry'ego Browna to świetny team, defensywny, twardy i nieustępliwy. Pamiętacie? Chauncey Billups został MVP tamtych finałów.”
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||